Titans: sezon 2, odcinek 1 - recenzja

Titans wrócili z 2. sezonem. Odcinek Trigon jest doprawdy przedziwny - to popłuczyny po zeszłorocznym finale, ale też obiecująca historia, w której pojawią się Batman i Deathstroke.

Ocena recenzenta:
5/10

Titans wrócili z 2. sezonem. Odcinek Trigon jest doprawdy przedziwny - to popłuczyny po zeszłorocznym finale, ale też obiecująca historia, w której pojawią się Batman i Deathstroke.

Piotr Piskozub

Piotr Piskozub

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Tuż przed zeszłorocznym Bożym Narodzeniem odpowiedzialni za serial Titans zafundowali nam wątpliwej jakości prezent - finał 1. sezonu dopełnił dzieła zniszczenia, które dla tej produkcji rozpoczęło się mniej więcej w połowie poprzedniej odsłony serii. Dla przypomnienia: po kilku obiecujących odcinkach twórcy na dobre ugrzęźli w przeróżnych ekranowych genezach i fabularnych dygresjach, a podsumowanie historii Tytanów, choć reklamowane rozszalałym i odbierającym życie Batmanem, ostatecznie okazało się jedynie wizją włożoną do głowy Dicka Graysona. Tak, ktoś po prostu zrobił nas w konia, przy czym wpływ na taki obrót spraw miało przede wszystkim sztuczne skrócenie całej opowieści. Młodzi herosi wrócili już z 2. sezonem, jednak śpieszę donieść, że wciąż stoją oni w rozkroku - pomiędzy starciem z dorobionym na poczekaniu antagonistą a popchaniem narracji w zupełnie nowych kierunkach. Innymi słowy: odcinek Trigon to w ogromnej większości popłuczyny po zeszłorocznym finale. Blisko 40 minut koszmarnie prezentującej się, mentalnej jatki z tytułowym złoczyńcą, która zostaje później naprędce dopełniona świeżymi akcentami. Jest Deathstroke, jest Bruce Wayne, są przenosiny do San Francisco. I bardzo dobrze; szkoda tylko, że to fabularne przewietrzenie przychodzi dopiero po tym, jak Trigon i spółka postanowili się na nas zdefekować. 

Najlepiej otwarcie 2. sezonu zdaje się podsumowywać marsz złoczyńcy, który po przemianie w swoją demoniczną wersję gdzieś idzie. Po burgera, na wykopki, siać pożogę - bez różnicy. Ma tak koślawe nóżki i niemrawy chód, że zamiast nas przestraszyć, będziemy mu kibicować, by się nam ten nieborak nie przewrócił. Wygląda fatalnie, sylwetka poszła na rozstrzał z ruchem ciała, nawet nie Trigon a Trigonik, co to sobie drepcze przez łąkę, która zamienia się w wyjałowioną pustynię. Nie ma pieniędzy na CGI; wszystkie najwidoczniej poszły na montażystów, którzy musieli stawać na głowie, by zrzynki z rozpisanego na dwa odcinki finału poprzedniej odsłony serii dobrze pociąć i upchać w ramy nowej historii. Tę zaś ogląda się jak na przyśpieszeniu - rach-ciach, każda z postaci musi jak najszybciej odbębnić swoje. Hank i Dawn odnajdują więc Jasona w Wayne Manor, by kilka idiotycznych frazesów i przepychanek później spotkać już Kory i Donnę, nadal czatujące przed chatką, w której tatuś Trigon serwuje Rachel i Dickowi pranie mózgu. Pozostali Tytani ostatecznie tu wejdą, nie z przytupem, a po to, by znaleźć się w kolejnym mentalnym labiryncie i zmierzyć się z demonami swojej psyche. Raz jeszcze obserwujemy więc odwołania do ich genezy; nuda, śmiertelna, może z wyjątkiem całkiem dobrze prezentującej się naparzanki dwóch Robinów. Antagonista zwraca otumanionych jego mocą śmiałków przeciwko Garowi, lecz ten rozwiąże cały problem, gdy tylko wybudzi w Rachel dobre wspomnienia. Teraz można już roznieść Trigona w drobny mak, poklepać się po pleckach i znów rozbić grupę na mniejsze części. Nie będę owijał w bawełnę: gdyby nie uśmiech Minki Kelly, zatrzymałbym ten etap odcinka i poszedł robić spaghetti. Twórcy też mogli się nim posiłkować; Trigon przypomina poniekąd rzucanie fabularnym makaronem o sufit - co się przylepi, to zostanie w scenariuszu, co odpadnie, to i tak ktoś z podłogi zajuma. 

Na powyższych liniach frontu walki o zaangażowanie widza jest tak źle, jak to tylko możliwe. Poruszamy się ekspresem przez galaktykę fabularnej głupoty, by w innych momentach przepadać gdzieś w ślamazarnym tempie akcji. To ostatnie uderzy ze zdwojoną siłą w ramach wizji bohaterów - dosłownie i w przenośni chcielibyśmy, aby ten koszmar jak najszybciej się zakończył. Scenarzyści podeszli do tej kwestii tak asekuracyjnie, że nawet ustami bohaterów będą nam musieli łopatologicznie wyłożyć, iż mamy tu do czynienia z konwencją horroru. Nie wiem, kto miałby to kupić, skoro ani tu straszno, ani śmieszno. Todd ma nieco przed kamerą popajacować, Hank stroić groźne minki, Dawn się uśmiechać, a Donna z Kory pozorować działanie. Twórcy raz jeszcze decydują się na grę tymi samymi kartami, od wulgaryzmów poczynając, na sięganiu po strzykawki i inne traumatyczne doświadczenia kończąc. Sęk w tym, że w Trigonie spotykają się de facto dwa odcinki - wiadro pomyj z zeszłorocznego finału i całkiem intrygujące pomysły na nową odsłonę serii.

Z tego drugiego segmentu otrzymamy ledwie zarys, ale i tak będzie on prezentował się o niebo ciekawiej niż pożal się Boże "starcie" ze złoczyńcą. Gdy na ekranie pojawił się Deathstroke, co tu dużo mówić, miałem ciarki na ciele. Esai Morales w tej roli wydaje się być właściwym człowiekiem na właściwym miejscu - jego Slade Wilson to już emeryt, umęczony licznymi bojami. Gdy jednak wchodzi do pomieszczenia z całą bronią świata, jawi się nam jak dziecko, które znalazło pod choinką wszystkie zabawki. Intryguje to, że twórcy zdecydowali się na ukazanie wyraźnej różnicy wieku pomiędzy nim a młodymi Tytanami. W ten zabieg wpisze się również widoczny na ekranie od stóp do głowy Bruce Wayne. Iain Glen jako podstarzały i łysiejący Mroczny Rycerz aktorskimi umiejętnościami bije na głowę pozostałych członków obsady; w jego Batmanie jest coś z konwencji teatralnej, która przynajmniej na razie wypada całkiem odświeżająco na tle popisów młodzieńczej fantazji Tytanów. Ot, przeszłość spotyka się z przyszłością, a starych psów nowych sztuczek już nie nauczysz, o czym przypomni nam sam Wayne. 

Do Titans wkroczyli właśnie prawdziwi mocarze uniwersum DC, a tytułową drużynę herosów pognało w kierunku San Francisco - nadzieja na lepsze jutro dla tej produkcji pojawia się więc siłą rzeczy. Szkoda tylko, że wniosek ten musimy przynajmniej w tej chwili oprzeć na dopowiedzeniach, nie zaś na stanie faktycznym. Twórcy serii musieli w jakiś sposób doprowadzić historię poprzedniego sezonu do końca, przy czym kluczowe w tej materii wydaje się właśnie słowo "jakiś". Domontować, dopchnąć, zespawać, przybić młotkiem, żeby cała ta serialowa maszyna nie rozleciała się na poziomie konstrukcyjnym. Odbijamy się więc od fabularnego dna i powoli szykujemy się do nowego lotu, w samolocie, w którym pasażerami są już Slade Wilson i Bruce Wayne. Nawet jeśli okażę w tym miejscu swoją naiwność, to ja na ten pokład wsiadam - a Wy?

Źródło: Zdjęcie główne: DC Universe

Titans

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV