Menu

Recenzja książki: Sherlock Holmes. Crime Alleys. Pierwsza sprawa

Ocena recenzenta:5/10

Sherlock Holmes. Crime Alleys. Pierwsza sprawa – recenzja komiksu

Rok 1876. W Londynie dochodzi do serii porwań wybitnych osobistości. Jedyną nadzieją na rozwiązanie tajemnicy jest początkujący detektyw, Sherlock Holmes.

Klasyczni bohaterowie literaccy mogą być zarówno zbawieniem jak i przekleństwem autorów. Obsadzenie w swoim dziele popularnej postaci pozwala zainteresować dziełem jej fanów, a co za tym idzie – sprzedać więcej kopii utworu. Z drugiej strony, ślepe podążanie za oryginalnym twórcą może doprowadzić do znudzenia odbiorcy i zarzutów szukania łatwego zarobku.

Bohaterem najczęściej goszczącym na kartach takich apokryfów jest Sherlock Holmes. Swoją wszechobecnością pokonał nawet króla Artura. Nie licząc dzieł Artura Conan Doyle’a, najsłynniejszy detektyw świata pojawił się w ponad 70 opowiadaniach, blisko setce filmów i seriali oraz kilkudziesięciu grach planszowych i komputerowych. Przy tak wielu interpretacjach potrzebny jest oryginalny pomysł, który odróżni nową wersję od poprzednich. Guy Ritchie zrobił z Holmesa bohatera kina akcji. Gatiss i Moffat przenieśli go w czasy współczesne i uzbroili w smartfona. Co natomiast zrobił francuski pisarz Sylvain Cordurié?

Crime Alleys przedstawia młodego Sherlocka Holmesa, który dopiero zaczyna karierę detektywa. Nie pojawia się doktor Watson, przedstawicielem Scotland Yardu nie jest inspektor Lestrade, tylko przyjaciel Holmesa imieniem Colin, a sam bohater mieszka w kamienicy przy Old Wrighten zamiast przy Baker Street. Co te zmiany wnoszą do fabuły? Jak można się domyśleć, niewiele.

Czytając kolejne sceny, trudno pozbyć się wrażenia, że zamiast zaplanować opowieść, Cordurié korzystał z „listy wymagań”, nie chcąc oddalić się ani na krok od pierwowzoru. Demonstracja zdolności dedukcji na losowych przechodniach? Scena, w której detektyw krytykuje niekompetencję policji? Holmes niezainteresowany sprawami codziennymi? Holmes nieznoszący nudy? Wszystko to znalazło się w pierwszym zeszycie Crime Alleys.

Początkowe sceny zawiązujące akcję robią wrażenie. Bezimienny mężczyzna budzi się w tajemniczym lochu. Podczas próby ucieczki wpada w ręce oprawców. Za zamkniętymi drzwiami słychać krzyk. Akcja przenosi się do Londyńskiego pubu, gdzie Sherlock Holmes słucha koncertu skrzypka Rona Jantschera. Cordurié w mistrzowski sposób odwzorował charakter książkowego detektywa. Dialog w pubie zapowiada solidny kryminał w stylu Arthura Conan Doyle’a. Niestety, udany wstęp nie wystarcza.

Fabuła dość szybko traci tempo i dzieli się na dwa wątki – Holmesa i złoczyńców. Profesor Moriarty i jego ludzie nie wzbudzają zainteresowania, a ich wewnętrzne konflikty nie prowadzą do niczego poza zapełnieniem kilkunastu stron komiksu. Wątek Sherlocka niestety nie jest lepszy. Detektyw połowę zeszytu spędza bezczynnie, a kiedy wpada na przełomowy trop w sprawie, dzieje się to bardziej przypadkowo niż w wyniku błyskotliwego dochodzenia. Taki sposób prowadzenia fabuły sprawia, że intrygujące zakończenie traci na uroku i nie daje satysfakcji. Mimo to, końcowy zwrot akcji sprawia, że chce się poznać zapowiedziane na sierpień zakończenie opowieści.

Lektura Crime Alleys byłaby przyjemniejsza, gdyby dialogi utrzymały początkowy poziom do końca zeszytu. Niestety, na tym polu komiks jest bardzo nierówny. Między charyzmatycznymi monologami Sherlocka pojawiają się takie kwiatki jak „Wierzy pan w naukę, panie Holmes? Bo ja otaczam ją kultem”. Może to kwestia tłumaczenia? Pojawia się również scena, w której rozmówcy bez wyraźnej przyczyny kilkukrotnie zmieniają swoje poglądy na sytuację o 180 stopni.

Sherlock Holmes. Crime Alleys. Pierwsza sprawa - okładka
Źródło: Egmont

Całość ratuje szata graficzna. Londyn na rysunkach Alessandro Nespolino jest brudny i niebezpieczny. Na każdej stronie czytelnik czuje, że wchodzi w autentyczny świat wiktoriańskiej Anglii. Rysunki osób rzadko ustępują tłom. Nawet nic nie znaczący statysta jest pieczołowicie narysowany. Widać, że Nespolino poświęcił dużo wysiłku na dopracowanie detali strojów i wyposażenia postaci zgodnie z epoką. Szczególnie robi to wrażenie podczas scen w zatłoczonym pubie i na ulicach, gdzie każdy przechodzień ma inny kostium. Sceny akcji są dynamiczne i proste do odczytania. Nie ma chwil, w których czytelnik mógłby się pogubić.

Pierwszy tom Crime Alleys to dziwny utwór. Klimat Londynu jest zmarnowany przez nudnych bohaterów i fabułę, która rozwija się zdecydowanie za wolno. Komiksowi pomogłoby też chociaż lekkie odejście od stylu Doyle’a. Zakończenie albumu sugeruje, że właśnie tego można się spodziewać po następnej odsłonie serii, ale dlaczego nie można było tak zacząć od razu? Niestety, w tym momencie Crime Alleys nie zapowiada się na ciekawą pozycję wśród licznych dzieł o najlepszym detektywie świata.

Źródło: fot. Egmont
Przejdź do komentarzy (0)
Komentarze