The Mandalorian - odcinki serialu za krótkie? Widzowie rozpieszczeni i wciąż głodni

The Mandalorian jest pierwszym serialem aktorskim w uniwersum Gwiezdnych Wojen, tak hucznie zapowiadanym razem ze startem platformy Disney+. Niezależnie od poziomu prezentowanego przez serial, jednym z głównych tematów stała się długość wypuszczanych co tydzień odcinków.

The Mandalorian jest pierwszym serialem aktorskim w uniwersum Gwiezdnych Wojen, tak hucznie zapowiadanym razem ze startem platformy Disney+. Niezależnie od poziomu prezentowanego przez serial, jednym z głównych tematów stała się długość wypuszczanych co tydzień odcinków.

The Mandalorian w premierowym odcinku musiał zmierzyć się nie tylko z rzezimieszkami w kantynie, ale też z ogromnymi oczekiwaniami najbardziej specyficznych fanów na świecie - miłośników Gwiezdnych Wojen. Nie dziwią wcale duże apetyty, bo mamy przecież do czynienia z pierwszym serialem aktorskim w gwiezdnym uniwersum, a przy okazji z produkcją dającą początek nowej platformie streamingowej, z szansami na zrzucenie Netflixa z piedestału. Starając się zachować pewien rozsądek, można było zakładać, że nie wszystkie gusta zostaną zaspokojone i serial tworzony przez Jona Favreau'a spotka się również z głosami niezadowolenia. Trudno jednak było przypuszczać, że jednym z częściej pojawiających się komentarzy pod recenzjami serialu będzie nie "świetne" i nawet nie "do kitu", a soczyste i niezmącone zbędnymi słowami zdanie "za krótkie".

Recenzent ma zagwozdkę, bo tak postawiona sprawa może prowadzić do wielu interpretacji. Albo widz dostał za mało fantastycznej i podobającej mu się treści i dlatego ma niedosyt, albo ma apetyt na więcej, bo zaprezentowano niewystarczająco dużo jakościowego materiału. Załóżmy jednak, że udało się do tej pory pokazać bardzo dobry serial w dwóch epizodach i zdecydowana większość fanów jest zadowolona. Czy zatem krótki czas trwania odcinków może stanowić problem? Otóż nie, bo w takim wypadku oznacza to mniej więcej tyle, że taki dokładnie plan na produkcję mieli twórcy - zmiany w tej materii mogłyby sprawić, że całość nie byłaby tak pozytywnie odbierana.

Takie postawienie sprawy jest jednak utrudnione, bo część widzów zwyczajnie zaczęła odbierać serial negatywnie ze względu na oferowaną długość i sposób prezentowania historii. Powstały nawet teorie, że czas trwania podyktowany jest cwaniactwem Disneya i podejściem mającym na celu wyciąganie pieniędzy z portfeli przyszłych subskrybentów - naszych jeszcze nie chcą, być może upomną się o nie w marcu, kiedy Disney+ trafi do Europy Środkowej. Trwający zaledwie trzydzieści minut i pojawiający się raz na tydzień odcinek to nie tylko możliwość szybkiego skonsumowania treści i przejście do kolejnych potraw w bogatym menu serwisu, ale też możliwość realizowania serialu w taki sposób, aby tworzyć osiem odcinków z materiału liczącego niespełna cztery godziny. Jeśli zatem wierzyć tym teoriom, Disney w ten sposób chce utrzymać uwagę widzów niższym kosztem, ale w dłuższej perspektywie. 

Seriale telewizji tradycyjnej wypracowały pewien standard czasowy i jeśli produkcja nie jest sitcomem, trwa więcej niż czterdzieści minut. Pozwalają sobie na to też takie serwisy jak Netflix, które mogą tworzyć nawet godzinne odcinki i mają w tym wielką swobodę. Czy jednak sztuczne wydłużanie epizodu - w efekcie dłuższe z nim obcowanie - rzeczywiście przynosi takie korzyści? Wystarczy przypomnieć sobie seriale Marvela i Netflixa, w których próbowano na siłę dobijać do liczby 13 epizodów i prezentowano przez to niekiedy nużące i zbędne dla całej historii wątki. Nie da się jednak zaprzeczyć, że dłuższe epizody weszły w krew widzom seriali, co doprowadziło nawet do zabawnej sytuacji, kiedy to twórcy igrali z naszymi przyzwyczajeniami. Sam Esmail, tworząc Homecoming na Amazon Prime Video z Julią Roberts, chciał wprowadzić widzów w zakłopotanie, kiedy odcinek kończy się w specyficznym momencie po upływie zaledwie 30 minut. Przy okazji potwierdzając, że krótka forma sprawdza się w momencie dobrego rozplanowania przedstawianej historii.

W tym kontekście ważny jest też gatunek produkcji. The Mandalorian zwyczajnie może nie być produkcją nastawioną na skomplikowaną historię, a twórcy chcą przedstawić jedynie samotnego łowcę głów, który porusza się po niezwykle atrakcyjnym świecie Gwiezdnych Wojen. Drugi odcinek jest doskonałym dowodem na to, że można zapożyczyć motywy znane z gier RPG i zaoferować fanom poboczny quest, tworząc jednocześnie pięknie nakręcony serial z dużą dawką przygody. Gdybyśmy w zamierzeniu twórców mieli dostać pogłębiony dramat psychologiczny i studium przypadku Mandalorianina, to rzeczywiście czas trwania mógłby stanowić przeszkodę. Całość mogłaby też w efekcie być nużąca i męcząca, ale czas trwania na pewno pozwoliłby twórcom na przedstawienie bohatera w bardziej złożonym gatunku. Dostajemy jednak wariację na temat westernu skąpanego w klimatach Gwiezdnej Sagi i naprawdę nie widzę konieczności szukania teorii spiskowych o krótkich odcinkach serialu. 

Tym bardziej, że dwa pierwsze odcinki wydają się być zaplanowane w taki właśnie sposób, aby widzowie zostali wprowadzeni w świat i otrzymali jedną poboczną historię, która dostarczy rozrywki. Spójrzmy bowiem na odstęp czasu pomiędzy nimi oraz na plan kolejnych epizodów, które teraz pojawiać się będą w każdy piątek. Zatem w dalszej perspektywie, historia powinna być bardziej koherentna i stawiająca na konstrukcję zachęcającą widza do czekania z wypiekami na twarzy na kolejny tydzień. Wszystko oczywiście zweryfikuje czas i kolejne odcinki, ale wtedy też uda się stanąć w opozycji do Netflixa i formuły wypuszczania całych sezonów, co też na pewno przyczyniło się do całego zamieszania. Widzowie zostali rozpieszczeni, chcąc od razu zaspokoić swój głód przyciskiem "następny". Binge-watching w przypadku Mandalorianina nie jest możliwy (jedynie będąc bardzo cierpliwym i czekając z oglądaniem do finałowego odcinka), co stwarza niedosyt u odzwyczajonych od innego trybu oglądania. Kiedy zatem czekamy kilka dni na materiał trwający trzydzieści minut i nie ma możliwości zobaczenia dalszych przygód tytułowego bohatera, rzeczywiście staje się to powodem do niezadowolenia.

W tym kontekście jednak słowa "za krótki" stają się pochwałą. Mam nieodparte wrażenie, że wszystko sprowadza się raczej do kwestii nie tyle przyzwyczajeń, co oczekiwań względem serialu. Wielu liczyło na spore uderzenie od pierwszych minut pod każdym względem - rozmachu, historii i gwiednowojennego mięsa. W mojej ocenie większość tych elementów jest na swoim miejscu. Kolejne odcinki pokażą, co tak naprawdę mają do zaoferowania twórcy pod kątem fabuły, więc wystarczy trochę cierpliwości - umiejętności, którą trochę zaniedbaliśmy przez Netflixa wypuszczającego całe sezony, a którą tak trudno jest nam utrzymać w przypadku serialu ze świata Gwiezdnych Wojen. Uniwersum przecież tak kochanego przez fanów. 

Źródło: zdjęcie główne: Disney+

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV