Gotham: sezon 3, odcinek 21 i 22 (finał sezonu) – recenzja

Mroczny Rycerz powstał, a właściwie nieopierzony jeszcze rycerzyk, który musi przejść jeszcze długą drogę do tego, aby zostać Batmanem. Choćby tylko dlatego finał Gotham był bardzo satysfakcjonujący, a przecież działo się naprawdę mnóstwo rzeczy, które ukształtują przyszłe sezony tego serialu.

Ocena recenzenta:
8/10

Mroczny Rycerz powstał, a właściwie nieopierzony jeszcze rycerzyk, który musi przejść jeszcze długą drogę do tego, aby zostać Batmanem. Choćby tylko dlatego finał Gotham był bardzo satysfakcjonujący, a przecież działo się naprawdę mnóstwo rzeczy, które ukształtują przyszłe sezony tego serialu.

Paweł Szałankiewicz

Paweł Szałankiewicz

Tagi:  finał sezonu 
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Finałowe odcinki Gotham były podporządkowane przede wszystkim jednemu – przemianie Bruce'a Wayne'a, która miała zapoczątkować jego drogę, by zostać w przyszłości Batmanem. Teraz już wiemy, że Bruce faktycznie mógł wylądować w Nanda Parbat, czyli siedzibie Ligi Zabójców. Wiemy również, że był to zaledwie wstęp do tego, co go czeka w przyszłości. Z każdym z ostatnich finałowych odcinków, ta historia zresztą nabierała sensu. Odebranie przez Mnicha bólu i uczynienie z Bruce'a osoby nieposiadającej uczuć było zaledwie procesem w tym wszystkim. Próba wysadzenia bomby z wirusem Tetcha również. Przy tym wszystkim dostaliśmy jedne z najbardziej emocjonujących scen pomiędzy młodym Wayne'm a Alfredem. Wyjątkowo położono nacisk na bardzo emocjonalną stronę tej relacji, przy czym nie zrobiono tego tendencyjne. Te rozmowy (zwłaszcza na posterunku Gotham), naprawdę wciągały pokazując jak wiele łączy Alfreda z samym Brucem i jak ważne jest dla niego, aby pomagać mu zaleźć swoją ścieżkę. Przy wątku rodzącego się mściciela ważną rolę odegra również Ras Al Ghul, więc spotkanie z nim było nieuniknione. Moment, w którym Bruce decyduje się zresztą na przebicie mieczem Alfreda po rozmowie z Rasem, był przełomowy nie tylko dla niego, ale również dla samego serialu, o czym świadczy ostatnia scena, kiedy młody Wayne po raz pierwszy przywdziewa maskę i pelerynę. W pewnym sensie historia zatoczyła tutaj koło. Kilka lat wstecz to on wraz z rodzicami został napadnięty w mrocznej alejce, tym razem przed takim losem uchronił inną rodzinę. Symbolika tej sceny była nad wyraz widoczna.

Gotham to jednak nie tylko Bruce Wayne, ale (przede wszystkim?) Jim Gordon. Twórcy w jego przypadku poszli na całość. Poprzez relację z Lee zmusili go do wstrzyknięcia sobie wirusa, co zresztą uratowało go przed śmiercią poprzez zakopanie żywcem. Wirus, tak jak w przypadku Barnesa oraz Lee, wyzwolił w nim sporo najgorszych cech. To dodało tylko smaczku jego postaci. Zobaczyliśmy w końcu Jima kierującego się zasadą celu uświęcającego środki. Naturalnie w niektórych przypadkach, jak przy zabiciu Fish, zadziałał przypadek, ale już to, co zrobił z Tetchem było bardzo zaskakujące, tak samo jak pobicie Harvey'a. Finał jednak był dość oczywisty, uczciwość i prawy charakter Jima ostatecznie musiał zwyciężyć, niemniej dzięki tym scenom udało się trochę odświeżyć jedną z nudniejszych postaci tego serialu i rozpocząć niejako nowe rozdanie w prowadzeniu tej postaci. Sentymentalny koniec jego relacji z Lee, w którym zostawia mu pożegnalny list opisujący tak Jima, jak i samo miasto, było niejako namaszczeniem losów co najmniej kilku bohaterów tego serialu.

Bo przecież jej słowa odnosiły się tak do Gordona, jak i Bruce'a, Pingwina, młodej Seliny, Człowieka Zagadki czy Tabithy, którzy są przeżarci tym miastem, ale to ono ich ukształtowało i zdeterminowało ich losy. Stąd finalnie dostaliśmy kilka starć, które dla każdej z tych postaci wytyczyły nowe ścieżki. Tabitha zabijająca Barbarę Keane zakończyła pewną erę w świecie Gotham. Starcie Pingwina z Nygmą pokazało natomiast, jak długą ścieżkę musiał przejść ten pierwszy, by w końcu choć trochę nawiązać do swojego komiksowego pierwowzoru. Bo przecież wszyscy widzieliśmy, jak Pingwin był w swoich działaniach fajtłapowaty i niechlujny, jak popełniał proste błędy, przez które trafiał dosłownie do rynsztoku. Jego finałowe starcie z Nygmą, które udowodniło, że mamy już do czynienia z o wiele bardziej dojrzalszym Oswaldem, było majstersztykiem. Tu historia zatoczyła po raz trzeci koło, z jedną tylko różnicą, to nie Pingwin wylądował po drugiej stronie lufy pistoletu. Ostatecznie. W tej scenie zobaczyliśmy Pingwina, jakiego znamy z komiksu – zimnego, przebiegłego i inteligentnego. I takiego Pingwina powinniśmy dostać w kolejnym sezonie.

Finałowe sceny kończącego się sezonu były zresztą swoistym resetem oraz ponownymi narodzinami poszczególnych postaci. Tak można powiedzieć o Selinie, która już kilka epizodów wstecz rozpoczęła swoją drogę, by zostać Kobietą Kotem, jak również o Butchu Gilzeanie, który już niedługo powinien zostać jedną z ważniejszych postaci przestępczego półświatka Gotham.

W finale dostaliśmy też mnóstwo komiksowych smaczków, jak choćby pomysł otworzenia przez Pingwina nocnego klubu Iceberg Lounge, czy prawdziwe imię Butcha – Cyrus Gold. To tylko pokazuje, że choć Gotham jest w pewnym sensie alternatywną historią genezy Batmana, to nikt z twórców nie zapomina o komiksach, czerpiąc z nich garściami. A to tylko uatrakcyjnia całą historię.

Serial Gotham przeszedł naprawdę długą drogę do momentu, w którym właśnie się znalazł. I choć była bardzo wyboista, to z czasem otrzymaliśmy naprawdę dobry serial z ciekawymi wątkami. Trzeci sezon był praktycznie falą wznoszącą a finał przysłowiową wisienką na torcie. Co więcej, daje on teraz sporo nowych możliwości twórcom na rozwinięcie całego świata przedstawionego i tego właśnie należy oczekiwać po kolejnym sezonie zwłaszcza, że potencjał tkwiący w tym serialu jest po prostu ogromny.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Heroes Rise: Heavydirtysoul

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV