Supergirl: sezon 5, odcinek 1 - recenzja

Supergirl w pierwszej scenie 5. sezonu wyrżnęła i odbiła się od autobusu. Mogłaby tam zostać, skoro premierowy odcinek staje się dla widza katorgą.

Ocena recenzenta:
3/10

Supergirl w pierwszej scenie 5. sezonu wyrżnęła i odbiła się od autobusu. Mogłaby tam zostać, skoro premierowy odcinek staje się dla widza katorgą.

Piotr Piskozub

Piotr Piskozub

Tagi:  the cw 
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Supergirl wróciła po kilkumiesięcznej przerwie; jeśli sam siebie zapytasz, po co, to po pierwszym odcinku 5. sezonu nie znajdziesz odpowiedzi. Event Horizon dla Dziewczyny ze Stali staje się jednym z najgorszych dotychczasowych otwarć - wygląda na to, że zgodnie z zapewnieniami twórców osią fabularną właśnie rozpoczętej odsłony serii okaże się fakt, iż Lena jest sakramencko wpieniona postawą Kary i kamuflowaniem przez nią swojej prawdziwej tożsamości. Niewiasty będą drzeć koty, tytułowa bohaterka ma nową fryzurę i w dodatku dziurawą pelerynę z krótką spódniczką zamienia na spodnie, Alex odnalazła kolejną partnerkę, a CatCo przejęła Andrea Rojas, która chce przeobrazić firmę w fabrykę clickbaitów. Nawet jeśli na papierze dzieje się sporo, to ślimacze tempo akcji i chaotyczna narracja odbiorą nam jakąkolwiek przyjemność z seansu. Odpowiedzialni za produkcję nadal nie próbują ukrywać, że ustami bohaterów będą politykować - w poprzednim sezonie co prawda rozliczono się z uosabiającym Donalda Trumpa prezydentem Bakerem, jednak kilka pytań o kondycję społeczeństwa trzeba jakość w scenariusz wepchnąć. Nic się w tym serialu nie zmieniło; gorzej tylko, że o ile dawniej do fabularnych konstrukcji całych sezonów próbowano podejść z rozmachem, to tym razem od początku uderza się w widza łopatą i zamienia go w półgłówka. 

Fabularną anemię najlepiej obrazuje sekwencja otwierająca - Supergirl dostaje bęcki od Leny i w ramach CGI na modłę lat 80. uderza o autobus. Padła Dziewczyna ze Stali i powstać nie powinna. Sęk w tym, że mamy tu do czynienia jedynie z wirtualną symulacją, a najlepszym przyjacielem panny Luthor stał się coraz inteligentniejszy program komputerowy. To mu można zwierzyć się z tego, że Kara to mordeczka urokliwa, ale zdradziecka. Danvers przez cały odcinek próbuje zresztą wytłumaczyć swojej przyjaciółce, dlaczego systematycznie robiła ją w bambuko; scena, w której ostatecznie to wyjawi, woła o pomstę do nieba. Kobiety zalewają się łzami, trzęsą się, lada moment zejdą na zawał. Teoretycznie się godzą, lecz Lena nie da sobą pomiatać i komputerowemu powiernikowi tajemnic przedstawi swój plan na pogrążenie superbohaterki. Trudno zrozumieć motywacje obu stron - przypomina to raczej potyczkę dziewczynek z przedszkola. Myślicie, że na drugim biegunie tego wątku sprawa wygląda lepiej? W żadnym wypadku; tam - dosłownie i w przenośni - rządzi... czarna dziura. 

Skoro już Lena przechadza się po National City w stanie permanentnego rozdrażnienia, to nic dziwnego, że sprzedaje CatCo Andrei Rojas - ta ostatnia z miejsca zaczyna ustawiać Jamesa i jego wesołą gromadkę po kątach, od razu nadając sobie samej funkcję redaktor naczelnej. Olsen odchodzi, ponieważ media muszą być wolne; o tej podstawie demokracji usłyszymy z ekranu kilkukrotnie, żeby przypadkiem nie znalazła się osoba, która nie zrozumie. Sfera społeczno-polityczna znów wybrzmiewa w tej produkcji siermiężnie, jakby za jej serialowy kształt odpowiadali absolwenci demokratycznej piaskownicy. W sferze emocjonalnej jest nawet gorzej; nowe pary tworzą Alex i siostra Jamesa, Kelly, jak również Brainy i Nia Nal. Pierwsze bujają w obłokach, drugi związek zmaga się z największym dylematem w dziejach ludzkości - czy na powitanie dobry jest pocałunek, czy jednak wystarczy podać sobie dłonie. Do tego wszystkiego dodajmy jeszcze odstręczające efekty specjalne, w ramach których na ekranie podejmuje się próbę ukazania walki z dinozaurem albo międzywymiarowego portalu w swojej bieda-wersji. To z niego wychodzi antagonistka Midnight, która tworzy na naszej planecie... czarną dziurę. Jaka szkoda, że nie wpadną w nią scenarzyści. Koniec końców pojmiemy, że za sprowadzenie na Ziemię uwięzionej w Strefie Widmo przestępczyni odpowiada brat J'onna, Malefic - sami przyznajcie, że to dobre imię dla kota. 

Co tu dużo mówić, jest źle, a przecież my dopiero wkroczyliśmy w kolejną odsłonę serii. Supergirl znów razi swoją niemocą i fabularną indolencją, twórcy sięgają po te same narracyjne schematy, a pozbawione większego znaczenia pogadanki raz jeszcze przesłaniają jakiekolwiek potencjalne zwroty akcji. Najgorsze może być to, że jeśli konflikt Dziewczyny ze Stali i Leny Luthor faktycznie okaże się podstawą całego sezonu, to możemy nie napotkać już na żadne ekranowe fajerwerki w postaci umiejętnego czerpania z bogatego uniwersum komiksów DC czy zapadających w pamięć gościnnych występów, jak ten zeszłoroczny Jona Cryera. Na tym etapie dla autorów produkcji znacznie ważniejsze jest wysyłanie de facto ograbionego z sedna przekazu, który ma być kolejną toporną lekcją o demokracji. Zamach na wolność mediów, zagrożenia związane ze sposobem funkcjonowania sieci - w National City zaroiło się przecież od mieszkańców, którzy za pomocą specjalnych soczewek łączą się ze światem wirtualnym, na razie tylko po to, by zamówić sobie bajgla. Jestem jednak przekonany, że te soczewki staną się obiektem pożądania widzów; mogłyby przecież symulować rzeczywistość, w której serial Supergirl nie istnieje...

Źródło: Zdjęcie główne: The CW

Supergirl

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV