Virgin River – sezon 1 – recenzja

Pewnie mało kto słyszał o tej produkcji, gdy odliczamy dni do Wiedźmina czy następnych filmów świątecznych. Virgin River wszedł cicho na Netflixa, jednak szkoda, by nikt o nim nie usłyszał. To przyjemna historia z pięknymi krajobrazami w tle.

Ocena recenzenta:
7/10

Pewnie mało kto słyszał o tej produkcji, gdy odliczamy dni do Wiedźmina czy następnych filmów świątecznych. Virgin River wszedł cicho na Netflixa, jednak szkoda, by nikt o nim nie usłyszał. To przyjemna historia z pięknymi krajobrazami w tle.

Główną bohaterką Virgin River jest Mel Monroe, pielęgniarka i położna, która próbuje uciec od swojej dramatycznej przeszłości, zaczynając życie na nowo. Niestety, po przybyciu do miasteczka Virgin River nic nie okazuje się takie, jak jej obiecano – dom, w którym miała mieszkać, przypomina ruderę. Lekarz, Vernon Mullins, z którym miała współpracować, wcale jej nie chce. Za to burmistrz miasteczka, Hope, rozkłada ręce. Na szczęście Mel może liczyć na pomoc przystojnego właściciela baru, Jacka, a także wsparcie telefoniczne swojej siostry, Joey, która marzy, by ta wróciła do domu, Los Angeles.

Jeśli wpiszecie w wyszukiwarkę Virgin River od razu pojawią wam się informację, jak to Netflix po sukcesach swoich komedii romantycznych stworzył w końcu wersję serialową. I trochę tych komentarzy nie rozumiem. Oczywiście, już po przeczytaniu opisu już raczej każdy domyśla się, kto, kogo i dlaczego. Tyle, że całe te wątki miłosne są tak naprawdę tłem całej historii. Tak naprawdę Virgin River bliżej jest serialowi obyczajowemu, o ludziach, którzy swoje w życiu przeszli i szukają nadziei na lepsze jutro.

Nadziei szuka Mel, że uda jej się wyjść z traumy i być kimś więcej niż osobą w żałobie za starym życiem. Nadziei szuka Jack, weteran wojenny cierpiący na stres pourazowy, który próbuje pomóc wszystkim, przez co zapomina o sobie. Nadziei szukają Vernon i Hope, choć ukrywają to za maską odpowiednio cynizmu i dziwaczności. Nadzieję dzięki temu dostają również widzowie, że gdzieś to lepsze jutro jest.

Przez to wszystko najlepiej mi porównać Virgin River do Doktor Hart, choć może nie jest tak przesłodzony. Całkiem niezłym porównaniem może być również Tacy jesteśmy – w końcu łączy te dwa seriale trochę więcej niż główna aktorka Alexandra Breckenridge – jednak poziomem, Virgin River jest daleko za hitem NBC. Najchętniej wstawiłabym ten serial pomiędzy pozostałymi dwoma i poleciła wszystkim, którzy lubią obyczajówki, niosące za sobą szansę na lepsze jutro.

A co dokładnie działa w tym serialu? Niestety, dokładnie to samo, co nie działa. Jednak zacznijmy od początku – sama fabuła jest skoncentrowana na Mel i poznawaniu przez nią coraz większej liczby mieszkańców Virgin River. W większości odcinków na pielęgniarkę czeka również jakieś zadanie medyczne do wykonania. I tu nie można mieć większych zastrzeżeń, wszystkie postaci są ze sobą ładnie powiązane i charakterystyczne. Również ich wątki są prowadzone całkiem konsekwentnie. Problem jest taki, że tych postaci jest po prostu za dużo, przez co pojawiają się i znikają co jakiś czas. Oczywiście, oglądając cały sezon przez jeden wieczór nie czuć tego tak strasznie. Jednak jeśli nie mamy tyle czasu, to gubienie wątków może być męczące. Zwłaszcza że niektóre motywy dzieją się jak i się nie dzieją – przez dziesięć odcinków wiemy, że jeden z pomocników Jacka, Brady, sprawia kłopoty. Jednak widzimy to tak naprawdę tylko na początku (gdy jest sugestia, że okrada szefa) i na samym końcu, gdy podejmuje pewne decyzje. Pomiędzy tym – smętnie porusza się po barze i ma spięcia z innym bohaterem, jednak trudno zrozumieć dlaczego. Średnio również pracuje w tym wszystkim wątek zupełnie innej bohaterki, Paige, samotnej matki. Choć od początku jest sugerowane, że coś jest z nią nie tak, a widz szybko domyśla się, o co może chodzić, jej wątek rozwleka się i znika czasem. O siostrze Mel, Joey, już w ogóle lepiej nie wspominać, bo to co robią z wątkiem tej postaci, woła o pomstę do nieba. Rozumiem, że twórcy może chcieli wszystkie zwroty akcji zostawić na koniec, jednak przez to niektóre rzeczy zwyczajnie się wleką. I to za długo.

Co do bohaterów, ich również czasem trudno zrozumieć. Tak jak w Doktor Hart każda postać zdobywała sympatię, a w Tacy jesteśmyłatwo zrozumieć, czemu niektórzy mają trudny charakter czy dziwnie się zachowują – tu to czasem zgrzyta. Przez co ciężko, żeby w niektórych momentach i widzowie nie zgrzytali zębami. Zwłaszcza chodzi tu o Mel czy Hope – ciężko czasem zrozumieć, dlaczego zachowują się w tak niesympatyczny sposób. Zwłaszcza przy tej drugiej miałam wrażenie, że twórcy nie są w stanie zdecydować się co do jej charakteru. Co prawda z każdym odcinkiem idzie im coraz lepiej, jednak początki mogą być trudne. Oprócz tego, nie mam żadnych uwag. Bohaterowie mają swoje wady i zalety, za które można ich polubić i zrozumieć. A to bardzo ważne w takiej historii,  gdzie oglądamy następny odcinek tylko dla nich.

Aktorsko jest dobrze. Annette O’Toole, która grała między innymi Marthę Kent w Tajemnicach Smallville jest co prawda nie do poznania (ale ten czas leci…), ale świetnie sobie radzi z każdymi wybrykami swojej bohaterki, Hope. Tim Matheson przyzwyczaił się już również do grania wrednych zgredów z tak naprawdę dobrą duszą i zaaklimatyzował się w tym serialu tak dobrze jak w Doktor Hart.  Co prawda, Martin Henderson radzi sobie lepiej  w scenach z Virgin River niż tych z Iraku, jednak wszyscy jesteśmy w stanie uwierzyć, że to dobry gość. Jenny Cooper, czyli siostra głównej bohaterki, mało ma na początku do zagrania i jej telefony są dosyć irytujące, jednak im więcej ma czasu ekranowego, tym lepiej. Trochę bladziej przy tym wszystkim wypada Alexandra Breckenridge, która co prawda jest przeurocza na ekranie, a jej uśmiech od razu pokochałam, jednak czasem jej sposób gry jest trochę sztuczny. Zdarzyło się to co prawda tylko kilka razy, ale zdarzyło. Reszta aktorów radzi sobie dobrze, również jeden aktor dziecięcy, grający syna Paige, nie zawodzi. Gorzej niestety z aktorkami grającymi młode Joey i Mel. Dobrze, że wystąpiły tylko w kilku scenach, bo to co prezentowały, było okropne i przesłodzone.

Virgin River jest przyjemnym serialem, choć z wieloma problemami ze strony technicznej. Jednak spędzenie czasu w tym małym miasteczku to na pewno nie będzie strata czasu, a przyjemna przygoda. Zwłaszcza dla osób tęskniących za takimi serialami obyczajowymi jak Doktor QuinnTacy jesteśmy czy Doktor Hart. Ja polecam, choć mam również nadzieję, że następny sezon, który, jak głoszą plotki, ma powstać, naprawi błędy pierwszego.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Virgin River

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV