Wszyscy moi bohaterowie to ćpuny – recenzja komiksu

Po grafice z okładki, na której widnieje portret młodej kobiety skąpany w psychodelicznych kolorach, trudno wnioskować, o czym będzie nowy komiks Eda Brubakera i Seana Philipsa. Za to tytuł - Wszyscy moi bohaterowie to ćpuny - sugeruje, że możemy mieć do czynienia z dziełem nietuzinkowym.

Ocena recenzenta:
9/10

Po grafice z okładki, na której widnieje portret młodej kobiety skąpany w psychodelicznych kolorach, trudno wnioskować, o czym będzie nowy komiks Eda Brubakera i Seana Philipsa. Za to tytuł - Wszyscy moi bohaterowie to ćpuny - sugeruje, że możemy mieć do czynienia z dziełem nietuzinkowym.

Dodatkową informacją zachęcającą mocno do lektury jest fakt, że niniejszy komiks to laureat nagrody Eisnera w 2019 roku w kategorii Najlepszy Album Graficzny. Nasze oczekiwania zatem mogą automatycznie wzrosnąć; pytanie, czy mają pokrycie w rzeczywistości. I tu może dojść do paradoksu, bo po przeczytaniu historii możemy wcale nie mieć poczucia obcowania z wielkim dziełem. Historia jest raczej nieskomplikowana, jak zwykle u Brubakera unurzana w stylistyce noir, ale czy aż tak wyjątkowa? Okazuje się, że jak najbardziej, ponieważ jej prawdziwa moc ukryta jest w podtekstach i przeróżnych odniesieniach popkulturowych, w które ów komiks obfituje.

Oprócz intrygujących podtekstów i odniesień mamy tu przede wszystkim główną bohaterkę z okładki, przedstawiającą się jako Ellie. Ta młoda dziewczyna jest jedną z najbardziej fascynujących kobiecych postaci komiksowych ostatnich lat, skomplikowana wewnętrznie na tle tej nieskomplikowanej, kryminalno-narkotykowej historii, zafascynowana popkulturowymi ikonami, które tworzyły wybitne często dzieła przy pomocy hardkorowych środków odurzających. Chyba najistotniejsze w komiksie są intro i outro, oddzielone od głównej historii pojedynczą czarną planszą, pokazujące nam bohaterkę w nieco innych, wewnętrznie intymnych okolicznościach, rozliczającą się ze swoim postępowaniem. A takie duchowe rozliczenie jest tu po prostu koniecznością po tym, co Ellie uczyniła, a co powoli odkrywamy w niewinnej wydawałoby się z początku historii, rozgrywającej się w dużej mierze w ekskluzywnym ośrodku leczenia uzależnień.

Sam niewinny wygląd często uśmiechniętej bohaterki jest z jednej strony zmyłką twórców, z drugiej ewidentnie do niej pasuje - do dziewczyny zagubionej na drodze wiodącej prosto w ciemność, uwikłanej w o wiele więcej, niż moglibyśmy po kilkunastu początkowych planszach przypuszczać. Pamiętajmy jednak, że Wszyscy moi bohaterowie to ćpuny rozgrywa się w realiach Criminal - sztandarowej serii Brubakera i Philipsa. Na pewno nie będzie niewinnie, a wszelkie pozory luzu, czy poruszające monologi Ellie o trudnej przeszłości i ukochanej matce budują tło dla historii, która nie ma prawa skończyć się dobrze.

Głównym pragnieniem Elli wydaje się być chęć życia w lepszym świecie. Niestety, obrana przez nią droga, tak samo jak w przypadku uwielbianych przez nią ikon muzyki rozrywkowej wiedzie jedynie na manowce. Osiąga się na niej jedynie pozory szczęścia lub miłości, a artystyczna wielkość okupiona jest najczęściej duchowym i fizycznym upadkiem. Wciąż jednak jest to droga fascynująca i pożądana przez wielu, w tym Ellie i Skipa, jej kolegę z ośrodka, którego dziewczyna zabiera we wspólną wędrówkę. Taka podróż, znana choćby z filmowych Bonnie i Clyde czy kultowego Badlands Terrence'a Malicka, zawsze kończy się źle, ale ludzie wybierają się w nią właściwie nieustanie, nieważne czy są bohaterami filmu czy komiksu, czy żyją gdzieś obok nas. Dzięki komiksowi Brubakera i Phillipsa otrzymujemy fascynujący wgląd w tę mroczną podróż i koniec końców wychodzi na to, że ten obrazkowy trip rzeczywiście zasługiwał na nagrodę Eisnera.

Źródło: fot. Mucha Comics

Wszyscy moi bohaterowie to ćpuny

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV