Przeczytaj w weekend

Pusty Człowiek (2018)

The Empty Man

Pusty Człowiek

BRAK OSTRZEŻENIA. BRAK NADZIEI. BRAK LEKARSTWA. Mija rok od wystąpienia pierwszego przypadku choroby Pustego Człowieka. Żadne lekarstwo nie jest w stanie powstrzymać epidemii, nikt też nie zna powodu choroby. Jej symptomy to niekontrolowane ataki wściekłości, potworne halucynacje i samobójczy obłęd, po których następuje śmierć lub „pusta” egzystencja w stanie katatonii. Kraj ogarnia chaos i królują w nim mordercze sekty. Tymczasem FBI i CDC prowadzą wspólne dochodzenie, próbując ułożyć kawałki układanki w sensowną całość. Mają nadzieję powstrzymać sekty i znaleźć lekarstwo na chorobę. Cullen Bunn (Szósty rewolwer, Magneto) i Vanesa R. Del Rey (Hit) są jednymi z najbardziej obiecujących talentów w branży komiksowej. Idealnie uzupełniają się w tym przerażającym kryminale, osadzonym w dysto-pijnej wersji naszego świata, gdzie potworna choroba nabiera wręcz boskich konotacji.

Najnowsza recenzja redakcji

Za sprawą kilku wydawnictw, Mucha Comics, Non Stop Comics i ostatnio debiutującego KBOOM, polski czytelnik ma możliwość zapoznania się z tytułami kolejnego komiksowego gracza z USA. Mowa o Boom Studios, którego udziały w rynku w porównaniu do tuzów takich jak DC, Marvel czy Image są mało imponujące, ale pamiętajmy, że ten jeden procent z hakiem w USA to znowu nie tak mało. A co jeszcze istotniejsze to fakt, że mamy do czynienia z ofertą na naprawdę dobrym poziome. Kto więc chciałby trochę odpocząć od wszędobylskich ostatnio superbohaterów i spróbować czegoś gatunkowo innego, może sięgnąć choćby po The Empty Man.

Scenarzystę znamy już dosyć dobrze - Cullen Bunn napisał między innymi serię Harrow County Volume 1: Countless Haints, The Sixth Gun, Book 1: Cold Dead Fingers, czy trzeci tom serii Moon Knight z Marvel Now. Wymienione tytuły dają już spore pojęcie o spektrum jego zainteresowań, którymi są z pewnością zjawiska nadprzyrodzone z wyraźną gatunkową tendencją wchodzącą w obszar horroru. Pusty Człowiek tę tezę potwierdza w stu procentach. To bowiem horror pełną gębą, w którym na dodatek Bunn miesza na pierwszy rzut oka wykluczające się składniki gatunku. Mamy tu bowiem do czynienia z brutalną opowieścią niemal z pogranicza gore, która - nie tylko za sprawą rysunków - stawia jednocześnie na niepokojący, momentami nawet oniryczny klimat.

Opis fabuły z okładki potwierdza tę intensywną stronę Pustego Człowieka. Oto mamy bowiem charakterystykę epidemii, która od roku ogarnia świat i na która nie ma lekarstwa. Jej symptomami są za każdym razem drastyczne zachowania zarażonych, od niekontrolowanych ataków wściekłości, poprzez przerażające halucynacje, a to wszystko razem prowadzi najczęściej do samobójstwa. Epidemia nazwano tytułowym Pustym Człowiekiem i swoją tajemnicą niezdrowo fascynuje wielu ludzi, przemieniając ich w oddanych wyznawców. W tym chaosie próbuje działać i jednocześnie przeciwdziałać skutkom choroby para agentów z CDC i FBI. A śledztwo w sprawie zniknięcia dwójki dzieci, których rodzice w widowiskowy sposób odeszli z tego świata zaprowadzi ich na próg piekła.

Dwójkę tę - kobietę i mężczyznę, widzimy obok siebie na okładce. Ale nie tylko ich- są tam jeszcze częściowo przykryte, leżące ofiary epidemii. Agenci też zresztą leżą, jakby doskonale zdawali sobie sprawę, że są jedną nogą w krainie obłędu doświadczanego przez ofiary Pustego Człowieka. Ta atmosfera obłędu, niepokoju, w zasadzie najlepiej nazwać ją poczuciem psychicznego dyskomfortu, od początku przepełnia ów album, w głównej mierze za sprawą klimatycznych rysunków Vanesa R. del Rey. Dużo tu czerni, dużo rozmazanych plam w tłach, wreszcie co i rusz spotykane bryzgi ciemnej krwi tylko pogłębiają ten ciężki nastrój. Z kolei trafiają się też kadry wręcz urzekające poetyckim klimatem, jakby stojąc w kontrze do wszechogarniającej, brutalnej beznadziei. To wszystko wiąże się bowiem ze wspomnianym dualizmem w operowaniu składnikami horroru. Na pewno przeważa estetyka rodem z dokonań Clive Barker znana z Ksiąg krwi czy Hellraisera, która momentami przełamywana jest nastrojowością i niejednoznacznością charakterystyczną dla dzieł pisarzy pokroju Gene Wolfe.

Czy w efekcie te zderzenie tonacji, w której fizyczną makabrę musimy zestawić z psychicznymi omamami i symboliką wewnętrznego życia, wybrzmi właściwie? Trudno jednoznacznie odpowiedzieć, czuć bowiem lekkie zgrzyty w fabule, przy której czasami mocno trzeba zawiesić niewiarę, zwłaszcza im bliżej końca albumu. Na pewno jesteśmy zaskoczeni rozwojem wydarzeń, na pewno bardzo chcemy wiedzieć, co będzie dalej. I na pewno po lekturze pozostaniemy przez jakiś czas z poczuciem niepokoju i zapamiętanymi, wciąż stojącymi przed oczyma obrazami. A to najlepiej świadczy o tym, że mieliśmy do czynienia z naprawdę dobrym horrorem.

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV