Ocena recenzenta:
9/10

Logan: Wolverine – recenzja spoilerowa

Logan: Wolverine to emocjonalne podsumowanie ważnego etapu w kinie superbohaterskim. To także film, na który Rosomak przez lata sobie zasłużył.
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Logan: Wolverine to opowieść zaklęta gdzieś pomiędzy krzykiem rozpaczy dziecka a posępnym obrazem starości. Przeszywający, rozrywający ból przenika wszystko – ciało, duszę, wspomnienia, umysły widzów. W tym świecie nawet marzenie o zakupieniu jachtu i odcięciu się od przeszłości wybrzmiewa niczym upiorna wariacja na temat szczęścia. Reżyser, James Mangold, doskonale odrobił jednak lekcję z kina superbohaterskiego i wie, że w tak nakreślonym pejzażu przemijania sprawdzi się nie mrok, a ostatnie promienie zachodzącego słońca. To na jego tle wyłania się sylwetka tytułowego bohatera – samotnego jeźdźca w krainie nędzy i rozpaczy. Nie liczcie na żaden Armagedon, heroiczne czyny czy inne pompatyczne czary mary. Jest tu wyłącznie miejsce na ostatnie tchnienie; w końcu najważniejsze dla filmu postacie są zawieszone pomiędzy życiem a śmiercią, snem a jawą, przeszłością a przyszłością, która może wcale nie nadejść. Od początku będziemy więc czuli, że Logan: Wolverine to podróż szalona, niemożliwa, tym bardziej, że na jej końcu czeka na nas wszechogarniająca pustka, która zostanie z nami na długo po seansie.

Czas świetności mutantów bezpowrotnie przeminął. Logan ukrywa się w Meksyku, opiekując się do spółki z Calibanem schorowanym Charlesem Xavierem, który stopniowo traci kontrolę nad potęgą swojego umysłu. Moc samoleczenia głównego bohatera produkcji zaczyna szwankować, brakuje pieniędzy na leki, smutki coraz częściej topione są w butelce. Szarą codzienność zgorzkniałych herosów przerywa pojawienie się tajemniczej dziewczynki, Laury. Jej historia nada bądź co bądź tragicznej egzystencji całej trójki X-Menów zupełnie nowy wymiar. Nie ma tu jednak nic z łabędziego śpiewu czy odcinania kuponów od sławy – to raczej stawianie przed sobą pytań o to, ile zostało w nas jeszcze z człowieczeństwa. W pogoń za X-23, powstałą w wyniku eksperymentów doktora Zandera Rice’a, rusza bezlitosny Donald Pierce z całą armią zaprogramowanych na zabijanie najemników. Wszyscy doskonale wiemy, jak w tej sytuacji zachowa się Logan, jednak zanim tak się stanie, na ekranie zobaczymy swoiste tango poszukiwania motywacji i zaserwowane nam w mikroskali metamorfozy. Co więcej, w całej opowieści wybrzmiewają one subtelnie, doskonale kontrastując z tłumionym przez Wolverine’a okrzykiem gniewu.

Logan Wolverine
fot. 20th Century Fox

Mangold już na początku historii wyraźnie sygnalizuje, że w żadne, tak typowe dla kina superbohaterskiego zamaszyste posunięcia narracyjne bawić się nie zamierza. Rezygnuje z nich na rzecz nieustannego akcentowania kameralnego wymiaru ekranowego przekazu. Reżyser czerpie z rozmaitych konwencji, skrupulatnie dbając o to, by cały ten gatunkowy miszmasz był znakomicie wyważony i w dodatku zaserwowany w idealnych proporcjach. Kino akcji przeplata się więc tutaj z egzystencjalnym dramatem, odwołaniami do westernowej klasyki, kinem drogi, a część z nas znajdzie tu przecież jeszcze metaforę współczesnego świata. Paradoksalnie najmniej w tej opowieści tego, co przez ostatnie lata definiowało produkcje superbohaterskie. Co ciekawe, widz względnie szybko przejdzie nad tym do porządku dziennego i zgodzi się na zaproponowane przez Mangolda reguły gry. Nie będę więc zdziwiony, jeśli z biegiem lat Logan: Wolverine stanie się nowym wzorcem dla reżyserów filmów o herosach – czasami osobiste dramaty intrygują znacznie bardziej niż wszędobylska zagłada.

Co więcej, Mangoldowi udaje się postawić przed tak zróżnicowaną publiką coś na kształt zwierciadła, które pozwoli mu postawić zasadnicze pytanie: jakiego kina superbohaterskiego dziś potrzebujemy i na ile może ono oddawać prawdę o współczesnej rzeczywistości? Pomaga w tym jakże bogata i nienachalnie wpleciona w fabułę symbolika. Jest w tym filmie scena, w której Profesor X mocą swojego umysłu uspokaja rozbiegające się po autostradzie konie, choć ledwie chwilę wcześniej będziemy mieć wrażenie, że powinniśmy je już spisać na straty. Balansowanie na granicy życia i śmierci to w zasadzie motyw przewodni produkcji; nie ma więc przypadku w tym, że w tę przestrzeń reżyser wprowadza subtelne nawiązania religijne. Xavier upatruje w Laurze ostatniej nadziei na przetrwanie mutantów – jego wiara jest niezachwiana nawet wtedy, gdy majaczenie umysłu ogranicza zdolności poznawcze. Krzyż na grobie Logana zamieni się przecież w znak „X”, a celem podróży bohaterów staje się komuna mutantów nazywana Edenem. Tytułowy bohater produkcji będzie musiał wyzbyć się charakterystycznego cynizmu i uwierzyć, że miejsce to naprawdę istnieje, nawet jeśli ktoś wspomniał o nim jedynie na kartach komiksów. Mangold puszcza do widza oko – być może historie trykociarzy to nie tylko popkulturowa mitologia i powielane raz po raz archetypy, ale również szara rzeczywistość życia codziennego. Jakże symptomatyczne jest to, że dopiero Batman w wersji LEGO pokazał nam, co robi Mroczny Rycerz, gdy świat nie potrzebuje aktualnie ratunku.

Logan: Wolverine - zdjęcie
Źródło: 20th Century Fox

Właśnie dlatego w filmie Logan: Wolverine tak istotny staje się wątek rodzinny. Mam z nim jednak pewien kłopot – akurat w tym aspekcie twórcy decydują się iść na skróty, niekiedy ocierając się o ckliwość, a powstanie triady dziadek – ojciec – córka jest nie tylko przewidywalne, ale jeszcze z ekranu raz po raz nam się o tej metaforze przypomina. Ostatecznie grzechy w tej materii będą odpuszczone, skoro tuż za łopatologicznym postawieniem sprawy wyrasta cały szereg nieoczywistych zależności i ojcowskich odruchów w gardzącym jakimikolwiek interakcjami Loganie. Mangold usilnie poszukuje w tej dysfunkcyjnej rodzinie emocjonalnego pierwiastka, spoiwa, które połączy jej członków. Dzikość serca miesza się tu przecież z przejmującym wyznaniem Xaviera, że właśnie przeżył najlepszy wieczór od dawna. Cóż z tego, skoro zaraz za progiem i tak przyczaiła się już kostucha…

Familijny dramat rozwija się więc pod dyktando nadchodzącej śmierci bohaterów. Nawet jeśli gdzieś w trakcie seansu zaczniemy domyślać się, jak ta historia się zakończy, to najważniejsze stają się nie same cele reżysera, a zastosowane przez niego na ekranie środki. Nazwijmy rzeczy po imieniu: w filmie Logan: Wolverine mamy do czynienia z najlepszymi scenami walk w historii kina superbohaterskiego. Mangold w pełni korzysta ze wszystkich dobrodziejstw kategorii R, pretendując do miana prawdziwego poety przemocy. Jest brutalnie, krwawo, szpony raz po raz wbijają się w głowy. Pojawiający się znienacka X-24, niedoskonały, choć wizualnie identyczny klon Wolverine’a, siecze co prawda bez namysłu, jednak w produkcji nie ma choćby jednej tylko sekwencji, w której przemoc nie byłaby uzasadniona. Do tego dochodzą takie smaczki, jak zachowanie Logana przed ostateczną bitwą z X-24 – zwróćcie uwagę, że tuż przed atakiem główny bohater wydaje z siebie dźwięk do złudzenia przypominający odgłos rzucającego się na ofiarę rosomaka. Ostatnie podrygi człowieczeństwa rezonują tutaj w postępującym zezwierzęceniu, którego tak brakowało w poprzednich produkcjach o najsłynniejszym z X-Menów.

Brutalność przekazu zostaje jeszcze dopełniona przez znakomicie przemyślaną oprawę wizualną. Estetycznie więc Logan: Wolverine, przynajmniej w pierwszej fazie, najbliżej ma do westernu. By jednak nie wpadać w jakiekolwiek gatunkowe koleiny operator, John Mathieson, przeplata szerokie panoramy meksykańskiej pustyni ze zbliżeniami na twarze bohaterów czy błądzeniem kamery po wnętrzach kryjówki mutantów. Nie znajdziemy tu również zbędnej asekuracji w czasie bijatyk – jeśli więc na ekranie pojawia się krew, to nie jest automatycznie tłumiona przez zastosowanie odcieni szarości w ukazanej na ekranie kolorystyce danego kadru. Co więcej, Mangold dwoi się i troi, by utrudnić nam jednoznaczne zaklasyfikowanie estetyczne jego dzieła. Pomaga mu w tym choćby dobór konkretnych lokacji, którymi tasuje na ekranie niczym wytrawny pokerzysta – niektóre z nich wydają się miejscami zupełnie nie z tego świata. Dziwaczne, przywodzące na myśl filmy niemieckich ekspresjonistów kształty kryjówki bohaterów, tajemnicze światła za polem kukurydzy, ujęcia nagrane telefonem komórkowym – wszystko to jakimś błogosławionym zrządzeniem losu trafia na swoje miejsce, powodując kolejne eksplozje ekstatycznego uniesienia widza. Dochodzi tu jeszcze warstwa muzyczna; niekiedy takty utworów wydają się chaotyczne, jakby niepasujące do danej sekwencji (np. w czasie sceny ucieczki limuzyną, gdy w oddali pojawia się już nadjeżdżający pociąg), jednak wbrew pozorom tylko wzmacniają one konwencję stylistyczną, na którą zdecydował się w samej narracji reżyser.

Logan - zdjęcie
Źródło: 20th Century Fox

Jakby tego było mało, Hugh Jackman i Patrick Stewart wypadają na ekranie koncertowo – nie ma się czemu dziwić, skoro przez lata zdążyli doskonale zrozumieć portretowane przez siebie postacie. Choć obaj aktorzy balansują gdzieś pomiędzy nieuchronnością losu swoich bohaterów a świadomością żegnania się z rolami, to jednak w całą historię zdołali wpleść jeszcze subtelne dawki humoru. Nieprawdopodobnie smuci więc fakt, że popisów tego duetu w kinowym uniwersum X-Menów już nie uświadczymy. Tam jednak, gdzie zostają zamknięte drzwi, możemy dostrzec otwarte okno – największym zaskoczeniem filmu jest niezwykle sugestywna rola Dafne Keen, która wcieliła się w postać Laury. Jest coś niepokojącego i zarazem przejmującego w jej początkowym milczeniu, jakby wewnętrzna rozpacz mieszała się tu z niewinnością wieku dziecięcego. Debiutująca na ekranie aktorka w ekspresowym tempie przejdzie jednak wraz ze swoją bohaterką metamorfozę – nikogo chyba nie trzeba przekonywać, że Keen doskonale rokuje na przyszłość i odstawienie jej na boczny tor przez odpowiedzialnych za produkcje o mutantach byłoby strzałem w stopę.

Paradoksalnie Logan: Wolverine, historia naznaczona krwawym piętnem i wszechobecną śmiercią, gdzieś na najgłębszym poziomie staje się celebracją życia. Tylko pozornie obrazem, który zachowamy w pamięci po seansie, będzie widok sterty kamieni na grobie Rosomaka. Z biegiem czasu ten ból zostanie wyparty przez świadomość, że heros przed odejściem odnalazł to, o czym zawsze marzył – rodzinę. Zwróćcie uwagę, z jakim pietyzmem Mangold kilkukrotnie pokazuje sceny z Loganem, który bierze na ręce Xaviera. W tych sekwencjach Wolverine demonstruje więcej siły, niż w czasie jakiejkolwiek walki na placu boju. Nawet jeśli po latach będziemy opiewać jego heroiczne wyczyny, to pamiętajmy, że to tylko fasada. Legenda będzie niepełna, dopóki nad grobem nie zdamy sobie sprawy, że Logan był tylko i aż jednym z nas.

Źródło: Zdjęcie główne: 20th Century Fox

Poznaj recenzenta

Piotr Piskozub
Byłem kiedyś w Twin Peaks, choć równie dobrze mogło to być South Park. Nie płakałem po Mufasie; wzruszyłem się za to sakramencko, gdy pewien Diabeł Stróż urządził jatkę na klatce schodowej. Dawno temu, w Ameryce, chciałem przeżyć swoją własną Odyseję Kosmiczną. Nieustannie Idę i Patrzę, rozglądając się za małymi skrawkami piękna. Wielkiego piękna.

Najlepsze z 24h

Piotr Piskozub
0 -

Aktor z MCU ostro o Marvelu:…

Christopher Eccleston, znany fanom Kinowego Uniwersum Marvela z filmu Thor: Mroczny świat, w niezwykle krytycznych…

Piotr Piskozub
0 -

Momoa o krytyce Ligi Sprawiedliwości: Trzymam…

Jason Momoa zabrał głos w kwestii krytyki, jaka spadła na film Liga Sprawiedliwości. Aktor nie…

Piotr Piskozub
0 -

Liga Sprawiedliwości morduje Avengers i X-Men…

W jednym z chińskich kin pojawił się nietypowy plakat promujący film Liga Sprawiedliwości.

Michalina Reda
0 -

Jak się robi sceny erotyczne w…

Bogusław Linda uchylił rąbka tajemnicy i opowiedział, jak wygląda realizacja scen łóżkowych w polskim kinie.…

Magda Muszyńska
spoilery
0 -

The Walking Dead: sezon 8, odcinek…

Po dramatycznych wydarzeniach, które miały miejsce w poprzednich odcinkach The Walking Dead, przyszedł czas na…

Ocena recenzenta:
7
Michalina Reda
0 -

Oto zwiastun 5. sezonu serialu Agenci…

Po klipach i zdjęciach promocyjnych, w sieci pojawił się pełny zwiastun nadchodzącego sezonu serialu Agenci…

Co o tym sądzisz?