Wolverine. Trzy miesiące do śmierci #01: Chaos i brzydota – recenzja komiksu

Niestety, Rosomak nie ma szczęścia, ponieważ w ramach Marvel Now otrzymuje kolejną słabą serię. Składa się na to kiepski scenariusz połączony z zupełnie niepasującą do tej historii kreską.

Ocena recenzenta:
2/10

Niestety, Rosomak nie ma szczęścia, ponieważ w ramach Marvel Now otrzymuje kolejną słabą serię. Składa się na to kiepski scenariusz połączony z zupełnie niepasującą do tej historii kreską.

Marcin Zwierzchowski
Marcin Zwierzchowski

Największym problemem Wolverine: Three Months to Die vol. 1 jest fakt, że tę historię po prostu trudno się śledzi. Nie jest ona jakoś przesadnie skomplikowana, nie wymaga od odbiorcy na wstępie zbyt dużego pakietu wiedzy. Jednak sposób jej podania jest tak irytująco chaotyczny, że podczas lektury nie zabraknie momentów, w których wraca się do poprzednich scen, by sprawdzić, czy przypadkiem nie przegapiło się kilku kartek. Co więcej, po tej czynności dochodzi się do wniosku, że stronice wcale się nie skleiły, niemniej jednak poczucie braku czegoś pozostaje. Jest to uzasadnione, ponieważ scenariusz Paul Cornell to zestawienie kolejnych króciutkich scen, często ułożonych – chyba – losowo, dziwnych wtrąceń, gdzie mieszają się różne plany czasowe, a ten główny – teraźniejszy – ginie w zalewie przeskoków i retrospekcji.

W zasadzie Wolverine zachowuje się w tym komiksie jak skończony idiota. Jest nie tyle zgorzkniały i antyspołeczny – jak zawsze – co jakiś taki… fochliwy i drażliwy. W dodatku gra na trzydzieści frontów i ostatecznie robi sobie enigmatyczny tatuaż, którego znaczenia nikt nie łapie, co drażni rosomaka, dlatego wdaje się w idiotyczne bójki. Kuriozum, nie fabuła!

Co gorsza, strona graficzna również nie ciągnie komiksu, no chyba, że w dół. Otóż kreski Ryan Stegman i Gerardo Sandoval w ogóle nie pasują do Wolverine’a, ponieważ sprawiają wrażenie czegoś między kreskówką a horrorem, w dodatku z domieszką mangi (zwłaszcza we fryzurach). W planszach statycznych jeszcze tak nie drażnią, jak w bardziej dynamicznych sekwencjach lub gdy Wolverine ma pokazać bardziej dzikie oblicze – wówczas dostajemy chaos i… karykatury (Sabertootha trudno tu w ogóle brać na poważnie).

Mało tego, miejscami widać drobne niedociągnięcia – napis na klatce piersiowej i brzuchu jednego z bohaterów raz jest zupełnie czarny, raz wpada w zieleń (ale może to kwestia oświetlenia). Jednak przede wszystkim najpierw wygląda na dopasowany do ciała, z kolei w innej scenie sprawia wrażenie doklejonego w Paincie, bez dbania o głębię i perspektywę!

Summa summarum Wolverine. Trzy miesiące do śmierci rozczarowuje i nie zapowiada dobrze wielkiego wydarzenia, jakim będzie śmierć Rosomaka. Hawkeye. Vol. 1: My Life as a Weapon, Thor Gromowładny #1: Bogobójca i Ms. Marvel Volume 1: No Normal są najlepszym, co Marvel Now ma nam w Polsce do zaoferowania, tak Wolverine jest na drugim biegunie takiego zestawienia.

Źródło: fot. Egmont

Wolverine. Trzy miesiące do śmierci #01

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV