Punisher: sezon 1 – recenzja przedpremierowa

To na pewno nie jest Frank Castle, jakiego znamy z 2. sezonu Daredevila. Czy to dobrze? Na to pytanie postaramy się odpowiedzieć.

To na pewno nie jest Frank Castle, jakiego znamy z 2. sezonu Daredevila. Czy to dobrze? Na to pytanie postaramy się odpowiedzieć.

Dawid Muszyński
Dawid Muszyński

Świat uznał, że Frank Castle (Jon Bernthal) nie żyje. Mało kto płacze za Punisherem. Sam zainteresowany po wydarzeniach w Hell’s Kitchen stracił powód do dalszego działania. Nie ma celu w życiu. Postanawia więc pozbyć się charakterystycznej kuloodpornej kamizelki z narysowaną czaszką i rozpoczyna nowe życie. Zatrudnia się na budowie. Kłopoty go jednak nie opuszczają. Wprost przeciwnie, przyciąga je jak magnes. Zaczyna nękać go niejaki Micro (Ebon Moss-Bachrach), posiadający nagranie, na którym widać, jak żołnierze podczas jednej z misji znęcają się nad aresztowanym cywilem na rozkaz niejakiego Rawlinsa (Paul Schulze). Nagranie może przekreślić wiele karier, a i rząd amerykański na całej sytuacji ucierpi. Frank nie będzie zachwycony, że jego demony przeszłości zostają obudzone i wyciągnięte na światło dzienne. Czy to znaczy, że Punisher będzie musiał powrócić?

Na ten serial Netflixa wszyscy czekali z niecierpliwością. Jego premiera była trzymana w tajemnicy, a jej termin kilkakrotnie przekładano. Skąd wiem? Bo odcinki dostałem już dawno temu i tylko otrzymywałem kolejne maile z nowymi datami zdjęcia embargo. Czy warto było czekać? Odpowiedź jest złożona. Pierwsze 6-7 odcinków to mozolne wprowadzanie nas w świat Franka i jego kolegów z jednostki. Oprócz dynamicznych pierwszych 20 minut pierwszego odcinka nic się nie dzieje. Steve Lightfoot, który stworzył ten serial i napisał scenariusz, postanowił główny nacisk postawić na problemie zespołu stresu pourazowego dotykającego żołnierzy wracających z zagranicznych misji wojskowych. Zagłębia się w ich psychikę, pokazując widzom, co nimi kieruje, gdy po powrocie do kraju zaczynają wariować, biegać z bronią, grozić ludziom i buntować się przeciwko rządowi, który w ich opinii ich opuścił. Świetnie obrazuje to historia młodego Lewisa Wilsona (Daniel Webber), który nie potrafi spać we własnym łóżku, a najbezpieczniej czuje się w wykopanym w ogrodzie okopie.

Na początku tej opowieści Frank jest wycofany. Nie eliminuje przeciwników. Nie szuka kolejnych szumowin do zlikwidowania. Ma to wszystko w poważaniu, pragnie spokoju. Z wyglądu zaczyna przypominać hipstera – zapuszcza nawet brodę. Swą aktywność ogranicza do chodzenia do pracy, w której może upuścić trochę swojej złości i leżenia w pokoju, w którym cały czas opłakuje utratę rodziny. Nie szuka przyjaciół. Nie szuka wrogów. Chce, by świat zostawił go w spokoju.

Druga połowa 13-odcinkowego sezonu to już powrót Punishera, jakiego znamy, choć bez charakterystycznego emblematu na piersi. Zaczyna się kombinowanie. Intryga się rozkręca. Wszystko układa się w jeden obrazek. Czym bliżej jesteśmy finału, tym więcej trupów pada. Krew zaczyna się lać obficie. Nie dziwię się, że Netflix nie chciał robić premiery serialu, gdy w USA co rusz wybuchały jakieś zamieszki czy zamachy. Ich Punisher to człowiek, który nie przebiera w środkach. Dla niego najprostsze zadawanie bólu jest najlepsze. Łamanie kończyn. Strzał bezpośrednio w głowę. Poderżnięcie gardła. On nie zostawia nikogo przy życiu.

W serialu zobaczymy oczywiście Karen Page (Deborah Ann Woll), która już w Daredevil nawiązała z Punisherem nić porozumienia. Teraz jako reporterka zostanie wplątana w jeden z wątków.

Co ciekawe w serialu stworzonym przez Lightfoota nie dostajemy Punishera jakiego znamy z komiksów. Twórca chce, by widz zajrzał w psychikę tego bohatera. Postarał się zrozumieć, z jakimi demonami zmaga się na co dzień. Jaki ból w sobie nosi. W momencie, gdy to pojmiemy, będziemy mogli w pełni go zrozumieć. Wtedy też fabuła zaczyna nabierać tempa. Jeśli jednak przetrwamy ten początek, zostaniemy za to w pełni wynagrodzeni. Finał pierwszego sezonu to już tradycyjna historia zemsty, a nie ma lepszej postaci, która na tym tle może się wykazać. Punisher żyje dla zemsty.

Nie mamy tu też jednego głównego czarnego charakteru. Jest ich kilku, choć sporo ich łączy. To działa na korzyść serialu. Już jestem trochę znudzony pokazywaniem jednego arcywroga i czekaniem, jak główny bohater się z nim spotka w finałowej walce. Tu twórcy starają się złamać ten schemat i częściowo im się to udaje.

Walki wyglądają bardzo realistyczne, choć liczba obrażeń, jakich doznaje nasz bohater w trakcie tego sezonu, powinna go zabić kilkakrotnie. No ale to ekranizacja komiksu, więc realizmu w tej materii nie ma co oczekiwać. Jednak poruszanie się z bronią, taktyka wojskowa, walka wręcz – to wszystko zostało pokazane z pieczołowitą dokładnością. Ogląda się to z wielką przyjemnością. Jon Bernthal udowodnił, że świetna kreacja w Daredevilu nie była przypadkowa i na dobre przejmuje postać tego mściciela z Nowego Jorku. Ja jestem za.

Marvel's The Punisher nie serwuje mi bohatera, jakiego sobie wymarzyłem, ale ku własnemu zaskoczeniu jestem zadowolony z tego, co dostałem. Jest to coś innego. Twórcy starają się wyciągnąć coś nowego z tej historii. Niebanalnego. Z odniesieniami do obecnej sytuacji w Stanach Zjednoczonych. Fani Franka powinni być zadowoleni.

Recenzja pierwotnie została opublikowana 13 listopada 2017 roku

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV