Raport - recenzja filmu [American Film Festival 2019]

Raport to film, który mierzy się z problemem tortur w tajnych więzieniach CIA. Choć produkcja dobrze pokazuje, jak groteskowy był proces ich wdrożenia, to koniec końców drzemiący w tej historii potencjał nie został w pełni wykorzystany.

Ocena recenzenta:
6/10

Raport to film, który mierzy się z problemem tortur w tajnych więzieniach CIA. Choć produkcja dobrze pokazuje, jak groteskowy był proces ich wdrożenia, to koniec końców drzemiący w tej historii potencjał nie został w pełni wykorzystany.

Jeśli sądziliście, że Hollywood na dobre rozliczyło się już z wszystkimi możliwymi aspektami wojny z terroryzmem, nie mogliście być w większym błędzie. Amerykanie rok w rok poprzez X Muzę serwują światu kolejne odsłony lekcji o tym, jak po zamachach z 11 września zachowywały się tamtejsze administracje rządowe, wojsko i społeczeństwo. Choć wiatry w Białym Domu w międzyczasie zmieniły swoje kierunki, USA coraz częściej chcą dokonać rachunku sumienia i głośno wypowiedzieć swoje grzechy i grzeszki. Najnowszą tego typu próbą jest Raport w reżyserii Scotta Z. Burnsa, który bierze na warsztat problem wzbudzający bodajże największe kontrowersje - tzw. rozszerzone metody przesłuchań więźniów, z podtapianiem na czele. Same praktyki, ukazane w sposób poruszający i dla fabuły produkcji mające istotne znaczenie, nie interesują jednak autora bardziej niż proces, który doprowadził do ich wdrożenia w tajnych więzieniach CIA. Takie podejście owocuje powstaniem angażującego thrillera politycznego, sprawnie obnażającego choroby trawiące amerykańską sferę władzy. Gorzej tylko, że momentami chaotyczna narracja i operowanie natłokiem informacji przytłaczają i widza, i samego Burnsa; jakbyśmy oglądali jedną wielką prezentację, próbującą przekonać odbiorców, że Amerykanie mają swoje za uszami. O tym jednak wiemy od dawna i z Raportu, niestety, nie dowiemy się wiele więcej. 

Akcja filmu na dobre rozpoczyna się w 2007 roku, gdy Daniel Jones (Adam Driver) dostaje od swojej przełożonej, Dianne Feinstein (Annette Bening), pracującej w specjalnej komisji senackiej zajmującej się prześwietleniem Programu Zatrzymań i Przesłuchań CIA, polecenie przygotowania raportu, który w zamierzeniu powinien obnażyć wszystkie popełnione na tym polu przewinienia. Młody i nad wyraz ambitny delegowany do swojego zadania podchodzi aż do bólu skrupulatnie, lecz już na wstępie przekona się, że funkcjonariusze agencji będą mu nieustannie rzucać kłody pod nogi. By oddać pełne spektrum prowadzonego przez Jonesa śledztwa, Burns żongluje planami czasowymi i lokacjami; na ekranie widzimy więc liczne retrospekcje, skupione głównie na zabieraniu widza za przerażające kulisy tortur, jak również dalszy bieg wydarzeń, naznaczony prezydenturą Baracka Obamy. Nie da się ukryć, że podstawowym celem protagonisty jest posprzątanie stajni Augiasza, którą pozostawili po sobie George W. Bush, Dick Cheney i spółka. Sęk w tym, że ustępujący prezydent o wzmocnionych metodach przesłuchań dowiedział się dopiero w kwietniu 2006 roku, 4 lata po ich akceptacji w obrębie CIA. Jones meandruje w tym politycznym rozgardiaszu tak, jak pozwalają mu na to warunki; dąży do prawdy na swój sposób, narażając się całej rządowej wierchuszce. Winni zostaną znalezieni, jednak wtedy główny bohater będzie musiał stoczyć jeszcze jedną bitwę - o to, by jego raport w ogóle ujrzał światło dzienne. 

Raportfot. Amazon Studios

Największym problemem tego filmu jest ekranowy przepływ informacji. Dość powiedzieć, że ostateczna wersja dokumentu Jonesa liczyła sobie... 7 tysięcy stron; jak podsumuje to Denis McDonough (Jon Hamm): "To więcej niż Biblia, która opowiadała przecież całą historię ludzkości". W zamyśle Burnsa kolejne rewelacje mają zapewne uwiarygodnić istotę przekazu, jednak niektóre z nich tłumaczone są widzowi jak dziecku - jeśli nie zrozumie ich w danym momencie, nie powinien się zbytnio martwić, gdyż jeszcze, w tej czy innej formie, powrócą. Niemalże wszyscy członkowie obsady dwoją się i troją, by wyłuszczyć odbiorcy, kto jest dobry, a kto zły. Reżyser w odróżnieniu od swojego głównego bohatera zapomina jednak, że dążąc do prawdy dobrze pozostać bezstronnym obserwatorem rzeczywistości. Z tym u twórcy bywa różnie, skoro nawet sposób kadrowania dygnitarzy CIA ma ich pokazać w niekorzystnym świetle. Znacznie lepiej jest tam, gdzie Burns decyduje się na odsłanianie absurdalnego oblicza całego procesu - tortury w agencji najmocniej przepychali bowiem psychologowie, którzy na ich wdrożeniu znacznie się kosztem podatników wzbogacili, przy okazji samych siebie poddając ewaluacji w tej materii. Bity więzień wciąż kłamie? Cóż, techniki przesłuchań doprowadziły nas do prawdy, że... kłamie. W tej perspektywie niezwykle złowieszczo prezentuje się zwłaszcza jedna z ostatnich kwestii; prominentny polityk przekonuje, że nawet pomimo braku publikacji wszyscy powinni się cieszyć, iż taki raport w ogóle powstał - w innych krajach byłoby gorzej. Reżyser i na tę uwagę znajdzie celną ripostę w prawdziwych słowach senatora Johna McCaina. 

Intrygującym zabiegiem w Raporcie jest rozbicie narracji na dwie zasadnicze części - pierwsza z nich poświęcona jest odsłanianiu prawdy o wzmocnionych technikach przesłuchań, druga zaś politycznej batalii o opublikowanie dokumentu. Burnsowi udaje się znaleźć pomiędzy nimi odpowiednią równowagę i nie popadać przy tym w przesadę. Choć na ekranie obserwujemy tak odstręczające sceny, jak podtapianie czy bombardowanie więźniów heavymetalową muzyką (kapitalny kontrast w postaci użycia Beautiful People Marilyna Mansona), po seansie zostanie jednak z nami głównie tragikomiczny wymiar tej historii. Tak, są tu płomienne kwestie coraz mocniej zatracającego się w swoim raporcie Jonesa, ale wybrzmiewają one nie na forum publicznym, a w małych, ciasnych pomieszczeniach, w których słuchaczem jest najczęściej jedna osoba. Bezsensowne okrucieństwo, choć nie ma żadnej racji bytu, wciąż się panoszy - decydenci przerzucają się za nie odpowiedzialnością, jakby mechanizmy funkcjonowania państwa wymknęły się spod kontroli. Szkoda tylko, że w końcowym akcie Burnsowi spod kontroli wymyka się z kolei sam przekaz, często dryfujący w tej fazie filmu w stronę przypowiastki moralno-dydaktycznej, doprawionej jeszcze po napisach cytatem Jerzego Waszyngtona. Potencjał był olbrzymi, jednak narracyjne koleiny i scenariuszowe niedociągnięcia sprawiły, że branie się za bary z politycznymi machinacjami wyszło reżyserowi ledwie poprawnie. 

Adam Driver w roli głównego bohatera radzi sobie na ekranie naprawdę sprawnie, choć z całą pewnością nie jest to szczytowe osiągnięcie w jego zawodowej karierze. Momentami będziemy odnosić wrażenie, że w swoją postać wciela się jak zaprogramowany, tylko nieznacznie ubogacając własne emploi. Dużo lepiej jest w tych fragmentach, w których ma on za zadanie ukazać protagonistę jako trybik w całej politycznej machinie - Driver pozwala tu sobie na pewną dozę nonszalancji i frywolności. Aktorzy drugiego planu, z Bening i Hammem na czele, nie mają większej okazji do zaprezentowania swoich umiejętności; rolą ich postaci jest przede wszystkim dawanie kontrapunktu dla pracy Jonesa. Ogromna szkoda, że Burns zdecydował się okroić wątek bodajże najciekawszej postaci w tym filmie, Raymonda Nathana, znakomicie sportretowanego przez Tima Blake'a Nelsona. Jego bohater jest technikiem medycznym, który z konieczności bierze udział w przesłuchaniach - zastępuje prawdziwych lekarzy, odrzucanych z uwagi na złożoną przez nich przysięgę Hipokratesa. To właśnie oczami Nathana spoglądamy na pozbawiony celu rozgardiasz, w ramach którego ludzie niemający pojęcia o swoich zadaniach i tak je wykonują. Mało kto patrzy na to, że niektórzy w konsekwencji stracą życie. 

Raport to film, którego reżyser, Scott Z. Burns, próbuje kamuflować, że temat tortur CIA go nie przerósł. Bohaterowie deliberują więc w nieskończoność o prawdzie i kłamstwie, a kolejne informacje krążą przed widzem tak, jakby z ziemi podniósł je narracyjny huragan. Czasami ta sztuczka się reżyserowi udaje, jednak koniec końców niewątpliwy potencjał historii nie został w pełni wykorzystany. Jestem przekonany, że w całym kalejdoskopie produkcji traktujących o rozliczeniu się przez Amerykanów z wojną z terroryzmem ta z czasem zacznie tracić na znaczeniu. To kino poprawne, ale przy poddanej wcześniej takiej wiwisekcji tematyce powinniśmy oczekiwać czegoś więcej. Najpełniej Raport podsumowuje końcowa scena, w której główny bohater oddala się od widocznego w tle Kapitolu. Symbol potęgi, przebłysk amerykańskiej siły. Gdy zajrzymy jednak do środka i poznamy tamtejszych urzędników, będziemy chcieli odejść. Ktoś tu przecież zapomniał o człowieku. 

Źródło: Zdjęcie główne: Amazon Studios

Raport

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV