Repertuar kin Nowość Program TV
Ocena recenzenta:
4/10

Nie otwieraj oczu – recenzja filmu

Nie otwieraj oczu miał być dramatem w szatach horroru lub thrillera science fiction. Od razu rzucały się w oczy porównania do Cichego miejsca, które... nie są wskazane. Już bez nich nowy film Netlixa nie wypada dobrze.

Nie otwieraj oczu zapowiadało się na coś w stylu Cichego miejsca, ale trochę z innej strony. Mamy tu bowiem świat, w którym atakuje coś tajemniczego i niewidzialnego. Jeśli ktoś to zobaczy, będzie chciał popełnić samobójstwo. W kinowym hicie mieliśmy za podstawę dźwięk – najmniejszy szmer przyciągnie potwora i śmierć. Tutaj mamy koncept: spojrzysz, umierasz. Nie ma jednak co kontynuować porównywanie konceptów, bo to kompletnie inne bajki. Przede wszystkim dlatego, że Susanne Bier i Netflixowi kompletnie nie zależy na tym, by wykorzystywać jego potencjał. Cała apokalipsa staje się beznamiętnym tłem do opowiadania zupełnie innej historii, niż zapowiadał zwiastun. Twórcy ani nie pokazują widzom, co takiego zabija ludzkość, ani nawet w najmniejszym stopniu tego nie wyjaśniają. Wszystko oparte jest na domysłach. W tego typu opowieściach widza  trawi jednak ciekawość. Chcemy wiedzieć, z czym bohaterowie mają do czynienia. Kompletnie zlekceważenie tego aspektu jest błędną decyzją.

Szybko się okazuje, że tło w postaci apokalipsy przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie. Na pierwszy rzut oka dostajemy więc dramat o różnych od siebie ludziach w sytuacji kryzysowej. Mogłaby być ona tak naprawdę czymkolwiek innym. Nawet zamknięciem wszystkich kin w dniu premiery Avengers: Endgame. To byłby taki sam koniec świata, jak ten w filmie. Nie ma znaczenia za bardzo, że poza domem coś jest i nie może wejść do środka. Dlatego też Susanne Bier stara się reżyserować historię stającą się studium ludzkich osobowości w takiej rzeczywistości. W tym miejscu uwypuklone zostały wszelkie wady scenariusza napisanego przez nominowanego do Oscara Erica Heisserera, który daje nam oklepane i stereotypowe osobowości, przewidywalną historię, która jest zaskakująco wypełniona zapychaczami i doprowadza do mdłej konkluzji.

Tak naprawdę mamy do czynienia z filmem o poszukiwaniu macierzyństwa. Kluczem do wszystkiego jest właśnie historia postaci granej przez Sandrę Bullock, którą poznajemy jako ciężarną kobietę z ambiwalentnym stosunkiem do nienarodzonego dziecka. Cała fabuła ma doprowadzić do tego, że w końcu emocjonalnie dojrzeje do tego, by być matką. W tym miejscu polski tytuł Nie otwieraj oczu pasuje metaforycznie bardziej niż angielski Bird Box (ten akurat jest dosłowny…). Dlatego koniec końców wątek jej „otwierania oczu” na to, że jednak kocha i jest matką, staje się podstawą emocjonalną całej opowieści.  To właśnie w tym miejscu Sandra Bullock staje się najjaśniejszym punktem, nadając charakter swojej postaci i podkreślając wszelkie niuanse. Problem jednak jest taki, że nawet pomimo jego pracy ten wątek staje się powierzchowny, potraktowany dziwnie po macoszemu i bez wgryzienia się w głębie tematu. Mamy tutaj potencjał na coś wyjątkowego, a emocjonalnie działa to tylko momentami.

Problem jest taki, że większość tej opowieści jest nadzwyczajnie nudna. Wszystkie postacie są określonymi stereotypami, które w żadnym momencie – pomimo genialnej obsady (John Malkovich, Trevante Rhodes) – nie wychodzą z określonych ram schematów. Dostajemy więc mnóstwo zapychaczy, które sprawiają, że trudno w jakikolwiek sposób zaangażować się w fabułę i przejmować się losami bohaterów. Trudno ich traktować poważnie, gdy wszystkie decyzje i kolejne kroki to klisze gatunkowe bez żadnego znaczenia. Na to też ma wpływ decyzja, by opowiadać historię teraźniejszą (matka z dzieciakami na wyprawie) na zmianę z początkiem apokalipsy w formie retrospekcji. Na tym etapie wiemy więc, że wszyscy poza postacią Bullock i dziećmi najpewniej zginą. A droga prowadząca do tego momentu to absurd i oczywistość.

Nie otwieraj oczu nie jest horrorem, nie jest też filmem science fiction, bo w tym aspekcie nic tutaj nie działa poprawnie. Nie jest strasznie, napięcia praktycznie nie da się wyczuć, a koncept apokalipsy zostaje po prostu zlekceważony. Jako dramat o matce w kryzysowej sytuacji jest to rzecz poprawna, czasem emocjonująca, ale też przewidywalna i nudna. Koniec końców wychodzi, że to film z potencjałem na coś wybitnego, który został całkowicie zmarnowany. Netflix miał tutaj szansę na dobry thriller z dramatem o macierzyństwie, a dał coś, co ogląda się z trudem, bez emocjonalnego zaangażowania i z uczuciem rozczarowania.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe
Nie otwieraj oczu

Najlepsze z 24h

Michał Kujawiński
spoilery
-

MCU – powrót postaci i zaskakujące…

Przy okazji tegorocznej odsłony MCU, filmu Avengers: Endgame, powstają nowe produkty okolicznościowe promujące film. Tym…

Piotr Piskozub
-

Niezrealizowane filmy o herosach – jedne…

Wiedzieliście, że Bob Hoskins mógł wcielić się w Wolverine'a? Poznajcie najciekawsze projekty superbohaterskie, które nie…

Piotr Piskozub
-

Kapitan Marvel – to nie Szatan…

W sieci pojawiły się nowe materiały z kolejnej odsłony MCU, filmu Kapitan Marvel - na…

Adam Siennica
-

Złote Maliny 2019: Nominacje. Oto najgorsze…

Złote Maliny 2019 to nagroda dla najgorszych filmów 2018 roku. Ogłoszono nominacje.

Piotr Piskozub
-

Arrow – nowa wersja Suicide Squad…

Wiele wskazuje na to, że już niebawem w Arrow zobaczymy kolejną wersję Suicide Squad -…

Dawid Muszyński
-

Glass – recenzja filmu

Przy okazji premiery Split M. Night Shyamalan zaskoczył nas informacją, że buduje swoje uniwersum superbohaterów.…

Ocena recenzenta:
5

Co o tym sądzisz?