Namibia – recenzja komiksu

Namibia to kolejny przygodowy album Leo, popularnego brazylijskiego rysownika i scenarzysty w ofercie wydawnictwa Egmont. Poprzedni, czyli Kenia, zostawił po sobie całkiem dobre wrażenie. Sprawdzamy, czy Namibia również zapewnia czytelnikowi dużą dozę bezpretensjonalnej rozrywki.

Ocena recenzenta:
5/10

Namibia to kolejny przygodowy album Leo, popularnego brazylijskiego rysownika i scenarzysty w ofercie wydawnictwa Egmont. Poprzedni, czyli Kenia, zostawił po sobie całkiem dobre wrażenie. Sprawdzamy, czy Namibia również zapewnia czytelnikowi dużą dozę bezpretensjonalnej rozrywki.

Tomasz Miecznikowski

Tomasz Miecznikowski

W przypadku Namibii co nieco się zmieniło w układzie sił twórczych odpowiedzialnych za komiks. Oto bowiem doszło trzecie nazwisko. Oprócz Leo i Rodolphe, odpowiedzialnych tu za scenariusz, mamy Marchal w roli rysownika. Ta zmiana jest w zasadzie niezauważalna, ponieważ Marchal niezwykle wiernie kopiuje realistyczny styl Leo. Prawdopodobnie moglibyśmy nawet nie zdawać sobie sprawy z tego faktu, bez informacji w stopce redakcyjnej. Albo więc Leo nie miał już czasu, albo był w takim stopniu zajęty innymi projektami, że oddał pole koledze. Zapewne z poleceniem żeby zachować stylistykę, do której przyzwyczajeni są jego wielbiciele. A że Leo ma swoich wielbicieli, czy nawet wyznawców, pisał już kiedyś w przedmowie do Aldebarana sam Moebius.

W efekcie Leo chyba już tak uwierzył w oddanie fanów, że uważa, iż może pozwolić sobie na różne eksperymenty. Z dostępnego po polsku jego komiksowego dorobku wyłania się powoli, bo powoli, ale konsekwentnie pewien schemat, który zamiast utwierdzać nas w przekonaniu o wartości artysty, zaczyna niestety świadczyć na jego niekorzyść.

Z pewnością jest prawdą, że Leo potrafi zaczarować nas początkiem swych opowieści, których domeną jest tajemnica. Tajemnicze wydarzenia pozornie odległe od siebie i autorska gra pozorów przepełniały Aldebarana i Betelgezę, choć nie oddziaływały już tak dobrze w Antares. Kenia wciąż dawała dużo frajdy, łącząc przygodę w stylu Alana Quatermaina z wątkami pozaziemskimi. Namibia również zaczyna się bardzo obiecująco. Mamy oto zmartwychwstanie hitlerowskiego zbrodniarza, Hermanna Göringa , który w 1947 roku pojawia się nagle w Afryce. Mamy plagę potężnych owadów i nagłe starzenie się tubylców. Mamy wreszcie ponownie rezolutną i zaradną Kate Austin, która wyrusza z misją zbadania sprawy Göringa, a w efekcie będzie badała wszystkie tajemnicze wydarzenia wymienione powyżej.

Przez dwa albumy to dawkowanie tajemnic sprawdza się doskonale, twórcy bardzo sprawnie budują intrygujący nastrój przygodowej opowieści. Potem zaś, kiedy przychodzi do wyjaśniania tajemnic, coś w ogólnej koncepcji pęka i jesteśmy epatowani zestawem coraz bardziej niewiarygodnych wydarzeń. Niewiarygodnych w tym sensie, że po pierwsze naiwnych, a po drugie zwyczajnie kuriozalnych. Na czym polegają te kurioza, nie możemy tu jednak napisać, bo byłoby to zwykłym spoilerowaniem, trzeba jednak podkreślić, że czuwający nad projektem Leo zwyczajnie pogubił się w przetwarzaniu po raz kolejny swoich ulubionych, dänikenowskich z ducha schematów.

Trochę szkoda, bo twórczość Leo ma w sobie jednak to „coś”. Zawsze udawało mu się stworzyć ciekawe postaci kobiece, które z biegiem fabuły zaczynają w niej dominować. Jego długotrwałe budowanie otoczki tajemnicy przypominało strategię twórców The X-Files - spiski i sekrety były częścią wielkiej całości, większego planu. Błędem, w przypadku i popularnego serialu i dokonań Leo jest ciągnięcie swoich fabuł zbyt długo i na siłę, ponieważ pozbawia się je w ten sposób oryginalności.

Namibia uległa niestety zasadzie kopiuj wklej, a przy okazji podrasuj. I dlatego przerabiane po raz kolejny schematy, „wzbogacone” o coraz dziwniejsze fabularne elementy (wątek przywódcy sekty Dzieci Ezekiela) wywołują zamiast zachwytów konsternację czytelników. Gdyby jeszcze był to świadomy pastisz, być może byśmy zaakceptowali taki wybór twórcy i bawili się razem z nim na nowo poukładanymi klockami. Niestety Leo swoje fabuły wydaje się traktować nad wyraz poważnie, przez co w Namibii niebezpiecznie przekroczył poziom ich staroświeckiej z ducha naiwności. Mimo tego, z pewnością niejeden polski fan po raz kolejny sięgnie po album jego autorstwa. Tak jak trudno odpuścić ulubione seriale, które z czasem tracą poziom, tak Leo pozostanie artystą, do którego twórczości po prostu chce się wracać.

Namibia

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV