The Irishman [The New York Film Festival 2019] - recenzja filmu

Czekaliśmy na ten film od 2007 roku, kiedy to po raz pierwszy Scorsese zapowiedział, że chciałby zrealizować ten projekt z De Niro, Pacino i Pescim. Dwanaście lat minęło i w końcu możemy zapoznać się z tym projektem. Czy warto było czekać? Przeczytajcie naszą recenzję.

Ocena recenzenta:
9/10

Czekaliśmy na ten film od 2007 roku, kiedy to po raz pierwszy Scorsese zapowiedział, że chciałby zrealizować ten projekt z De Niro, Pacino i Pescim. Dwanaście lat minęło i w końcu możemy zapoznać się z tym projektem. Czy warto było czekać? Przeczytajcie naszą recenzję.

Widzowie kochają opowieści gangsterskie oparte na faktach. Martin Scorsese dobrze o tym wie. Od dawna serwuje produkcje mające na celu przybliżenie nam przestępczego świata minionej dekady. Jak nie w Chłopcach z ferajny, to w Kasynie.Przy czym stara się zawsze pokazać gangsterów jako ludzi z zasadami, działających wedle określonego kodeksu, którzy czasami są zmuszani do podejmowania drastycznych decyzji. Najważniejsza jest dla nich rodzina, a do niej zaliczają się osoby najbliższe. I nie mówimy tu wyłącznie o żonie i dzieciach. Przyjaciele też do tego bliskiego kręgu należą. Niestety, czasami z pewnymi członkami rodziny trzeba się rozstać, gdy ci zaczynają stwarzać problemy. Tak samo jest w tym przypadu. The Irishman został oparty na książce Słyszałem, że malujesz dom... autorstwa Charlesa Brandta. Jest to pewnego rodzaju spowiedź Franka Sheerana (Robert De Niro), weterana II wojny światowej i cyngla filadelskiej mafii. Zresztą Scorsese pozostawił książkowy charakter w swojej produkcji, co objawia się tym, że większość informacji widz dostaje z offu, dzięki opowieści głównego bohatera. Wprowadza on nas w swoje życie i opisuje nawet te wydarzenia, które nie zostały przedstawione na ekranie. Wszystko po to, byśmy odnaleźli się w przestępczym świecie minionej dekady, w którym każda z osób przedstawionych ma znaczenie. Nawet taka, która pojawia się w historii Franka jedynie na chwilę. Nie jest to opowieść ani nudna ani bardzo mroczna. Ma wiele zabawnych momentów i genialnie napisane dialogi. Trup ściele się gęsto, ale reżyser zrezygnował z długich przemów i tłumaczenia ofierze, czemu musi zginąć. Sprawa jest postawiona prosto, stał się obciążeniem, to musi zniknąć.

Frank ma nam dużo do powiedzenia. Był świadkiem wielu istotnych wydarzeń. W strukturze mafijnej jest od dawna. Jako bliski współpracownik Angelo Bruno (Harvey Keitel) i Russella Bufalino (Joe Pesci), najważniejszych szefów mafii w Philadelphii oraz jako jeden z najlepszych przyjaciół Jimmy’ego Hoffy (Al Pacino), legendarnego prezydenta największego związku zawodowego w USA, był blisko wszystkich najważniejszych wydarzeń.

Jednak w The Irishman główny wątek samej historii jest drugorzędny. Reżyser stara nam się ukazać, że życie gangstera nie jest usłane różami. Władza szybko korumpuje i psuje ludzi. Zapominają oni o zasadach, jakie powinny obowiązywać w biznesie. Stają się coraz bardziej chciwi, co odbiera im możliwość racjonalnego myślenia. Inni tak są oddani swojej „pracy”, że zaniedbują rodzinę. Twierdzą, że to co robią, robią dla nich, tyle że w domu są bardziej gośćmi niż mieszkańcami, dlatego właśnie szybko przyjaciele stają się dla nich odpowiednikiem rodziny. Jest to najlepiej widocznie we włoskiej strukturze mafii, gdzie dodatkowo każdy z każdym jest w jakimś stopniu spokrewniony.

The Irishman stara się odpowiedzieć na pytanie: „Co stało się z Jimmym Hoffą?”. Ukazuje także Stany Zjednoczone w latach 60. jako państwo, w którym rządziła mafia. To ona wyznaczała kierunek, w który zmierzał kraj. Wybierała prezydentów, czerpała profity praktycznie z każdego biznesu. I to nie tylko w Stanach, ale również na Kubie, rządzonej przez Fidela Castro, miała swoje dobrze prosperujące biznesy. Ta ballada prowadzona przez Franka Sheerana to świetna lekcja historii, jakiej w szkole żaden nauczyciel nie chciałby swoim uczniom przybliżyć. Pokazuje ona bowiem te mroczniejsze karty historii.

Bez dyskusji ta produkcja opiera się na dwóch znakomitych rolach: Roberta De Niro i Ala Pacino. Dawno nie widziałem obu panów w tak znakomitej formie. Pierwszy ostatnio grał w średnich komediach, drugi też nie zachwycał w drugoklasowych thrillerach. Jednak pod okiem Scorsese obaj udowadniają, że nie stracili talentu tylko albo projekty, które były im oferowane były słabe, albo reżyserzy nie wykorzystali ich potencjału. Jednak pod okiem mistrza obaj znów błyszczą. Trudno mi jednoznacznie ocenić, który jest lepszy. Pacino jako Hoffa kradnie każdą scenę, w jakiej występuje. Gdy tylko pojawia się na ekranie od razu przyciąga naszą uwagę. De Niro za to nareszcie wzbudza w widzach emocje swoją grą. Bardzo szybko, grany przez niego Frank, zyskuje naszą sympatię. Kibicujemy mu, dostrzegając w nim szlachetność. Jest to przedstawiciel starej szkoły, który kieruje się  w życiu prostymi zasadami i do końca życia się ich trzyma.

W tej opowieści Scorsese mafiosi zostają przedstawieni w trochę bardziej przychylny sposób niż w poprzednich filmach. Nie są to socjopaci, którzy wolne chwile spędzają na zażywaniu narkotyków, biciu kobiet i zdradzaniu żon. Jak już wspomniałem są to goście trzymający się swojego kodeksu, według którego najważniejsza jest rodzina, ale by ją utrzymać zajmują się mało legalnym biznesem. Zabójstwo to ostateczne rozwiązanie. Najpierw wszyscy chcą się dogadać. Wojna źle wpływa na biznes, a nikt przecież nie chce liczyć strat. Nawet Hoffa, który w rzeczywistości był nieobliczalnym karierowiczem w wykonaniu Pacino jest bardzo przyjaznym, choć wciąż bardzo energetycznym gościem. Podoba mi się też podejście Scorsese do Pesciego, który tym razem jako boss jest osobą spokojną, wyważoną, a nie narwaną jak w innych filmach. I powiem szczerze, bardzo lubię taką wersję tego aktora.

Przez 209 minut obejrzymy praktycznie wszystkie istotniejsze wydarzenia z życia Franka. Od momentu, gdy jako młody chłopak walczył z nazistami w II wojnie światowej we Włoszech, do momentu gdy jako staruszek siedzi w domu opieki społecznej. Historia jest tak umiejętnie poprowadzona, że kompletnie nie czuć tych ponad trzech godzin seansu. Obawiałem się, że fragmenty, w których De Niro zostanie komputerowo odmłodzony będą sztuczne i po mimice twarzy będzie widać, że twórcy posiłkują się komputerową animacją, jednak ku mojemu zdziwieniu jest ona praktycznie niewyczuwalna. Specom od efektów specjalnych udało się odmłodzić większość aktorów w bardzo wiarygodny sposób.

The Irishman to moim zdaniem jeden z najlepszych filmów, jakie wyszły spod ręki Scorsese. Jestem przekonany, że ten obraz zawalczy o Oscary i na pewno jakieś zgarnie. Al Pacino ma ogromną szansę na statuetkę za drugoplanową rolę męską. I mam nadzieję, że ją dostanie, bo na nią zasługuje.

Źródło: zdjęcie główne: Netflix

Irlandczyk

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV