Upiór Południa - recenzja książki

Maja Lidia Kossakowska jest uznaną pisarką fantastyki, nagradzaną m.in. Nagrodą im. Janusza Zajdla, z wykształcenia plastykiem oraz archeologiem – co zdecydowanie nie zaszkodziło jej w karierze pisarskiej. Czytelnicy prawdopodobnie najbardziej kojarzą autorkę dzięki anielskiemu cyklowi zapoczątkowanemu Siewcą wiatru, chociaż cztery minipowieści składające się na Upiora Południa (pierwsze wydanie zostało opublikowane w 2009 roku) także przysporzyły jej niemałego uznania.

Ocena recenzenta:
8/10

Maja Lidia Kossakowska jest uznaną pisarką fantastyki, nagradzaną m.in. Nagrodą im. Janusza Zajdla, z wykształcenia plastykiem oraz archeologiem – co zdecydowanie nie zaszkodziło jej w karierze pisarskiej. Czytelnicy prawdopodobnie najbardziej kojarzą autorkę dzięki anielskiemu cyklowi zapoczątkowanemu Siewcą wiatru, chociaż cztery minipowieści składające się na Upiora Południa (pierwsze wydanie zostało opublikowane w 2009 roku) także przysporzyły jej niemałego uznania.

W przypadku Upiora Południa elementy nadprzyrodzone wydają się jedynie sztafażem tłumaczącym tragiczną rzeczywistość. Bowiem każdy z nas miewa swoje upiory. Tkwią w naszym wnętrzu, w głębi jestestwa, w minionych uczynkach i traumach. Bywa, że czasem przeszłość rzuca na ludzi cień, z którego nie potrafią się otrząsnąć, osuwając się w depresję, zaburzenia psychiczne, koszmary na jawie. I o tym właśnie opowiadają nowele ze zbioru Upiór Południa.

I chociaż całość zaczyna się i kończy opowieścią Upiora, zbierającego ludzkie historie niczym drogocenne kamienie, by mieć kartę przetargową w przyszłości, kiedy to ostatecznie zetrą się Siły Dobra i Zła i będzie należało przypochlebić się zwycięzcy (Upiór stawia na Zło), to tylko pretekst dla opowiedzenia czterech bolesnych i zapadających w pamięć opowieści. Jak z nich wynika, człowiek nie potrzebuje diabła, by zejść na złą drogę i przegrać walkę z własnymi demonami. Ludzie znakomicie radzą sobie w takich kwestiach bez mocy nadprzyrodzonych. Zwłaszcza w zabójczym upale, gdy żar leje się z nieba, a mózg przegrzewa szybciej, niżbyśmy przypuszczali. Jako ofiary coraz to upalniejszych letnich skwarów, zaczynamy to znakomicie rozumieć…

Pierwsza historia – Czerń to przeżycia reportera wojennego, który próbuje odnaleźć się w zwykłym świecie i za nic mu się to nie udaje. Trochę trudno dojść do siebie, gdy było się świadkiem okropnej masakry, cudem wyrwało z rąk okrutnych dzieci żołnierzy i zwiduje ci się widmo spalonego współpracownika, nawet na barbecue z rodziną przyszłej żony. Bohater wraca więc do Nigerii, by odszukać siebie, lecz zamiast tego oddaje się we władanie umierającemu bóstwu i jego czarownikowi. Niezbyt dobremu bóstwu, dodajmy. Być może dzięki temu odnajdzie sens życia, co jednak nie wróży niczego dobrego innym. Przy okazji - bardzo ładnie przedstawiona rzeczywistość Nigerii, znakomity research, nie podany czytelnikowi nazbyt nachalnie.

Druga z historii jest opowieścią prosto z Dzikiego Zachodu, o zemście zza grobu i złych występkach przykładnie, choć krwawo wyrównanych. To soczysty western znakomicie poprowadzony i wystylizowany. Z nutą optymizmu, którego zabrakło w pierwszej minipowieści. W Pamięci umarłych jednak nie wszyscy okazują się źli (nawet ci piekielnie źli), a na koniec rodzi się cień nadziei.

Upiór południa - okładkaŹródło: Fabryka Słów

Z kolei Burzowe kocię opowiada historię marine przykutego do łóżka, który przeżył niewolę w arabskim więzieniu. Zwiduje mu się kociak, namawiający do ratowania mitycznej krainy Opodal, którą zapragnęło opanować pradawne Zło – ten, który poznał prawdę Drzewa Wiadomości i bardzo mu ona zaszkodziła. Wspomnienia z niewoli i tortur bohatera przeplatają się ze scenami osadzonymi w Opodal, gdzie szklane kwiaty niebezpiecznie płaczą na wietrze i można spotkać zarówno kobietę-lisa, jak i udającą niewinną lamię, srebrne konie wielkości smoków zamieszkujące Turkusowe Stepy i malutkie stworzonka żyjące na spalonej słońcem, czerwonej pustyni. Kolejna stylizacja, tym razem na powieść fantasy okazuje się równie udana co westernowa. Przejmuje ciut gorzkie zakończenie, w którym, być może, tli się iskra nadziei. Co prawda - nie dla wszystkich.

Czwarta historia Czas mgieł rozgrywa się w pensjonacie dla chorych psychicznie. Teoretycznie. Główny bohater ma wielką lukę w pamięci, ale jednocześnie dręczy go okropne poczucie winy, nie wiadomo – zasłużone, czy też nie. Pensjonariusze są dziwni, z ośrodka nie daje się uciec, a gdy nadpływają tytułowe mgły, objawiają się najgorsze z możliwych prawd. To najbardziej „polska” z opowieści, zahaczająca o okres powojenny, żołnierzy wyklętych, kwestie zdrady i wyrzutów sumienia. Historia mocna, smutna, z przewrotnym optymizmem na koniec.

Trzeba przyznać, że zabawy stylizacją wychodzą Mai Lidii Kossakowskiej nadzwyczaj wdzięcznie, a jednym z największych atutów wszystkich czterech minipowieści, prócz doskonałego researchu i zręcznego wplecenia go w fabułę oraz pięknego, zróżnicowanego języka, pozostają nietuzinkowe, ujęte w oryginalne słowa myśli bohaterów, miejscami chaotyczne, czasem nieco zabawne, a czasem straszne w kontekście.

Przewrotnie nieznośny upał, który występuje w każdej z historii, właściwie nie jest ich podstawą czy rzucającym się w oczy motywem przewodnim. Upiór Południa bardziej opowiada o wewnętrznym żarze, który z różnych powodów spala człowieka na popiół, wypala mu duszę, zabija od środka. Zewnętrzny upał to tylko kropka nad i.

Źródło: fot. Fabryka Słów

Upiór południa

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV