Star Trek: Discovery: sezon 2, odcinek 11 – recenzja

Star Trek: Discovery z kolejnym odcinkiem powiela wszelkie błędy tego sezonu, dodając kolejne. Intencje dobre, ale niektóre zabiegi fabularne wołają o pomstę do nieba.

Ocena recenzenta:
4/10

Star Trek: Discovery z kolejnym odcinkiem powiela wszelkie błędy tego sezonu, dodając kolejne. Intencje dobre, ale niektóre zabiegi fabularne wołają o pomstę do nieba.

Adam Siennica

Adam Siennica

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Star Trek: Discovery bardzo szybko wraca do największego problemu tego serialu: Michael Burnham. Twórcy nawet nie kryją zadufania bohaterki, która myśli, że jest ponad wszelkimi prawami i zasadami Gwiezdnej Floty. Szkoda tylko, że nie pociąga to za sobą konsekwencji w czasie jej służby, tak jak to miało miejsce w pierwszym sezonie z buntem. Być może to wynika z tego wątku? Koniec końców wróciła do łask i jest na pierwszym planie na pokładzie Discovery, więc podświadomie postać może sądzić, że jest bezkarna. Bo jak inaczej tłumaczyć kuriozalne przeciwstawianie się rozkazom kapitana Pike'a? I jeszcze wmawianie, że jej prawo córki jest ważniejsze od zasad Gwiezdnej Floty, w której służy? Kolejne popisy niesubordynacji Burnham sprawiają, że trudno to wszystko traktować serio i przymykać oko na tego typu błędy.

Michael to główna bohaterka tego serialu i zarazem jego największy problem. Pamiętam, jak mówiono, że tym razem centralną postacią nie będzie kapitan statku i w porządku, ale to poszło w totalną skrajność. Jeśli mnie pamięć nie myli, w żadnym z seriali Star Trek, pomimo jednej najważniejszej postaci, scenarzyści nie pokusili się o zrobienie z niej centrum wszechświata i lekarstwa na każdą dolegliwość oraz problem. A tak przecież jest po raz kolejny w tym odcinku, gdzie to z jej strony wychodzi rozwiązanie zagadnienia i jego realizacja. Sytuacji też nie ratuje jej spotkanie z matką, które najpewniej w intencjach miało być emocjonalne i poruszające, a jest sztampowe i kiczowate. Nie przekonują mnie zaprezentowane na ekranie emocje, nie kupuję ich i nie trafiają do mnie. Wyznanie matki na tym etapie odcinka stało się pasmem oczywistości. Aż zanadto widać, że twórcy nie mają pomysłu, by wyjść ponad fabularne klisze.

I tak największym absurdem i niedorzecznością odcinka jest postać Lelanda, którego przejmuje sztuczna inteligencja. W pięć minut zrobiła z niego niezniszczalnego terminatora bez najmniejszego fabularnego usprawiedliwienia i krzty wiarygodności. Trudno w to wszystko uwierzyć, gdy scenarzyści idą na skróty i liczą, że widzowie w to uwierzą, bo tak. Bez powodu. A przez to budowa dramaturgi kulminacyjnego etapu odcinka kompletnie nie działa i gdyby nie po raz kolejny charyzma i sensowna rola Georgiu, trudno byłoby dostrzec w tym jakąkolwiek zaletę. Oczywiście to wszystko kojarzy się z jakąś dziwaczną genezę Borgów... problem w tym, że na tym etapie trudno o zainteresowanie, gdy scenarzyści budują historię po linii najmniejszego oporu. Obojętność wobec losów bohaterów jest aż nadto odczuwalna.

Nie powiem - Star Trek: Discovery, pomimo coraz zatrważających wad i niedopracowań, ogląda się całkiem przyzwoicie i lekko. Z pozytywów nadal przekonuje mnie rozwój relacji Spocka z Michael. Twórcy dali sobie czas, by stopniowo budować tę wieź i ona ma swoją wiarygodność na poziomie emocjonalnym. Nawet w tej jednej scenie, gdy Spock przychodzi pograć z siostrą. Niby nie padają oczekiwane słowa, ale taki gest mówi bardzo dużo.

Star Trek: Discovery ma przed sobą kilka odcinków do końca sezonu. Trudno znaleźć jakieś światełko w tunelu, by odwrócić fatalne decyzje i dziwne pomysły. Mimo wszystko jestem ciekaw, czym to zakończą i obawiam się, nauczony doświadczeniem tej serii, że może to wszystko być nie takie, jakbyśmy wszyscy chcieli.

Źródło: zdjęcie główne: Steve Wilkie/CBS

Star Trek: Discovery

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV