Dwóch papieży - recenzja filmu [American Film Festival 2019]

Dwóch papieży to scenariuszowy i aktorski majstersztyk. W swoim filmie Fernando Meirelles pół żartem, pół serio rozprawia się z ostatnimi procesami zmian w Kościele - robi to w sposób tak uwodzicielski, że wielu z widzów poprosi o więcej.

Ocena recenzenta:
9/10

Dwóch papieży to scenariuszowy i aktorski majstersztyk. W swoim filmie Fernando Meirelles pół żartem, pół serio rozprawia się z ostatnimi procesami zmian w Kościele - robi to w sposób tak uwodzicielski, że wielu z widzów poprosi o więcej.

Czy Fanta może mieć znaczenie teologiczne? W świecie Fernando Meirellesa najwyraźniej tak; tutaj w końcu wędrówka do Boga zasadza się na zupełnie ludzkich korzeniach. Jego Dwóch papieży to absolutna scenariuszowa perełka z bodajże najlepszymi dialogami wśród tegorocznych produkcji. Brazylijski reżyser bierze pod lupę proces zmian w Kościele, który doprowadził do ustąpienia Benedykta XVI i elekcji Franciszka. Religijny punkt wyjścia jest tu jednak wyłącznie iluzją - twórca stara się opowiedzieć historię o ludziach i dla ludzi, nie próbując przy tym kogokolwiek nawrócić, a jeśli już krytykuje Watykan, to robi to z niewątpliwej troski o dobro katolicyzmu. Takie podejście, co wielu z widzów może autentycznie zaskoczyć, owocuje prawdziwym festiwalem one-linerów, którymi przerzucają się fenomenalni w swoich rolach Anthony Hopkins i Jonathan Pryce. Benedykt XVI i kardynał Bergoglio deliberują więc o własnych wizjach Kościoła, ważkich kwestiach teologicznych, by później żartować, zajadać się pizzą czy wspólnie oglądać mecz Niemcy - Argentyna. Ot, papieże do tańca i do różańca. Co prawda nieco gorzej prezentują się rozwleczone sceny retrospekcji, ale skoro nawet następcy świętego Piotra odpuszczają sobie nawzajem grzechy, to i my powinniśmy wybaczyć je Meirellesowi. Nie może być jednak inaczej; jego najnowszy film to niekwestionowany triumf słowa w rzeczywistości zdominowanej przez obraz. 

Klamrą spinającą Dwóch papieży jest scena, w której Franciszek próbuje zarezerwować lot na Lampedusę - gdy jako adres podaje Watykan, rozmówczyni odkłada słuchawkę, uznając się za ofiarę żartu. Sekwencja ta doskonale oddaje prawdziwe zamiary reżysera, który siłując się z pozornie większą niż życie tematyką będzie to robił pół żartem, pół serio, nieustannie puszczając w kierunku widza oko. Zaczyna zabierając nas za kulisy konklawe w 2005 roku, niezwykle umiejętnie łącząc przebitki medialne z nakręconymi przez siebie scenami. Kardynałowie Bergoglio i Ratzinger początkowo spotykają się więc w... toalecie, w której pierwszy z nich wygwizduje Dancing Queen zespołu ABBA. Widać, że obaj nie są w stanie się nawzajem zrozumieć; bezpośredni styl bycia Argentyńczyka kontrastuje z hermetycznością Niemca. Późniejszy papież Benedykt XVI ze zdumieniem przyjmuje również to, że w głosowaniu książąt Kościoła tuż za nim uplasował się właśnie arcybiskup Buenos Aires. Mija długich 7 lat; Ratzinger wzywa Bergoglio do letniej rezydencji w Castel Gandolfo, w której chce omówić zasygnalizowaną przez drugiego z nich rezygnację z funkcji. Z czasem okaże się, że powody tego spotkania były zgoła inne, a przemielony przez machinacje Kurii Rzymskiej, skandale pedofilskie i rozrzutność Banku Watykańskiego Niemiec rozważa złożenie urzędu. Zanim to jednak wyjawi, hierarchowie odbędą szereg długich rozmów, debatując o życiu, śmierci i całej reszcie. Bądźcie gotowi na piwno-fantowe dysputy papieży, którzy przy winku i pianinie przeprowadzą serię intelektualnych sparingów, będących prawdziwą ucztą dla ucha. 

Nie ma żadnego przypadku w tym, że kilkukrotnie na ekranie oglądamy mecze piłkarskie, które są tak dobrym przerywnikiem, jak i metaforą całej opowieści. Obaj papieże zachowują się momentami tak, jakby ścierali się na boisku - zwróćcie uwagę, że przed spotkaniem w Castel Gandolfo instruowany przez watykańskich pracowników Argentyńczyk zakłada na siebie kardynalskie szaty przy przydrożnej budce z jedzeniem, jakby właśnie gotował się do boju. Dalej jest tylko lepiej; choć początkowo rozgrywa chełpiący się przydomkiem "rottweilera Boga" Benedykt XVI, konsekwentny i zarazem zupełnie odmienny styl gry Bergoglio doprowadzi do zyskania szacunku u pozornego rywala. Scenarzysta Anthony McCarten stworzył swoje opus magnum; nie pamiętam już kiedy w kinie słuchałem tak dobrych dialogów. Główni bohaterowie nawzajem więc sobie docinają, debatują o grzechach Kościoła, okładają swoimi wizjami katolicyzmu, ironizują, ale nade wszystko próbują się zrozumieć. W każdym z nich jest olbrzymi szacunek dla rozmówcy, jak również fascynujące z każdą kolejną sceną coraz bardziej doświadczenie. Prawdziwym majstersztykiem jest to, w jaki sposób Meirelles do spółki z McCartenem rozładowują wynikające z dysput napięcie. Dyskusja o The Beatles? Jest. Benedykt XVI szukający w telewizji Formuły 1 i Komisarza Rexa? Odhaczone. Pizza, dwie butelki Fanty i kawa na śniadanie? Obecne. Jeśli w tym pojedynku pierwotnie szukaliśmy swojego faworyta, to wpadliśmy w zastawioną przez reżysera pułapkę. Brazylijczyk przypomni nam ostatecznie, że obaj grają w tej samej drużynie - przynajmniej na ekranie wychodzi im to znakomicie. 

Tę papieską gigantomachię ogląda się i słucha się tak dobrze z uwagi na pierwszorzędny fortel, który zastosował reżyser. W Dwóch papieżach obserwujemy przecież zdawałoby się ponadczasowe postacie okryte welonem watykańskiej tajemnicy, strażników wielowiekowej tradycji. Szukamy w nich odbicia Boga na ziemi, tymczasem Meirelles proponuje inną, banalną w swej podniosłości perspektywę - to tylko i aż ludzie, co widać najpełniej w sekwencji wyjścia Benedykta XVI do zwiedzających Kaplicę Sykstyńską. Jaki papież, takie z nim selfie. Twórca poddaje obie wizje Kościoła starannej wiwisekcji; nawet z racji urodzenia bliżej mu rzecz jasna do stylu papiestwa zaproponowanego przez Franciszka (to właśnie brazylijski kardynał przypomni mu po wyborze: "Pamiętaj o ubogich"), jednak w żaden sposób nie przekreśla on "pancernego" Ratzingera. Obaj papieże, zabawni na swój sposób, są u Meirellesa naznaczeni tym samym piętnem poczucia wyobcowania i żalu za przewinienia. Szukają i błądzą, wzlatują ku Stwórcy i opadają w stronę ziemi. Sklepienie nad nimi wydaje się jakby bliższe Bogu, lecz to tylko pozory; reżysera bardziej interesuje samo życie, rozumiane jako gra kontekstów i niuansów, ukryte znaczenia, które pragną przecież widzieć protagoniści. Nieco gorzej autor radzi sobie w retrospekcjach, które mają odbiorcy pomóc zrozumieć postawę Bergoglio w czasie dyktatury wojskowej w Argentynie - sekwencje te są niepotrzebnie rozwleczone i, co paradoksalne, uproszczone, podobnie jak przypomnienie o przewinieniach Watykanu w trakcie rządów Benedykta XVI. Meirelles od początku do końca nie zapomina jednak, że gwoździem programu są spotkania obu papieży. Ci w końcu tańczą ze sobą kapitalne tango. Dosłownie. 

W tym roku X Muza stoi aktorskimi tandemami, by przywołać tylko ekranowe wariactwo Brada Pitta i Leonardo DiCaprio w Pewnego razu... w Hollywood czy fascynujących zwyrodnialców, Willema Dafoe i Roberta Pattinsona, w Lighthouse. Popisy Hopkinsa i Pryce'a w Dwóch papieżach tylko potwierdzają moją tezę - mamy tu do czynienia z dwoma aktorskimi huraganami, które spotkały się w swoistym oku cyklonu. W swoich rolach są zarazem prowokacyjni, jak i pomnikowi, zawadiaccy i jednocześnie poruszający. U obu zaobserwujemy też teatralną manierę, która doskonale sprawdza się w zaproponowanej przez Meirellesa konwencji. Benedykt XVI i Franciszek mówią w tej produkcji różnymi językami, fenomenalnie odtwarzając przy tym mimikę i gesty pierwowzorów z prawdziwego świata. Hopkins i Pryce grają tu co prawda w swoich ligach, ale dobrze jest spojrzeć na ich występy przez pryzmat wzajemnych dopełnień; to przecież naczynia połączone, jakby jeden aktor potrzebował drugiego, by nawet w niepozornej sekwencji wznieść się na wyżyny. Dodajmy jeszcze do tego znakomite zdjęcia, pokazujące nam z nieco innej perspektywy letnią rezydencję papieży, Bazylikę Świętego Piotra czy wnętrze Kaplicy Sykstyńskiej, jak również świetnie, choć momentami przewrotnie podsumowującą ekranowe wydarzenia ścieżkę dźwiękową. 

Dwóch papieży to film, który po seansie pozostawia pewien niedosyt; bądźcie jednak spokojni - wynika on po prostu z faktu, że ekranowe dysputy Benedykta XVI i Franciszka moglibyśmy śledzić kolejnych kilka godzin. Jest w tym filmie trudna do zmysłowego uchwycenia elokwencja, która wielu z widzów pozwoli uwierzyć. Niekoniecznie w Boga, ale z całą pewnością w drugiego człowieka. Fernando Meirelles kreśli przed nami subtelną i ujmującą w swoim oddziaływaniu wizję Kościoła, który wznosi się na dwóch skrzydłach. Tak, dzięki wybitnym kreacjom Anthony'ego Hopkinsa i Jonathana Pryce'a będziemy mogli latać nad zdawałoby się boskimi tajemnicami, nieustannie mając na uwadze, że wektor wciąż jest ten sam - człowieczeństwo. To w wydaniu obu papieży naprawdę fascynuje. Benedykt XVI i Franciszek, awers i rewers. Już tylko od Ciebie zależy, czy tej samej opowieści. 

Źródło: Zdjęcie główne: Netflix

Dwóch papieży

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV