Przeczytaj w weekend

Roswell, w Nowym Meksyku: sezon 1, odcinki 2-4 – recenzja

Roswell, w Nowym Meksyku okazuje się serialem o niczym. Po 4 odcinkach wszystkie karty są na stole i trudno doszukać się pozytywów.

Ocena recenzenta:
1/10

Roswell, w Nowym Meksyku okazuje się serialem o niczym. Po 4 odcinkach wszystkie karty są na stole i trudno doszukać się pozytywów.

Adam Siennica

Adam Siennica

Roswell, New Mexico to przykład serialu skierowanego do bardzo wąskiego grona odbiorców. Mamy tutaj bowiem intrygującą otoczkę science fiction o kosmitach żyjących wśród nas, którą wielu pamięta z oryginalnego Roswell. Tam to jednak były ciekawe pomysły fabularne i historia, która angażowała emocjonalnie i po prostu była interesująca. Po czterech odcinkach nowej wersji stwierdzam, że tutaj nie ma nic. Ani ciekawej fabuły, ani pomysłu, ani emocjonujących konfliktów, uczucia zagrożenia czy tego wszystkiego, co byśmy oczekiwali po tego typu serialach. Jest bowiem rzecz skierowana do wielbicieli oper mydlanych najgorszego rodzaju, bo najważniejsze dla twórców są wszelkie figury geometryczne relacji miłosnych, a nie historia, która ma mieć sens i serce. Można mówić, że to w sumie powinno być skierowane do nastolatków, ale mam wątpliwości, czy tak banalne i głupie ukazanie relacji międzyludzkich nie jest dla nich obrazą.

Okazuje się, że tajemnicą sezonu jest śmierć Rosy, siostry Liv, czyli głównej bohaterki. Brzmi atrakcyjnie? Nie i takie też nie jest. Oto wątek, który nie ma w sobie ani fajnej tajemnicy, ani jakiegoś pomysłu, a jego odkrywanie przypomina patrzenie w piekarnik na ciasto, które zaraz zostanie zakalcem. Twórcy ani nie potrafią przykuć uwagi, ani pogłębiać tej otoczki niedopowiedzeń w trakcie śledztwa w sprawie Rosy. Problem też polega na tym, że obok tego nie mamy żadnego innego wątku. Żołnierz polujący na kosmitów snuje się w tle i nie ma żadnego znaczenia. Patrzy groźnie i nie lubi syna homoseksualisty. Nic więcej nie ma do powiedzenia o tej postaci.

Cały kłopot tego serialu polega na tym, że to, co powinno być najważniejsze, czyli konflikt z wojskiem, odkrywanie, że są inni kosmici (twórcy coś takiego sugerowali) i śledztwo w sprawie Rosy jest tylko tłem. Czasem wręcz niezauważalnym, bo cały czas przytłacza nas cała seria romantycznych wątków, które ani uczucia, ani romansu w sobie za grosz nie mają. Najgorszy jest oczywiście Max i Liv, który powinien być sercem serialu, a jest jego gagiem. Ten moment, gdy Liv stwierdza, że jest naukowcem (notabene twórcy bardzo często bohaterce każą to powtarzać, abyśmy może uwierzyli...) i musi odkryć, czy Max zabił jej siostrę, wywołuje pokłady niezamierzonego śmiechu. Liv staje się postacią niezmiernie pustą, która nie ma żadnej osobowości, charakteru, a jej totalne niezdecydowanie i głupie decyzje jedynie stają się irytujące. Dialogi pomiędzy nimi, zwłaszcza końcowe, i fatalnie inscenizowania scena z 4. odcinka mogłyby zawstydzić scenarzystów Mody na sukces. To taki moment, gdy wszystko przypomina fanfika, w którym nastolatka opisuje swoje marzenia i wyobrażenia miłości, które docelowo nie mają żadnego sensu. A wszystkie odcinki wypełniają tylko takie wątki - a to brat Maxa romansuje z żołnierzem i mota się, że raz chce, raz nie, a to koleżanka Maxa kocha go, ale on jej nie kocha, bo kocha Liv, która kocha Kyle'a, ale on nie kocha Maxa, którego kocha platonicznie jego siostra i przez to ma problemy małżeńskie. W taki pokrętny sposób można opowiedzieć o tym, jaki ten serial jest i jak bardzo jest to złe.

Trudno mi doszukać się w tym serialu czegoś pozytywnego. Po 4 odcinkach jest tak naprawdę coraz gorzej, bo i aktorzy wyraźnie nie odnajdują się w tej konwencji, ciesząc się jedynie z ciepłej posadki, dającej wikt i opierunek. Serial momentami przypomina to, o czym wspominałem w recenzji pilota: najgorsze momenty Pamiętników wampirów przerobione pod kosmitów. A problem jest taki, że nawet tam były sceny ciekawsze i czasem ktoś zdawał sobie sprawę, że romanse nie są kluczem, a tutaj jest popadnięcie w totalną skrajność.

Roswell, w Nowym Meksyku to serial fatalny pod kątem scenariuszowym, realizacyjnym, który jest całkowicie wyprany z emocji, sensu i kreatywności. Aktorzy robią, co mogą, i nawet mogą wzbudzać sympatię, ale koniec końców trudno doszukać się w Roswell czegokolwiek, co można byłoby podciągnąć do: to tak złe, że aż fajne. Nie ma to żadnych znamion guilty pleasure.

Roswell, w Nowym Meksyku

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV