The Walking Dead: sezon 10, odcinek 8 - recenzja

The Walking Dead po raz ostatni w 2019 roku. Czy finał jesieni dostarcza oczekiwanych emocji? Oceniam!

Ocena recenzenta:
6/10

The Walking Dead po raz ostatni w 2019 roku. Czy finał jesieni dostarcza oczekiwanych emocji? Oceniam!

Adam Siennica

Adam Siennica

Tagi:  the walking dead 

The Walking Dead zaskakująco szybko rozwiązuje sprawę Dantego, który zamordował Siddiqa. Przyznam - spodziewałem się przedłużania w tym aspekcie i może zamknięcia tematu wraz z końcem odcinka. Twórcy jednak niczego nie przeciągają i od razu rzucają widzów w sam środek akcji. Świetnie udaje się zbudować napięcie w pierwszych scenach z wyraźnie spanikowanym Dantem, który nie radzi sobie ze spławieniem Rosity. Cała sytuacja staje się niepokojąca i groźna, bo wyraźnie postać Dantego nie wie, co zrobić, by wyjść z tego bez szwanku. Dobrze, że Rosita przypomniała widzom o tym, jak twardą była niegdyś bohaterką, załatwiając sprawę i zombie Siddiqa raz dwa. Na plus w tym aspekcie są jeszcze dwie rzeczy, które twórcy przeprowadzili wiarygodnie i z satysfakcją. Po pierwsze - wyjaśnienie, jak Dante dostał się do obozu i zdobył zaufanie, jest przekonujące. Widzimy też, jak przeprowadził sabotaż. Po drugie - świetnie podkreślono jego fanatyzm i plan Alfy, który przez złapanie Dantego wydaje się jeszcze lepiej działać, niż mogła przypuszczać. Paranoja, nieufność i wrogość do wszystkiego sięga zenitu. Ten motyw musi wprowadzić wiele zamieszania w serialu.

Największym zaskoczeniem wydaje się kulminacja wątku Dantego w celi. Czy ktoś spodziewał się, że Gabriel zmieni się w krwiożerczą bestię? To jak brutalnie go zabił i zmasakrował, jest szokiem, bo to jest coś, czego nie można było oczekiwać po tej postaci. A to też jest takie podbudowanie całego wpływu Alfy i Szeptaczy, jaki mają na bohaterów. Jak to ich niszczy i jak granica pomiędzy człowieczeństwem a barbarzyństwem coraz bardziej się zaciera. Ta wojna, która niechybnie zaraz wybuchnie, to walka o cywilizację i człowieczeństwo.

Wątek Michonne wydaje się trochę przeciągany, bo mając świadomość, że w tym sezonie bohaterka odejdzie z serialu, twórcy chcą wykorzystać jej obecność jak tylko mogą, a nie do końca czuć w tym ciekawy pomysł. To co zajęło 1/4 odcinka, można było zamknąć w kilku scenach, więc nie do końca się to udaje. Oczywiście Michonne walcząca z zombiakami zawsze na plus, a jej rozmowa z Virgilem (nowa postać) okazuje się kluczowa i ważna dla The Walking Dead. Przypomnienie sobie o łasce i słowach Ricka Grimesa w tym kluczowym momencie zagubienia wszystkich społeczności wydaje się kluczem do uratowania bohaterów. Dobrze wypada też Judith i cała otoczka wokół twardej dziewczynki. Aż szkoda, że jest jej tak niewiele w 10. sezonie.

Wyprawa Daryla, Aarona, Carol i spółki w poszukiwaniu hordy to taki typowy wątek na zawieszenie. Nie daje żadnych odpowiedzi, ale pobudza ciekawość i emocje tak, by widz chętnie wrócił w 2020 roku po przerwie. Oczywiście ten moment, gdy Carol zauważa Alfę, jest satysfakcjonujący, bo czujemy, jak bohaterka jest zaślepiona żądzą zemsty. To zresztą też wychodzi w rozmowach z Darylem. Problem w tym taki, że aż za nadto wyglądało to jak wciągnięcie bohaterów w pułapkę. I to chyba jest największe rozczarowanie finału jesieni - odnaleźli hordę ukrytą pod ziemią i są uwięzieni pośrodku niej. Biorąc pod uwagę, że od takich odcinków siłą rzeczy oczekuje się mocniejszego uderzenia, pozostaje niedosyt, a nawet mieszane odczucia. Tylko tyle? 

The Walking Dead daje niezły odcinek z kilkoma ważnymi momentami oraz istotnymi rozmowami z postaciami (czy tylko mi się wydawało, że Ezekiel w jakimś stopniu żegna się z Carol?), ale mimo wszystko pozostawia z niedosytem. 10. sezon miał wiele lepszych odcinków, a ten poza mocnymi i ważnymi scenami, nie wywołał większych emocji.

null

Źródło: zdjęcie główne: Gene Page/AMC

The Walking Dead

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV