Magnum: sezon 1, odcinek 2 – recenzja

Magnim utrzymuje swój poziom, dając satysfakcjonującą rozrywkę w 2 odcinku. Ponownie łączącą się bezpośrednio z Hawaii 5.0.

Ocena recenzenta:
7/10

Magnim utrzymuje swój poziom, dając satysfakcjonującą rozrywkę w 2 odcinku. Ponownie łączącą się bezpośrednio z Hawaii 5.0.

Adam Siennica

Adam Siennica

Tagi:  magnum 
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Magnum P.I. spełnia najważniejszą rolę w 2. odcinku: oferuje przemyślaną, ciekawą i nieograną sprawę kryminalną. Z jednej strony jest ona utrzymana w tonie najlepszych odcinków Hawaii Five-0, czyli powody wzięcia sprawy przez Thomasa Magnuma są podyktowane wyższymi pobudkami wynikającego z szacunku do innego wojennego weterana (w tej roli Carl Weathers, którego ostatnio rzadko na ekranie można spotkać). To ma jakiś swój urok, który do siebie przekonuje, bo podobnie jak w tamtym serialu, buduje charakter bohatera i jego ideowość. Z drugiej strony pomysł na sprawę jest nietypowy, a to zawsze atut dobrego kryminału. W tym przypadku chodzi o skradzioną rybę wartą kilkaset tysięcy dolarów. Wątek jest tak solidnie poprowadzony, że oferuje kilka solidnych zwrotów akcji i w miarę satysfakcjonującą konkluzję.

Ważne jednak w tym odcinku są relacje pomiędzy postaciami. To właśnie one budują siłę, jaką ten serial może mieć. Na razie przyjaciele Thomasa, choć biorą udział w akcji, nie są zbyt interesującymi postaciami, a ich relacje są zwyczajne. Co innego jest pomiędzy Magnumem, a Higgins. To jest to, co może fajnie napędzać ten serial, bo ich współpraca jest dość nietypowa i często przez wzajemnie dogryzanie sobie zabawna. Widać, że twórcy poświęcają tej parze sporo czasu, abyśmy poczuli chemię pomiędzy postaciami i zobaczyli, że ich relacja może bawić i emocjonować. Czasem jednak w tym zdarzają się zgrzyty, jak fakt, że podczas pościgu w sposób wręcz banalnie nieudolny Magnum daje się ot tak podejść. Scena z serii: nie mamy pomysłu, więc idźmy na łatwiznę. To też zmusza do przyjrzenia się scenom akcji, która są raczej poprawne i nie tak komicznie efekciarskie jak w pilocie. Nic na razie nie wychodzi ponad przeciętność, a wręcz dziwne jest to, że na razie jest ich niewiele. Twórcy starają się inaczej rozkładać akcenty i jest to nawet interesujące podejście.

Jednym z głównych wątków tego serialu jest przeszłość Magnuma i jego towarzyszy z czasów, gdy byli jeńcami wojennymi w Afganistanie. W tym odcinku dostajemy wyjaśnienie, jak w ogóle trafili na Hawaje i choć jest proste, przekonuje. Dobrze, że tutaj zmarły kolega może odegrać ważną rolę w zrozumieniu relacji w grupie. Czuć też, że dzięki takim bezpośrednim zabiegom ten serial ma na razie o wiele więcej spójności ze sobą niż taki Hawaii 5.0, z którego w tym odcinku pojawia się gościnnie Kamekona. Twórcom zależy na tym, byśmy nie zapomnieli, że te powiązania są.

Magnum P.I. bawi, wywołuje emocje i szybko okazuje się lekką i przyjemną rozrywką, jakiej oczekujemy. Jest to serial w stylu Hawaii 5.0, który nadal szuka własnej tożsamości, ale czuć, że miło się ogląda. Bez porywów i większej ambicji, ale frajda jest. Plus za zabawne nawiązania do wąsa Toma Sellecka.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Magnum: Detektyw z Hawajów

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV