Tacy jesteśmy: sezon 4, odcinek 1-2 - recenzja

Czwarty sezon This is Us otwarły dwa zupełnie różniące się od siebie odcinki. Jednak oba zachowały charakterystyczny ciepły klimat serialu, a do tego pewne zmiany personalne zapowiadają interesujący dalszy ciąg losów rodziny Pearsonów.

Ocena recenzenta:
7/10

Czwarty sezon This is Us otwarły dwa zupełnie różniące się od siebie odcinki. Jednak oba zachowały charakterystyczny ciepły klimat serialu, a do tego pewne zmiany personalne zapowiadają interesujący dalszy ciąg losów rodziny Pearsonów.

Magda Muszyńska

Magda Muszyńska

Tagi:  recenzja 
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Dwa pierwsze odcinki czwartego sezonu This is Us chyba nie mogły się bardziej od siebie różnić, ponieważ opowiadają zupełnie różne historie z życia rodzin i to nie tylko Pearsonów. Ale łączy ich to, że mówią o zmianach, które dotyczą naszych bohaterów, a także tych, które czekają na widzów w przyszłych epizodach. I tego było potrzeba temu serialowi, którego poprzednia seria już nie zachwycała tak jak poprzednie. Początek czwartego sezonu, jest jakby nowym startem dla This is Us, które w swoim stylu będzie eksplorować ludzkie problemy i dramaty w kompleksowy sposób.

Gdyby nie to, że w pierwszym odcinku w retrospekcjach oglądaliśmy Jacka i Rebeccę, to można było pomyśleć, że trafiliśmy na sequel, reboot lub niezapowiedziany spin-off serialu. Ale znając twórców, nie trudno było przewidzieć, że odrębne wątki nowych postaci połączą się na koniec z historią Pearsonów, czym wzbudzili dużą ciekawość. A do tego ten odcinek niezwykle przypominał pilot This is Us, gdzie również do samego końca pozostawało tajemnicą, jak łączą się wątki poszczególnych bohaterów. Znowu też zabawili się przedziałami czasowymi, choć tym razem zaskoczenie i emocje były mniejsze. Mimo to pozytywne wrażenie z pilota udało się uzyskać, co wcale nie było łatwą sztuką.

W pierwszym odcinku najbardziej zaskakiwała historia Jacka Damona z przyszłości. Przez cały epizod nie wyjawiano kim jest, a również jego smukła postura i ślepota nie pomagała w zgadnięciu jego tożsamości. Dzięki temu ta słodko-gorzka niespodzianka się udała, bo trzeba przyznać, że sam w sobie ten miłosny wątek był mdły i banalny. Na szczęście muzyka i finałowa piosenka sprawiły, że zyskał on niepowtarzalną i magiczną atmosferę. Szok jednak pozostał, bo kiedy rozstawaliśmy się w poprzednim sezonie z Damonami, nic nie zapowiadało dramatu malutkiego Jack. Twórcy naprawdę nie mają litości dla naszych bohaterów, ale przynajmniej zapewnili mu szczęśliwy koniec.

Zespół stresu pourazowego to bardzo popularny temat w amerykańskich serialach, więc w This is Us też nie mogło go zabraknąć. Co prawda poniekąd był już podejmowany w wątku z Jackiem, ale raczej był on wykorzystywany w związku z alkoholizmem bohaterów. Historia Cassidy Sharp rozwija się przewidywalnie, bo po powrocie ze służby na Bliskim Wschodzie rozpada się jej życie rodzinne i trafia na terapię. Do samego końca zagadką pozostawało, jak łączy się jej historia z Pearsonami. Tym połączeniem okazał się Nicky, który zaznaczył swoją obecność w odcinku w gwałtowny sposób. Może to wskazywać na to, że jego życie wcale się nie polepszyło po spotkaniu z rodziną. A to dobry znak w perspektywie przyszłych epizodów, bo jego wątek nie został wyeksploatowany i wciąż ma spory potencjał fabularny.

Najmniej zajmującą historią z nowych postaci był ten z Malikiem. Jasne, że zaintrygowało to, że jest nastoletnim ojcem i szybko musi się nauczyć odpowiedzialności. Ale to też już przerabialiśmy w This is Us, choć w porównaniu do matki Dejy, jego wątek ukazany jest w kolorowych barwach. Serial nie boi się podejmować trudnych i życiowych tematów, ale czasem jego cukierkowatość i natrętne moralizatorstwo, aż drażni. W każdym razie szykuje nam się historia nastoletniej miłości, bo nie trzeba oglądać drugiego odcinka, aby stwierdzić po wymownym spojrzeniu Dejy i jej szerokim uśmiechu, że coś między nią a Malikiem zaiskrzy. Miejmy nadzieję, że twórcy szykują nam w związku z tym coś mądrego i pouczającego, bo na razie wygląda to niezachęcająco.

Natomiast wątek Jacka i Rebecki nie emocjonował i nie przyniósł też nic rewolucyjnego. Może poza pierwszym spotkaniem Miguela z Jackiem jako ciekawostka ich przyjaźni. Z kolei konfrontacja z rodzicami Rebecki nie wbijała tak w fotel, jak pewnie tego oczekiwali twórcy. Pearson popisał się mocną i przekonującą przemową, aby zaimponować przyszłym teściom, ale zabrakło swoistej kropki nad i. Ten wątek tak trochę wciśnięto na siłę do pierwszego odcinka, bo nawet pod względem treści nie łączył się z pozostałymi. Z kolei odwrotną sytuację mieliśmy w drugim epizodzie, w którym retrospekcje Jacka i Rebecki z dziećmi aż przesadnie nawiązywały do dorastających córek Randalla. To bardzo fajny zabieg, który charakteryzuje This is Us, ale czasami twórcy aż zanadto doszukują się analogii między przeszłością i teraźniejszością bohaterów.

Prawdą jest, że nie da się zignorować tego, że w This is Us dzieci rosną, więc serial też powinien się zmieniać i mierzyć się z nowymi problemami okresu dorastania. Ale robi to małymi kroczkami, aby przygotować widzów na nowe „rozdanie kart”. W taki sposób widzimy, jak dzieciaki starają się być coraz bardziej samodzielne, jak to jest w przypadku córek Randalla. Tess zdecydowała się na nową, nieco chłopięcą fryzurę, w której jest jej bardzo do twarzy. A Deja przekonała zastępczego ojca, aby pozwolił jej na samodzielny dojazd autobusem do szkoły. Tutaj zobaczyliśmy typowe sceny z przesadnie zamartwiającym się Randallem, ale znowu to dziewczyna przejęła inicjatywę rozmowy. Trzeba przyznać, że Lyric Ross jest coraz lepsza w tego typu konfrontacjach. Wątek Pearsonów kończy się zabawą w najgorszy scenariusz, ale tak naprawdę to wbieganie po schodach do Philadelphia Museum of Art, nawiązujące do Rocky’ego, było najsympatyczniejszym momentem ich historii, a także dobrze ją wieńczyło.

W przypadku retrospekcji dzieci też potrzebowały swobody, więc na basenie spędzały czas ze znajomymi. Twórcy przypominają nam, że w dzieciństwie między Kevinem i Randallem nie układało się najlepiej, a Kate, jak się okazuje, potrafiła się przystosować do sytuacji. Zupełnie jak w teraźniejszości, co akurat było wyważoną i nienatrętną analogią. Nie mogło zabraknąć mądrej rozmowy ojca z synem, która przypomniała nam za co tak lubimy ten serial. I podobnie, jak w wątku Randalla, tutaj też końcówka z przeplatającymi się wspomnieniami, przyniosła dużo ciepła.

Jednak najbardziej ciekawiła historia Damonów, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji w związku z niepełnosprawnością małego Jacka. Ze wsparciem rodziny radzą sobie nieźle, ale żeby nie było im tak łatwo, twórcy już stwarzają naszym bohaterom kolejne problemy i to większej wagi. Temat nadwagi zszedł na drugi plan, gdy para zaczęła starać się o dziecko, co jest zrozumiałe. Do puszystości Kate się przyzwyczailiśmy, ale tak naprawdę większe emocje wśród fanów wzbudzał sztuczny brzuch Chrisa Sullivana. Więc twórcy postanowili wrócić do problemu i od razu rozwiązać sprawę chudnięcia Toby’ego w najprostszy możliwy sposób, czyli ćwiczenia i stres. Miejmy nadzieję, że stać ich na więcej, bo nadwaga to nie tylko zmartwienie naszych bohaterów, ale też amerykańskiego społeczeństwa.

Przyznam, że nie przepadam za scenami z bobasami, bo odwracają uwagę i zazwyczaj obfitują w wiele ujęć, aby ukryć wiercącego się szkraba. Ale w This is Us zupełnie nie odczuwało się tego niekomfortowego uczucia, dzięki czemu monolog Kevina do siostrzeńca poruszał. A później, gdy dołączyła do niego Kate, też nie brakowało uroczych momentów z dzieckiem. Czasem serial potrafi przesłodzić wątki, ale tym razem ta urokliwość była jego największą zaletą.

Warto jeszcze wspomnieć o postaci Kevina, który w poprzednim sezonie wiele przeszedł, a teraz pozostaje trzeźwy od urodzenia Jacka. Jego wątek polegał raczej na aktualizacji tego, jak sobie radzi w życiu i na czym stoi. W aktorstwie układa mu się znakomicie, dzięki czemu też zobaczyliśmy samego M. Night Shyamalana w roli samego siebie. This is Us naprawdę ma wspaniałe cameo, które inne seriale mogą tylko pozazdrościć. Natomiast prywatnie Kevin trzyma się też dzielnie, a przy okazji twórcy nakreślili, w którą stronę podąży jego wątek w związku z rozrabiającym Nickym. Na razie nie prezentuje to się zbyt atrakcyjnie, ale serial zawsze potrafi czymś zaskoczyć i wywrócić odczucia widzów do góry nogami.

This is Us powróciło bardzo udanie z nowymi odcinkami, które może nie powaliły na kolana i nie wyciskały łez z oczu, ale dzięki nim znowu odżyła sympatia do tego serialu. Nie zabrakło pokrzepiającego klimatu, ani zaskoczeń. Pominięto zupełnie kwestię futurospekcji, ale i na to przyjdzie jeszcze czas. Historia się rozszerza o nowe postaci, które na pewno wpłynął na naszych bohaterów. To dobry znak, bo oznacza to, że serial się rozwija i nie zamyka się na kolejne życiowe tematy, dylematy i problemy. Nawet jeśli This is Us nie będzie tak emocjonował, jak w pierwszych sezonach, to możemy być pewni, że przynajmniej zachowa swój mądry charakter. Ale o to raczej nie musimy się martwić po tak przyzwoitym starcie czwartej serii.

Tacy jesteśmy

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV