Watchmen: sezon 1, odcinek 5 - recenzja

Na pierwszym planie nowego odcinka Watchmen znajdują się tym razem Zwierciadło, wielka kałamarnica i Adrian Veidt. Mimo że na ekranie dzieje się naprawdę dużo, nie ulega wątpliwości, że prawdziwym głównym bohaterem serialu jest jego twórca - Damon Lindelof.

Ocena recenzenta:
8/10

Na pierwszym planie nowego odcinka Watchmen znajdują się tym razem Zwierciadło, wielka kałamarnica i Adrian Veidt. Mimo że na ekranie dzieje się naprawdę dużo, nie ulega wątpliwości, że prawdziwym głównym bohaterem serialu jest jego twórca - Damon Lindelof.

Wiktor Fisz
Wiktor Fisz
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Słynny showrunner, scenarzysta i producent przeszedł długą drogę, odkąd nadzorował pracę nad słynnymi Zagubionymi. W Watchmen jego styl jest już dużo bardziej precyzyjny, rozpoznawalny i autorski, niż wtedy, gdy zaczynał. Mimo to prawie na każdym kroku widać motywy charakterystyczne dla wcześniejszych dzieł autora. Weźmy chociażby pokłosie materializacji kałamarnicy z Watchmen i porównajmy je do wielkiego zniknięcia ludzi z Pozostawionych. W obu serialach padają nawet podobne wypowiedzi o społeczeństwie, które żyje jakby nigdy nic, po niewytłumaczalnej tragedii. Omawiany epizod Strażników ma w sobie wiele z estetyki Pozostawionych. Od retrospektywnego początku, przez morze tajemnic z rozwinięcia, aż po kuriozalną końcówkę z udziałem Adriana Veidta. Porównanie do poprzedniego serialu Lindelofa nie dyskredytuje Strażników. Wręcz przeciwnie, wprowadza serial na kolejny poziom.

Tajemnice, wszędzie tajemnice, można by sparafrazować znanego mema, oglądając kolejne odsłony Watchmen. Damon Lindelof już w Zagubionych udowodnił, że jak nikt zarządza naszą ciekawością, dawkując sekrety w taki sposób, żeby pojedynczy ujawniony fakt generował kolejne znaki zapytania. Watchmen nie jest inne pod tym względem, jednak twórca odrobił lekcje i nie nadwyręża cierpliwości widzów. W omawianym epizodzie padają ważne odpowiedzi. Dowiadujemy się nieco o planach „Rorschachów” i poznajemy ich centrum dowodzenia. Kolejne tajemnice ujawnia nam Adrian Veidt, a retrospekcje rzucają światło na wydarzenia z przeszłości. Watchmen nie zamyka się jedynie w niewiadomych. Wciąż niewiele wiemy o toczących się wydarzeniach, ale Lindelof jest tym razem bardziej łaskawy dla widzów, którzy w Zagubionych i Pozostawionych nie doczekali się satysfakcjonujących odpowiedzi.

W centrum wydarzeń znajduje się tym razem jedna postać. Zwierciadło do tej pory majaczył na drugim planie. Twórcy pozwalają mu stanąć na scenie w blasku świateł i pokazać prawdę o sobie. Postać jest świetnie skonstruowana. Intrygująca, dająca się lubić, ale też niewolna od wad. Lindelof nie wgłębia się w psychologię bohatera. Wystarcza wprowadzenie w jego życie traumy (kałamarnica), która warunkuje wszystkie kolejne poczynania. Strach przed nieuniknionym napędzał go przez kolejne lata, generując multum mniejszych i większych patologii w zachowaniu. W innej rzeczywistości Zwierciadło byłby dyssocjalnym samotnikiem. Tutaj jest superbohaterem. Watchmen robi kolejny krok w dekonstrukcji mitu herosa w trykotach, choć trzeba przyznać, że do tego, co w tej kwestii zaproponował The Boys jeszcze daleko.

Jak wypada telewizyjny debiut wielkiej kałamarnicy? Czy fani komiksu mogą mówić o satysfakcji? Z pewnością część miłośników dzieła Alana Moore’a będzie kręcić nosem, jednak znajdą się i tacy, których pojawienie się gigantycznego głowonoga w pełni zadowoli. Na marginesie warto przypomnieć, że Zack Snyder w filmowych Strażnikach celowo zmienił zakończenie, żeby szeroka publika nie miała dysonansu z naturalistyczną konwencją jego produkcji. Tymczasem Lindelof proponuje nam jeszcze bardziej realistyczną estetykę i jakimś cudem kałamarnica pasuje tutaj jak ulał. Czasem odwaga artystyczna po prostu się opłaca.

Również w przypadku Adriana Veidta można mówić o nietuzinkowej wizji twórczej. Postać herosa także podzieli fanów komiksu, jednak dla mnie bohater ten jest jak na razie niekwestionowanym numerem jeden w serialu. Sposób, w jaki Jeremy Irons bawi się rolą i szarżuje na wszystkich polach, to prawdziwy majstersztyk. W wątku Ozymandiasza Monty Python spotyka się z estetyką Noaha Hawleya. Absurd i surrealizm wylewają się praktycznie z każdej sceny. Trudno zachować powagę, obserwując bohatera wystrzeliwanego z katapulty w kosmos, a następnie hasającego sobie wśród trupów wytworzonych przez siebie klonów. Twórcy zaryzykowali, pisząc tę postać w taki sposób, ale według mnie odnieśli pełen sukces. Dużo dobrego dla roli robi Jeremy Irons, który po raz kolejny udowadnia, że doskonale czuje się w konwencji fantasy/science fiction. Zrozumiałe jest, że dla części miłośników komiksowych Strażników taka brzydka zabawa kultową postacią może okazać się nie do przyjęcia, ale z drugiej strony należało się to Veidtowi. Po tym, jak potraktował świat, krzywe zwierciadło wydaje się najmniej dotkliwą karą.

Watchmen Lindelofa to powiew świeżości zarówno w formach telewizyjnych, jak i superbohaterskich opowieściach. Produkcji udaje się uniknąć tego, na czym poległ Westworld w drugim sezonie. Nie ma mowy o pustej wydmuszce i przeroście formy nad treścią. Najnowszy odcinek udowadnia, że mamy tu do czynienia z pełnoprawną opowieścią. Postacie, akcja, kontekst, narracja – wszystko działa jak należy. Do perfekcji brakuje jeszcze odpowiedniej finalizacji całości (najlepiej bez rozwlekania w nieskończoność). Czy tak się stanie, przekonamy się w kolejnych epizodach.

Źródło: zdjęcie główne: HBO

Watchmen

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV