Przeczytaj w weekend

Teoria wielkiego podrywu: sezon 12, odcinki 23-24 (finał serialu) - recenzja

Teoria wielkiego podrywu odeszła, jednak w finale historii do żadnego Wielkiego Wybuchu nie doszło. Szkoda, żegnamy przecież jedną z królowych telewizji.

Ocena recenzenta:
4/10

Teoria wielkiego podrywu odeszła, jednak w finale historii do żadnego Wielkiego Wybuchu nie doszło. Szkoda, żegnamy przecież jedną z królowych telewizji.

Teoria wielkiego podrywu, jeden z najważniejszych i z całą pewnością najpopularniejszych seriali ostatnich lat, na dobre zniknął już z anteny. Rozpisany na dwie części finał produkcji przyciągnął przed telewizory blisko 19 mln Amerykanów - ta liczba imponuje, zważywszy na to, że podobne wyniki The Big Bang Theory uzyskiwała w czasach swojej świetności. Problem polega na tym, że pod względem jakościowym seria stacji CBS od dobrych kilku sezonów pikowała, a żarty bohaterów stały się tak czerstwe jak chleb z zeszłorocznej Wigilii. Protagoniści przez długie lata dreptali w miejscu niczym Stephen Amell w trakcie warsztatów aktorskich; na papierze dojrzewali, zawierali związki małżeńskie, płodzili potomstwo, odnosili sukcesy w pracy, by później na ekranie całe to tango z życiem traciło na znaczeniu. Liczyło się bardziej to, czy w tym tygodniu będą mieć problemy gastryczne po chińszczyźnie, albo to, którą ze swoich dorabianych na poczekaniu dysfunkcji okaże tym razem Sheldon. Nawet uwzględniając te bolączki, nie da się ukryć, że dwa finałowe odcinki rozczarowują. Mnóstwo w nich emocji i podejmowania prób sentymentalnej gry z widzem, jednak produkcji tego pokroju sięganie po tak tanie sztuczki i narracyjne żonglerki zdecydowanie nie przystoi. Na początku był Wielki Wybuch. Na końcu też miał być, tylko ostatecznie okazał się strzałem z kapiszona.

Cały ten mocno przydługi sezon kręcił się wokół faktu, że Sheldon i Amy mają otrzymać Nagrodę Nobla za przedstawienie teorii superasymetrii. W The Change Constant telefon ze Sztokholmu ostatecznie zadzwoni - jeśli taki obrót spraw Was zaskoczył, to podejrzewam, że musieliście przespać kilka ostatnich miesięcy. Rozbawił mnie za to żartowniś Kripke, który tuż przed upublicznieniem wiekopomnej informacji postanowił odrobinę ponabijać się z kolegów po fachu. Sęk w tym, że przyznanie naukowego lauru bohaterom uruchamia całą lawinę niezrozumiałych rozwiązań fabularnych, które zupełnie nie sprawdzają się jako podsumowanie 12 lat życia protagonistów. Amy zmienia swój wygląd, co podziała na Sheldona jak płachta na byka - twórcy sięgają po łopatę, grabie, wąż ogrodowy, kilof i siekierę, by wbijać nam do głów, że zmiana jest paradoksalnie jedynym stałym elementem istnienia.

Trąci tu egzystencjalną masturbacją, jakąś przetrąconą dywagacją na temat buddyjskich mądrości. Jasne, wszystko to aspołecznemu Cooperowi Penny będzie musiała tłumaczyć jak dziecku, ale jeśli przy okazji i nas traktuje się na tę samą modłę, to fabularne paliwo szybko się skończy. Zapewne tak szybko, jak podjęcie przez małżeństwo Hofstadterów decyzji o nocnych igraszkach, które doprowadzą do ciąży Penny - na miłość boską, przecież stało się to tuż po zakrapianym spotkaniu jasnowłosej z Sheldonem... Z kronikarskiego obowiązku muszę dodać, że winda zaczęła działać. Brzmi pięknie, jak emocjonalne domknięcie serialowej historii, jednak akurat ten aspekt już od dawna wydawał się pewny fanom dyskutującym na internetowych forach. W przeciwieństwie do scenarzystów Gry o tron, twórcy Teorii wielkiego podrywu dali nam dokładnie to, czego chcieliśmy. Albo tak nas kochają, albo stali się w swojej pracy aż nazbyt leniwi. 

Na tym tle odrobinę lepiej jest w The Stockholm Syndrome, przy czym ogromna w tym zasługa świetnie napisanego, przejmującego podziękowania Sheldona tuż po otrzymaniu Nagrody Nobla. W tę beczkę miodu musimy włożyć jednak całą ciężarówkę dziegciu - mowa Coopera nie miałaby takiej mocy sprawczej, gdyby twórcy w trymiga nie zamienili go we wroga wszystkich głównych bohaterów. W jego związku z Amy ni z gruszki, ni z pietruszki pojawiły się upiory, Howard z Bernadette nagle zaczęli robić za najlepszych rodziców na świecie, a podejście noblisty do brzemiennej Penny woła o pomstę do nieba. Sheldon zraził do siebie przyjaciół i musi ich odzyskać; szkoda tylko, że cały ten zabieg jawi się jak wmontowany w opowieść na siłę, tak, by doprowadził do jakiejkolwiek konkluzji, nie zaś tej najlepszej z możliwych.

Choć w poprzednim odcinku wszem wobec mówiło się o zmianie, w życiu całej paczki mogło się zmienić więcej. Prawdopodobnie najbardziej poszkodowany na tym polu jest Raj, który dopiero co odrzucił uczucie do Anu, a teraz kończy wpatrzony jak w obrazek w Sarę Michelle Gellar. Czy Penny faktycznie jest szczęśliwa ze swojej pracy? Czy Leonard raz na zawsze rozwiązał emocjonalny problem z matką, co sugerował jeden z ostatnich odcinków? Czy każdy z bohaterów odnajduje się w życiu rodzinnym, skoro większość z nich nadal skrywa w sobie emocjonalne dziecko? Na te i wiele innych pytań już nigdy nie poznamy odpowiedzi. Scenarzyści produkcji dopiero w decydującej fazie finałowego sezonu przypomnieli sobie, że tu nie tylko o wyciągane niczym królik z kapelusza suchary idzie, ale głównie o życie jako takie. Gdy Sheldon w Sztokholmie wyjawi prawdę o przyjaźni lub w trakcie ostatniego wspólnego posiłku protagonistów łza może zakręcić się w oku. Dobrze, że bohaterowie się na koniec najedli. Sęk w tym, że na polu emocjonalnego oddziaływania na widza zjadają ich Przyjaciele, z którymi przecież chcieli się swego czasu równać. 

Teoria wielkiego podrywu odchodzi - gdzieś z tyłu głowy pojawi się wniosek, że stało się tak o kilka sezonów za późno. No cóż, utrzymujące się na zaskakująco wysokim poziomie wskaźniki oglądalności zrobiły swoje. Powracający zapewne do przygód paczki z przyzwyczajenia Amerykanie siłą rzeczy pokazali nam jednak, że The Big Bang Theory, dawna królowa ramówki, jest prawie całkowicie już naga. Serial stanął w ostatnim czasie w osobliwym rozkroku pomiędzy humorystyczną kanonadą coraz mniej śmieszących żartów a akcentowaniem rozwoju emocjonalnego bohaterów. Gorzej tylko, że odpowiedniego balansu na tym polu nie udało się odnaleźć do samego końca. Tak, podejmowano próby, tak, po niektórych odcinkach wciąż byliśmy w lepszym nastroju. Na pożegnanie Sheldona i spółki wielu z nas zareaguje jednak tylko wzruszeniem ramion. Jest wdzięczność za dawne uniesienia, ale jest też spory niedosyt, pewna forma fabularnej nicości. I z niej może się ostatecznie coś zrodzić. Dajmy na to... Wielki Wybuch. 

Źródło: Zdjęcie główne: CBS

Teoria wielkiego podrywu

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV