Przeczytaj w weekend

Nie z tego świata: sezon 13, odcinek 23 (finał sezonu) – recenzja

Kolejny finał sezonu Nie z tego świata (oraz podsumowującego Carry on, my wayward son) za nami. Raz jeszcze dostaliśmy cliffhanger – mocno przewidywalny dla większości oglądających, choć wizualnie cieszący oko. Jeden adwersarz zginął, by inny mógł zająć jego miejsce, a bracia Winchesterowie nie mogą spocząć na laurach, choćby bardzo tego pragnęli - jak Dean z tęsknotą opowiadający o „emeryturze”. Jednak, mimo kilku niezłych, poruszających, mocnych scen i wspomnianego „zawieszenia” na końcu, całość odcinka była letnia jak stygnąca kawa.

Ocena recenzenta:
7/10

Kolejny finał sezonu Nie z tego świata (oraz podsumowującego Carry on, my wayward son) za nami. Raz jeszcze dostaliśmy cliffhanger – mocno przewidywalny dla większości oglądających, choć wizualnie cieszący oko. Jeden adwersarz zginął, by inny mógł zająć jego miejsce, a bracia Winchesterowie nie mogą spocząć na laurach, choćby bardzo tego pragnęli - jak Dean z tęsknotą opowiadający o „emeryturze”. Jednak, mimo kilku niezłych, poruszających, mocnych scen i wspomnianego „zawieszenia” na końcu, całość odcinka była letnia jak stygnąca kawa.

Monika Kubiak

Monika Kubiak

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Scenariusz został upstrzony dziwnymi przeskokami, dłużyznami i mieliznami, a mimo rozgrywających się dram zabrakło w nim napięcia. Przy okazji cudownym sposobem pozbył się kilku postaci, by nie przeszkadzały w głównej rozgrywce. Początkowa zagadka śmierci Maggie z alternatywnego świata ani ziębiła, ani grzała. Ciekawsze były rozmowy Mary z Bobbym na deszczu i szkolenie Jacka w panowaniu nad mocą w poglądowym zabijaniu wilkołaków (mam nadzieję, że wpierw upewnili się, że to były „złe” wilkołaki), pogaduszka od serca między Jackiem i Deanem, „powstrzymywanie” uniesionego słusznym gniewem Jacka za pomocą kul, czy pierwsze, dramatyczne spotkanie z archaniołem Michałem w sklepiku na stacji (nawiązanie do początku sezonu czwartego?) i następne, nie mniej dramatyczne - w Bunkrze. W bonusie otrzymaliśmy tradycyjne podduszanie braci Winchesterów, tym razem obu, choć nie w jednym momencie.

Jak się spodziewaliśmy, w Let the good times roll prawiący synowi słodkie słówka Lucyfer wreszcie odsłonił swoją prawdziwą twarz i intencje, znacznie zyskując na perfidii i mocy. I choć byłam już lekko zmęczona samą postacią Lucyfera, muszę uznać, że Mark Pellegrino grał go jak z nut.

A nim doszło do końcowego, epickiego starcia adwersarzy, do którego w tejże konfiguracji miało dojść pod koniec sezonu piątego, dostaliśmy jedną z najbardziej wzruszających scen odcinka rozgrywającą się pomiędzy Jackiem a Samem, dosyć niekonwencjonalnie usiłujących ratować siebie nawzajem. I impulsywną decyzję Deana, którego nie był w stanie powstrzymać nawet Castiel. Plus anielskie „wejście smoka”.

Po czym… cały urok doskonałej lokalizacji kościoła z przepięknymi witrażami i grozy starcia dwóch tytanów trafił jasny szlag, gdy przeciwnicy zaczęli latać w powietrzu jak marionetki na sznureczkach, do tego średnio zborne. Kto to wymyślił? Co to, u licha, miało być? Lotopałanka kontra wściekły ryś? Księżniczka Leia dryfująca przez próżnię? Dlaczego to musiało być takie kiczowate i żałosne? Chcąc nie chcąc, śmiałam się do rozpuku, a chyba w tym momencie nie powinnam. Nie, kochana ekipo Supernatural, tak się nie kręci wielkiej, epickiej walki między archaniołami.

Dobrze chociaż, że na sam, samiutki koniec przemówiło długie, piękne ujęcie a la Englishman in New York. Trzeba przyznać, że archanioł Michał ma znakomity gust do… garniturów.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Let the Good Times Roll

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV