Chew #11: Ostatnie wieczerze - recenzja komiksu

To już prawie koniec. Chew po brutalnym rozstrzygnięciu w poprzednim tomie wchodzi na ostatnią prostą. Jak prezentuje się przedostatni tom popularnej serii?

Ocena recenzenta:
6/10

To już prawie koniec. Chew po brutalnym rozstrzygnięciu w poprzednim tomie wchodzi na ostatnią prostą. Jak prezentuje się przedostatni tom popularnej serii?

Ostatnie wieczerze obfitują w naprawdę mocne momenty, skupiające się na najważniejszych bohaterach serii. Ktoś tu na pewno umrze, ktoś inny dostanie porządny łomot, a jeszcze kogoś innego będzie frustrował nowy współpracownik w robocie. O tak, w dużym stopniu Chew to nie tylko opowieść o niedorzecznej apokalipsie, ale też choćby o dolach i niedolach partnerstwa.  Dla takiej Oliwki, której poświęcona jest duża część pierwszego rozdziału, partnerstwo to dopust boży, zwłaszcza jeśli ma się za współpracownika najwyraźniej szaloną agentkę. Widać tu schedę po Tony’m, który jak nikt inny w serii Laymana i Guillory’ego doświadczył najgorszych stron takiego układu. Dlatego też ani myśli partnerować Masonowi Savoyowi w ostatecznym tropieniu tajemnic stojących za kurzą apokalipsą, choć wredna rzeczywistość i tak na nim tenukład wymusi.

Wracając do poprzedniego tomu, pamiętamy, że dokonał w nim żywota główny przeciwnik naszego coraz mniej sympatycznego agenta FDA. Długi pojedynek między wampirycznym cybopatą i Chu pałającym żądzą zemsty za śmierć siostry (notabene, zajrzymy na chwilę do zaświatów na małe spotkanie z nieodżałowaną Antonellą) nakręcał fabułę nawet mocniej niż cała kosmiczna tajemnica apokalipsy. Aż dziwne, że ten wątek rozstrzygnął się już w dziesiątym tomie, ale jak widać Layman miał konkretnie rozplanowane priorytety. Niestety z tego względu jest odczuwalny wyraźny spadek fabularnego napięcia, chociaż scenarzysta próbuje podwyższyć stawkę fundując dwa szczególnie mocne cliffhangery. W zasadzie po tym wszystkim na finałowy tom powinniśmy czekać pełni zniecierpliwienia. Jest jednak inaczej. Finał? Będzie, kiedy będzie, mruczymy pod nosem, odkładając na bok „Ostanie wieczerze”. Skąd takie właśnie odczucie?

Wychodzi na to, że cała seria w swej groteskowo zarysowanej formule jest po prostu za długa. Czuć wyraźnie że wszystkie pomysły, szczególnie na kolejnych osobników obdarzonych absurdalnymi mocami zostały wyeksploatowane już jakiś czas temu. Paradoksalnie, Chew przez te jedenaście tomów był chyba aż zbyt intensywny, zbyt sypiący coraz to nowymi, fabularnymi absurdami, na czele z wyczynami kultowego Poyo. Chew, razem ze swym bezkompromisowym, głównym bohaterem było tak mocne i tak wyraziste, że ta moc, gdzieś w pewnym momencie, powiedzmy, że w trzech czwartych serii, gdzieś wyparowała.

Nie oznacza to, że komiksowy cykl z Image Comics nie dostarcza już przedniej rozrywki. Skąd, Chew dalej potrafi bawić, szczególnie tych czytelników, którzy nie gonią za fabułą i potrafią dłużej zawiesić wzrok na pełnych niespodzianek planszach. To tam kryje się całe bogactwo pomysłów obu twórców, scenarzysty i rysownika, którzy tak  bardzo pokochali swoją serię. Być może aż za bardzo, ale przynajmniej dzięki temu sami musieli doskonale bawić przy jej tworzeniu. Czytelnik zaś, szczególnie komiksowy ( a najbardziej recenzent), to wbrew pozorom wybredna bestia i zawsze znajdzie coś, do czego można się przyczepić. W tym przypadku przyczepić się było do czego, intensywność doznań po prostu z biegiem czasu zmieniła odczucia czytelnika z pełnego zaangażowania, w rosnącą obojętność.

Chociaż nie jest to jeszcze obojętność stuprocentowa, mimo wszystko ciekawe, w jaki sposób Layman rozwiąże (jeżeli rozwiąże) oraz powiąże tajemnicę ptasiej apokalipsy z kosmicznym zagrożeniem z obcej planety. Sygnały już dostaliśmy. Dosyć absurdalne, zwłaszcza że cofające ów wątek do czasów prehistorycznych. Jakie by zatem nie były, finał na pewno będzie absurdalny, byle tylko zaspokoił czytelnicze oczekiwania.

Źródło: fot. Mucha Comics

Chew #11: Ostatnie wieczerze

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV