Titans: sezon 2, odcinek 5 - recenzja

Titans zaserwowali widzom odcinek Deathstroke - z pewnością najlepszy w obecnym sezonie, jednak stanowczo zbyt rzadko wykorzystujący postać tytułowego antagonisty.

Ocena recenzenta:
6/10

Titans zaserwowali widzom odcinek Deathstroke - z pewnością najlepszy w obecnym sezonie, jednak stanowczo zbyt rzadko wykorzystujący postać tytułowego antagonisty.

Piotr Piskozub

Piotr Piskozub

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Mam problem z ostatnim odcinkiem serialu Titans, ogromny. Z jednej strony Deathstroke to bez dwóch zdań najlepsza z dotychczasowych odsłon 2. sezonu - jest tu fabularne napięcie, nieoczekiwane zwroty akcji, znajdzie się nawet całkiem dobrze prezentująca się potyczka ze złoczyńcą. Z drugiej jednak problem polega na tym, że antagonisty, który na papierze miał być kluczową postacią, jest w tej historii jak na lekarstwo. Cieszy fakt, że twórcy bodajże po raz pierwszy tak odważnie podeszli do rozwijania zasadniczej osi fabularnej, a i emocjonalne pogadanki bohaterów zostały podporządkowane samej narracji. Nie mogę jednak wybaczyć tego, że Deathstroke został potraktowany po macoszemu, przez większość opowieści albo strasząc groźnymi pozami, albo zastanawiając się nad tym, dlaczego wcześniej nie poddał dekapitacji kuriozalnie prezentującego się na ekranie Doktora Light. Koniec końców odcinek należy jednak uznać za udany, tym bardziej, że podsumowuje go intrygujący cliffhanger ze spadającym z budynku Jasonem Toddem. Jest jeszcze za wcześnie, by wszem wobec mówić o jakościowej poprawie, ale nadzieja na lepsze jutro dla tej produkcji ostatecznie się pojawiła. 

Po retrospekcjach związanych z Aqualadem scenarzyści postanowili wrócić do aktualnych wątków - Tytani, do których dołącza Kory, tworzą plan mający umożliwić odbicie pojmanego przez Slade'a Wilsona Todda. Wymiana za Rose nie okaże się taka prosta, skoro zmagająca się z przepełniającym ją gniewem dziewczyna dosłownie i w przenośni chce utorować sobie drogę ucieczki, powalając w międzyczasie wyjątkowo w tym tygodniu wulgarnego Hanka. Na przeciwległym biegunie tych wydarzeń Deathstroke spokojnie czeka na młodych herosów, którzy mają po prostu wpaść w zastawioną na nich w podziemnych tunelach pułapkę. Cierpliwy nie jest za to jego kompan od złowrogiej jatki, Doktor Light - gdy decyduje się działać na własną rękę, Wilson posyła w jego kierunku kulkę. I chwała mu za to. Light był bowiem prawdziwym koszmarem dla widzów w poprzednich odsłonach sezonu; wyglądał jak skrzyżowanie cyrkowej foki z dogorywającym czołgistą, a jego porywczość zamiast intrygować przyprawiała nas o prawdziwy ból głowy. Jeszcze lepiej, że po rozprawieniu się z tym fabularnym koszmarem twórcy skonfrontowali Dicka Graysona i Deathstroke'a w jednym z wieżowców. Co prawda zabrakło tu słownych przepychanek z prawdziwego zdarzenia, które ustawiałyby fundament pod walkę jeden na jeden, jednak nie mamy wielu powodów do narzekań, skoro ich starcie wypadło całkiem przekonująco - i pod względem choreografii, i budowania napięcia. Moim zdaniem niepotrzebnie w to śmiercionośne tango włączono posyłającą swoje ogniki Kory, lecz ten grzech zostanie twórcom odpuszczony; Wilson dopina swego, a wcześniej przyodziany w ładunki wybuchowe Todd wylatuje z okna. Dzieje się, choć w tym wniosku pamiętajmy o przyjętej skali. 

W odróżnieniu od poprzednich odcinków, w Deathstroke'u odczuwalne jest związane z ekranowymi wydarzeniami napięcie - zejście do tuneli i budowanie planu na odbicie Todda będą momentami emocjonować, do czego walnie przyczyni się również sam antagonista. Wilson konsekwentnie dąży do realizacji postawionych sobie celów; jego krucjata ma jeszcze większą moc sprawczą, gdy nie przetrąca jej rozklekotane pokrzykiwanie Doktora Light. Szkoda tylko, że scenarzyści nie postanowili pójść za ciosem i głębiej przeniknąć do psyche złoczyńcy - po seansie odniesiemy wrażenie, że mentalny aspekt wątku trzymany jest w odwodzie na późniejszą część sezonu. O dziwo tym razem emocjonalne rozterki i interakcje pomiędzy tytułową drużyną młodocianych bohaterów nie zabiły całego wydźwięku; jest coś intrygującego w metamorfozie Kory, nie tylko tej cielesnej, do której pije na ekranie Dick (też pomyśleliście w tym momencie o potencjalnej relacji miłosnej pomiędzy nimi?), ale zwłaszcza na poziomie usposobienia. Impulsywna heroina zgodnie ze swoją komiksową genezą przeobraziła się w oazę spokoju, która koi niespokojnego ducha swoich towarzyszy. Nieco gorzej na tym tle wypada traktowany w tej produkcji jak wytrych aspekt mocy Rachel, nad którymi traci ona kontrolę - o mało co, a Rose przez nie przeniosłaby się na tamten świat. Na tym polu twórcom brakuje jednak odwagi. 

Powoli zbliżamy się do półmetka obecnej odsłony serii. Po ostatnim odcinku możemy dojść do wniosku, że te poprzednie były po prostu zmarnowanym czasem - przez 4 tygodnie oglądaliśmy groteskowe wygibasy bohaterów, które w żaden sposób nie przekładały się na rozwój najważniejszych wątków. Teraz zupełnie niespodziewanie okazuje się, że jakiś pomysł na ten sezon twórcy w istocie mają, przy czym na razie nie sposób ocenić, na ile to trwała, a na ile chwiejna konstrukcja. Lada moment na ekranie pojawi się Superboy (uratuje spadającego Todda?), a starcie z głównym złoczyńcą siłą rzeczy zostanie przeniesione na nowy poziom. Wam i sobie życzę, aby Deathstroke pod względem jakościowym nie zamienił się w wyjątek potwierdzający regułę - Tytani w świecie ekranowych herosów powinni wyraźniej zaznaczyć swoją obecność. 

Źródło: Zdjęcie główne: DC Universe

Titans

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV