Preacher: sezon 4, odcinek 6 - recenzja

Minęliśmy połowę finałowego sezonu, a Preacher wciąż dostarcza dobrą rozrywkę, choć nie tak dużą, jak pewnie sobie twórcy wyobrażają. Jednak serial zachowuje swój specyficzny styl, balansując na granicy powagi, komedii oraz kiczu i to jest wystarczające, aby nieźle się bawić, oglądając nowy epizod.

Ocena recenzenta:
6/10

Minęliśmy połowę finałowego sezonu, a Preacher wciąż dostarcza dobrą rozrywkę, choć nie tak dużą, jak pewnie sobie twórcy wyobrażają. Jednak serial zachowuje swój specyficzny styl, balansując na granicy powagi, komedii oraz kiczu i to jest wystarczające, aby nieźle się bawić, oglądając nowy epizod.

Magda Muszyńska

Magda Muszyńska

Tagi:  recenjza 
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Najnowszy odcinek Preacher był nieco chaotyczny, a to ze względu na wielość i różnorodność wątków. Niemal każdy z nich był tak samo istotny, choć z początku nie było to takie widoczne. Dzięki temu epizod się nie dłużył, choć nie był prowadzony w zawrotnym tempie. Do tego fabuła zaczęła w końcu śmielej zmierzać do celu, jakim jest prawdziwe i ostateczne spotkanie Jessego z Bogiem, na które czekamy od początku serialu. Już powoli wyczuwa się, że historia w Preacher zbliża się do finałowych momentów. Szczególnie, gdy postaci wspominają motywy z poprzednich sezonów, jak na przykład Cass, któremu zależy na wyjaśnieniu przez Boga filmu Big Lebowski. Twórcy bardzo sympatycznie zataczają fabularne koło. To się ceni.

Jednak ten wiekopomny moment nie może nastąpić w połowie ostatniej serii. Musimy jeszcze kilka wątków i spraw nie tylko omówić, ale również przejść z bohaterami. Australijskie słońce odebrało mroczności Świętemu od Morderców, który przynajmniej wciąż budzi grozę na ekranie. Jednak wspólny spacer z Jessem nie należał do najbardziej zajmujących. Obejrzeliśmy trochę tortur oraz kilka zabawniejszych scenek, ale tak naprawdę to tylko szczere wyznanie Custera sprawiło, że ich wędrówka miała sens w tym odcinku. Obu bohaterów łączy podobne cierpienie, za które obwiniają Boga, więc dzięki temu twórcy zbudowali solidne podwaliny pod ich zemstę bez względu, jaką przyjmie ona formę. To powinno dobrze zaprocentować w końcówce sezonu.

Z kolei kiepsko prezentował się wątek Tulip i Cassa. Nie ma między tą dwójką chemii, więc nawet ich nowy wizerunek pokazany w humorystyczny sposób też dobrze nie zadział. Nie tworzą fajnego duetu, którego losy śledzi się z przyjemnością czy z zapartym tchem. Mimo wszystko warto było spróbować, czy mają szansę, choć przez chwilę zaistnieć na ekranie w pełni blasku. Niestety nawet ten czarny Chevrolet, którego kamerzyści darzą szczególną miłością ze względu na sporą liczbę ujęć, robił większe wrażenie niż Cass i Tulip.

Dużo chaosu w odcinku wprowadziła druga faza Apokalipsy. Ale ostatecznie po kilku krwawych scenach fabuła nabrała sensu. Teraz już wiemy, jaką rolę odgrywają w spotkaniu na szczycie Jezus i Hitler, a także do czego ma doprowadzić konflikt Nowej Zelandii z Australią. Trochę to naciągane i uproszczone, ale jeśli miało to przyspieszyć konfrontację Boga z Jessem to jest to do zaakceptowania. Dzięki temu wróciliśmy do początku czwartego sezonu, gdzie widzieliśmy Custera spadającego z nieba, a teraz poznaliśmy przyczynę upadku. Szkoda, że w taki groteskowy i mało realistyczny sposób twórcy postanowili pokazać jego „śmierć”. Odebrało to tym scenom emocji, a także stawia w wątpliwość czy faktycznie nasz główny bohater zginął. Raczej Genesis do tego nie dopuści, ale Preacher wciąż ma szansę zaskoczyć widzów, jakimś szalonym rozwiązaniem.

Ciekawą kwestią jest postać Boga, który jest bardzo specyficznym indywiduum. Manipuluje każdym bohaterem wedle własnej woli, a do tego jest mściwy. Przekonał się o tym Starr, który radośnie przyleciał do Australii, aby odzyskać urodę za wierność i oddanie, a spotkała go dość bolesna kara. Plusem tego zdarzenia było to, że Wszechojciec trochę odżył, mogąc dołączyć do przeprowadzania fazy drugiej. Natomiast Bóg wykazuje też ludzkie odruchy, tak jak wtedy, gdy z rozrzewnieniem oglądał powtórkę z jego pojednania z Abrahamem. Było to też zabawne, ponieważ ten film to raczej kino klasy B. W każdym razie jego czarne poczucie humoru oraz gra słowem są podejrzane i intrygujące.

The Lost Apostle to całkiem niezły epizod, ale niezbyt dobrze wyważony pod względem dynamiki wydarzeń. Nie sprawił tyle frajdy, na ile pewnie liczyli twórcy. Ważne, że nie ma w nim mowy o nudzie czy niepotrzebnych dłużyznach. Wciąż fabuła dostarcza dziwacznych wydarzeń i dialogów, ale nie wywołuje większych emocji. Jest dobrze, ale mogłoby być lepiej.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Preacher

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV