Dumbo – recenzja filmu

Minęło już 78 lat od premiery oryginalnego Dumbo w amerykańskich kinach. Był on zaledwie czwartym animowanym filmem Disneya. Prawie 8 dekad później widzowie mają okazję obejrzeć nową wersję tej historii (jako jeszcze jedną na liście kolejno odświeżanych, zdominowanych przez live-action i CGI) w reżyserii Tima Burtona, niemal legendarnego już twórcy, u którego jednak wśród najświeższych dokonań próżno szukać faktycznie udanej produkcji.

Ocena recenzenta:
5/10

Minęło już 78 lat od premiery oryginalnego Dumbo w amerykańskich kinach. Był on zaledwie czwartym animowanym filmem Disneya. Prawie 8 dekad później widzowie mają okazję obejrzeć nową wersję tej historii (jako jeszcze jedną na liście kolejno odświeżanych, zdominowanych przez live-action i CGI) w reżyserii Tima Burtona, niemal legendarnego już twórcy, u którego jednak wśród najświeższych dokonań próżno szukać faktycznie udanej produkcji.

Dumbo już po trailerach zapowiadany był bardziej jako kolejne, raczej wierne pierwowzorowi odtwórstwo, niż realizacja pełna nowych pomysłów (mroczniejsza, burtonowska reinterpretacja!), nic też w tym temacie nie zaskoczyło. Ot, ten Dumbo to, wbrew wszelkim pozorom, niemal dokładnie ten sam, stary Dumbo, a film nie pozwala sobie na wiele więcej odstępstw, niż bliźniaczo wierna oryginałowi Beauty and the Beast (Bill Condon), mimo tego, że scenariusz został rozwinięty o drugą, równie długą część fabularną.

Jedną z różnic, które zaanonsowały już zwiastuny, stanowi fakt, że twórcy odpuścili antropomorfizacje zwierząt kosztem wprowadzenia nowych, ludzkich bohaterów. Jest więc weteran i wdowiec Holt (Colin Farrell), dwójka jego dzieci (rodzeństwo, które opiekuje się słonikiem i pomaga mu w pierwszych awiacyjnych próbach), chciwy, ale niepozbawiony resztek dobrego serca Max Medici, czyli właściciel cyrku i herszt trupy (Danny DeVito) oraz... trupa. Postacie, które mogłyby okazać się ciekawe, gdybyśmy mogli dowiedzieć się o nich czegokolwiek więcej, niż tylko to, jakimi rodzajami cyrkowych sztuczek się zajmują.

Podczas gdy trwający godzinę animowany Dumbo kończy się w momencie pierwszego udanego cyrkowego lotu słonika, u Tim Burton to wydarzenie zamyka pierwszy akt i wprowadza nas do dalszej części, będącej nieznaną dotychczas opowieścią.

Owo otwarcie, będące – wyjąwszy bohaterów – dość wierną powtórką tego, co już znamy, nie nużyło: nieśpieszne tempo stopniowo zapoznawało nas z głównymi postaciami, a część scen (z jednej strony – zmodyfikowanych, z drugiej – w aspektach inscenizacyjnych bardzo ładnie odtwarzających starą animację, a więc tak bliskich i znajomych) sprawia wrażenie raczej ukłonu, niż kopii. Wzmaga oczekiwanie na tę kolejną, nieznaną i zagadkową część produkcji, pozwalając żywić nieśmiałą nadzieję, że okaże się ona skokiem w zupełnie niespodziewanym kierunku, zwrotem fabularnym, przepełnionym szybką, szaleńczą wręcz akcją i dziwacznymi pomysłami odrodzonego Burtona.

Niestety, po pierwszych minutach kolejnego aktu, cała reszta staje się aż nazbyt łatwa do przewidzenia; okazuje się większą, bardziej widowiskową, lecz pozbawioną autentycznych emocji czy świeżych rozwiązań powtórką z rozrywki.

I choć wkroczenie na ekran niezawodnego Michael Keaton (tu jako założyciel wielkiego parku rozrywki, VA Vandervere) jest jednym z najjaśniejszych punktów filmu, jego wspaniały show i zabawa kreacją nie mogą przykryć płytkości tej postaci: postaci, po której pojawieniu się dokładnie wiemy, jaka jest, czego chce, do czego doprowadzi i – idąc jeszcze dalej! – jaki wykrystalizuje się z tego finał.

Oczywiście, znana historia znajduje tu swoje dopełnienie, nie sposób jednak nie czuć rozczarowania, jak wiele można było tu jeszcze dopowiedzieć, a jak niewiele – ostatecznie – zostało faktycznie dopowiedziane. Morały związane z akceptacją, istotą wolności, możliwością dokonania wyboru czy odwagą są tu, rzecz jasna, odrobinę zaktualizowane, dzięki czemu bardziej przystają do naszych czasów, brakuje jednak spojrzenia na coś świeższego. Przydałby się nowy głos i wydźwięk, prawdziwy dodatek, element rozbudowany i równorzędny do płynących z oryginału nauk (skierowanych do, oczywiście, młodszych widzów; to właśnie oni pozostaną głównym targetem kolejnego Dumbo i chyba nikt się nie oszukiwał, że będzie inaczej). Zamiast tego pozostaje nam kilka nieśmiałych tropów, które jednak prowadzą do tych samych wniosków. Tak, to familijny film o latającym słoniu, ale wszyscy dobrze wiemy, że w tych czasach familijne produkcje potrafią powiedzieć znacznie, znacznie więcej.

Danny Elfman ścieżkę dźwiękową zaaranżował, jak zwykle, świetnie. Colin Farrell znów jest strapiony, Eva Green chciałaby wycisnąć z tego coś więcej, ale nie może, bo jej napisana na kolanie postać na to nie pozwala, Burton jest grzeczny, a film... cóż, przyjemny. Tak, jest niepodważalną prawdą, że dzieciaki wraz z rodzicami powinny na Dumbo bawić się dobrze. Jest coś dobrego w tych reinkarnacjach disneyowskich klasyków. Najmłodsze pokolenie, któremu nie chce się już, być może, sięgnąć po starsze animacje (bo nikt ich im nie pokazał, albo zwyczajnie odstraszają już niektórych), z wielką dozą prawdopodobieństwa obejrzy nowego Dumbo. I pozna tę historię. A chyba wszyscy zgadzamy się z tym, że warta jest ona poznania.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Dumbo

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV