Upadek Grace - recenzja filmu

Upadek Grace to nowy film Netflixa, który zapowiadał się jako intrygująca opowieść kryminalna. Niestety, już po pierwszych minutach produkcji mój balon oczekiwań pękł z wielkim hukiem – to zdecydowanie nie to, czego się spodziewałam.

Upadek Grace to nowy film Netflixa, który zapowiadał się jako intrygująca opowieść kryminalna. Niestety, już po pierwszych minutach produkcji mój balon oczekiwań pękł z wielkim hukiem – to zdecydowanie nie to, czego się spodziewałam.

Michalina Reda
Michalina Reda

Tytułowa Grace (Crystal R. Fox) to poukładana pani w średnim wieku. Ma dorosłego syna, pracę, którą solidnie wykonuje, najlepszą przyjaciółkę i piękny dom... Doskwiera jej tylko samotność, ale zmienia się to, gdy poznaje przystojnego fotografa Shannona (Mehcad Brooks) – choć mężczyzna jest od niej znacznie młodszy, rozkwita między nimi płomienne uczucie. Patrząc na ten sielankowy obrazek, nie mamy poczucia, że tutaj cokolwiek mogłoby pójść nie tak. A jednak - cała historia rozpoczyna się od informacji, że Shannon nie żyje, a Grace skuta kajdankami siedzi w więzieniu, oczekując na proces. Jak do tego doszło? Właśnie na to pytanie ma odpowiedzieć cały film.

Historię Grace poznajemy z perspektywy młodej pani adwokat, Jasmine (Bresha Webb), która została przydzielona z urzędu, by być obrończynią kobiety na rozprawie sądowej. Gdy dziewczyna zaczyna drążyć temat, poznajemy coraz więcej szczegółów i zagłębiamy się w opowieść oskarżonej, ilustrowaną rzeczywistymi scenami z przeszłości. Film ma charakter retrospektywny i tak naprawdę już na wejściu jesteśmy „w punkcie wyjścia” – teraz, przez kolejne dwie godziny, będziemy szli wraz z Jasmine po nitce do kłębka, odkrywając coraz bardziej zaskakujące aspekty opowieści. I choć w teorii brzmi to całkiem intrygująco, realizacja woła o pomstę do nieba – tak niechlujnego i niedopracowanego filmu moje oczy już dawno nie widziały.

Wystarczy kilka pierwszych scen, by uzmysłowić sobie, że mamy tu do czynienia z produkcją wybitnie niskobudżetową. Ujęcia i praca kamery wyglądają tak, jakby operatorem była pierwsza lepsza osoba z ulicy. Wygląd głównych bohaterów zmienia się między ujęciami – podczas jednej i tej samej rozmowy w więzieniu, Grace raz ma włosy uczesane, a raz roztrzepane dookoła głowy – w takich momentach zadawałam sobie pytanie, czy na pewno przed wypuszczeniem filmu w świat ktoś to oglądał i do tej pory nie jestem pewna odpowiedzi. Szczytem absurdu jest dla mnie scena w barze, w którym spotykają się główni bohaterowie – operator niezręcznie umieszcza ich w centrum kadru, od czasu do czasu robiąc zbliżenia na twarz osoby mówiącej. To właśnie w tych momentach doskonale widać statystów, którzy robią w tle sztuczny tłum – statystów, którzy co jakiś czas zerkają prosto w obiektyw, tuszują śmiech, udają, że przeżuwają jedzenie, choć wkładają do ust widelec bez zawartości, albo komicznie piją wodę z wyraźnie pustej szklanki. Musiałam obejrzeć tę scenę dwa razy, żeby upewnić się, że widzę to, co widzę – niestety, nie było to złudzenie.

Pomijając warstwę czysto techniczną, mamy tu także do czynienia z natężeniem nikomu nie potrzebnych dialogów. Bohaterom zdarza się rozmawiać o takich banałach, że aż głowa mała – film trwa dwie godziny, a tak naprawdę śmiało można byłoby go skondensować do wymiaru półtorej. Same rozmowy między Grace a Jasmine wywoływały we mnie często parsknięcie śmiechem – nie sposób nie odczuć absurdu w momencie, w którym kobieta twardo przyznająca się do zamordowania swojego męża, tak po prostu zaczyna opowiadać, jak było naprawdę. Wystarczyło jedno „proszę” i oto mamy całą historię jak na tacy, Jasmine nie musiała się nawet szczególnie starać, by to z niej wyciągnąć. Jako główne aktorki (bo rzeczywiście to one zajmują najwięcej czasu ekranowego), Webb i Fox wypadają różnie – dla mnie pierwsza z pań tworzy postać dziecinną, która ani trochę nie jest wiarygodna (a zwłaszcza jako adwokat). Druga natomiast, w swojej roli strudzonej życiem kobiety, rzeczywiście zasługuje na słowa pochwały, bo widać, że wkłada w to całe swoje serce. To właśnie ona, obok drugoplanowej Phylicii Rashad (przyjaciółka Grace, Sarah), jest najjaśniejszym punktem tego filmu. Cała reszta to po prostu śmiech na sali.

Żeby jednak nie tylko krytykować, muszę dostrzec także plusy całej historii – w finale okazuje się bowiem, że końcówka dużo nadrabia. Gdy dochodzi do procesu sądowego i na jaw wypływają zupełnie inne fakty, niż udało się nam ustalić przez pierwszą część filmu, robi się całkiem ciekawie i zaskakująco. Dopiero pod koniec widać, że ta historia (mimo niedorzeczności i potknięć po drodze) rzeczywiście do czegoś zmierzała i że twórcy mają jakieś asy w rękawie – zaserwowano nam nieoczywisty finał, który dobrze się sprawdza i który wywołuje nawet napięcie (to pierwsze emocje jakie udzieliły mi się podczas dwugodzinnego seansu). Oczywiście podchodźcie do tego z dystansem – w dalszym ciągu nie są to bowiem wyżyny kinematografii, jednak w świetle tak słabo zrealizowanej historii, finałowe sekwencje wybrzmiewają nad wyraz mocno. Zdaje się, że wpływ na to mają także zawiedzione oczekiwania – kiedy myślałam, że gorzej już być nie może, poczułam się pozytywnie zaskoczona. Za samą końcówkę zatem należy się dodatkowy plus.

Upadek Grace to film, który w moim mniemaniu jest jakąś balansującą na pograniczu gatunków pomyłką. Wygląda to gorzej niż fanowskie produkcje tworzone przez amatorów i nie mogę się nadziwić, że ktoś zdecydował się wypuścić ten twór do szerokiej streamingowej dystrybucji. Reżyser Tyler Perry pojawia się w kadrach osobiście w postaci mentora (a przynajmniej zakładam, że taka miała być jego rola), jednak i to nie ratuje całości – nie jest tu ani strasznie, ani śmiesznie; nie czuć troski o los głównej bohaterki ani emocji towarzyszących rozwijającemu się śledztwu. Film do samego końca nie wie, czym chce być i jedyne, w czym naprawdę się sprawdza, to wzbudzanie zażenowania.

Źródło: zdjęcie główne: Netflix

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV