Jay Kelly – recenzja filmu [WENECJA 2025]
Aktor to zawodowy kłamca i doskonale zdaje sobie z tego sprawę Jay Kelly (George Clooney), ikona kina i bohater najnowszej produkcji Noaha Baumbacha. Oto nasza recenzja prosto z festiwalu w Wenecji.

W teorii Kelly ma wszystko – spełnioną karierę, masę pieniędzy na koncie i zaufany management, na czele z wiernym agentem Ronem Sukenickiem (Adam Sandler po raz kolejny w formie – Baumbach potrafi wykrzesać z niego to, co najlepsze). No i Kelly należy do kanonu współczesnego kina. Na co dzień tłumi w sobie trochę kompleksów i niepewności, ale to detal. Plus dochodzą do tego nieuporządkowane relacje z dwiema córkami.
Niby dużo, ale aktor tego kalibru to zawodowy kłamca i ciągle udaje, najczęściej przed samym sobą, tak jak widzimy to w filmie Baumbacha. Kelly potrafi zagłuszyć w sobie ten wewnętrzny krzyk; to wołanie o pomoc, którego nikt nie może usłyszeć. Wszystko zmienia się, kiedy przez przypadek widzi się ze starym znajomym sprzed lat (znakomity Billy Crudup po Oscara!). To spotkanie zmieni dotychczasowe życie aktora o 180 stopni.
(Swoją drogą "Jay Kelly" brzmi nośnie; da się zapamiętać praktycznie od razu. Nic dziwnego, że na jednym ze zdjęć Kelly przypomina dalszego kuzyna Cary'ego Granta. Grant, Clark Gable czy Bob De Niro i Jay Kelly – imię i nazwisko to klucz do sukcesu i zapisania się w meandrach historii. Musi brzmieć: cała reszta przyjdzie z czasem).
Jay Kelly przypomina kombinację licznych autorskich stylów. W duchu dalej pozostaje Baumbachowskim komediodramatem o ludziach "upadłych", którzy rzeźbią na ochłapach, czyli na tym, co im pozostało. Dla Kelly'ego będzie to kino i wciąż utrzymująca się rozpoznawalność; dla Rona zaś przeświadczenie, że jego praca ma jeszcze sens, a Kelly faktycznie traktuje go jako przyjaciela, a nie tylko managera.
Baumbach – niczym w Meyerowitzach – nie oferuje nam kina sentymentalnej ułudy; hollywoodzkich silver linings wmawiających nam, że każdy ma szansę wynurzyć się nawet z najgorszego szamba. Wręcz przeciwnie – to przypowieść o godzeniu się z tym, że być może spieprzyliśmy swoje życie prywatne kosztem kariery. Dla niektórych okaże się za późno, aby cokolwiek naprawić. Jedynie nieliczni mogą jeszcze coś zmienić, choć czasu jest coraz mniej.
Ale echo Baumbacha nie będzie tu jedynym słyszalnym dźwiękiem. Pierwsza połowa jego najnowszego filmu przypomina coś w rodzaju sympatycznego hołdu dla wszelkich klasyków Allena. Znajdziemy tu choćby podróż francuską koleją z jowialnymi pasażerami, sporo one-linerów z nutką ironii czy masę płynnie poprowadzonych scen z biegającymi postaciami (dzięki tzw. dollies). W tej części filmu Kelly wierzy jeszcze, że wszystko będzie dobrze, a zwykłe "przepraszam" może zadziałać cuda. W końcu tak to działało w tej branży: zawsze mu wybaczano, bo w gruncie rzeczy jest gwiazdą. A im wolno więcej.
W drugiej połowie Baumbach goes full Fellini – kiedy Kelly oddaje się swoim alkoholowym wyparciom – przypomina połączenie reżysera z 8 i pół wraz z pijaczyną z powieści Malcolma Lowry'ego. Kiedy opuszcza go coraz więcej osób, aktorowi zaczynają przydarzać się prawie-że-metafizyczne spotkania, pozwalające mu spojrzeć na siebie z perspektywy trzeciej osoby i pogodzić się z faktem, że pewnych decyzji nie da się cofnąć, nawet przy największych chęciach.
Optyka sfokusowana na Kelly'ego przybiera bardziej tragicznych barw, kiedy zaczynamy zdawać sobie sprawę, jak jego życie lwa salonowego rzutowało na innych. To przez niego pewne miłostki innych się nie ziściły, a jego mentor nie ukończył swojego ostatniego filmu. Dowiadujemy się też m.in. o ojcu aktora, który świadomie trzyma dystans wobec syna, czy poszkodowanych i straumatyzowanych córkach. Jay Kelly jest o skutkach miłości do kina i całkowitym poświęceniu. Czyli o tzw. toxic love, na którą nie ma ratunku.
(Być może dziennikarzom w Wenecji bardzo łatwo jest empatyzować z naszym poległym – w całej branży trudno jest ludziom odpuszczać okazje i projekty. Sam Kelly nam o tym przypomina. Najczęściej kończy się to rozłamami w relacjach i brakiem zdrowych godzin pracy).
Trudno stwierdzić, czy historia Kelly'ego zostanie ze współczesnymi widzami na dłużej. Ale ta miniepopeja ma w sobie coś z powieści totalnej. Na ekranie wiele się dzieje, przeszłość miesza się z teraźniejszością, a wątki poszczególnych bohaterów coraz bardziej się pogłębiają. Na koniec tej przejażdżki w pełni rozumiemy, dlaczego Kelly jest Kellym, a także skąd wzięła się tak wszechobecna animozja najbliższego środowiska wobec aktora. To rzecz o tym, że każdy ma równocześnie rację, jak i w gruncie rzeczy jej nie ma – to zawsze zależy od perspektywy, którą akurat obierzemy.
Każdy – niczym u Vargasa Llosy – będzie tu ofiarą systemu i własnego ego. I chyba o tym tak naprawdę opowiada Jay Kelly: o poświęceniu się dla sztuki, dla jej końcowego, ponadczasowego efektu. Aby jedni mogli płakać ze szczęścia, wychodząc z sali kinowej, drudzy muszą przekroczyć wszelkie granice. I również uronić parę łez – ale tym razem już ze smutku.
Poznaj recenzenta
Jan Tracz


naEKRANIE Poleca
ReklamaKalendarz premier seriali
Zobacz wszystkie premieryDzisiaj urodziny obchodzą
ur. 1971, kończy 54 lat
ur. 1959, kończy 66 lat
ur. 1981, kończy 44 lat
ur. 1990, kończy 35 lat
ur. 1986, kończy 39 lat

