Star Trek: Picard: sezon 1, odcinek 4 - recenzja

Star Trek: Picard rozpoczyna nowy akt historii, która skierowała się w inne rejony galaktyki. Jak tym razem wyszło?

Ocena recenzenta:
7/10

Star Trek: Picard rozpoczyna nowy akt historii, która skierowała się w inne rejony galaktyki. Jak tym razem wyszło?

Adam Siennica
Adam Siennica
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Twórcy Star Trek: Picard dobrze operują retrospekcjami, które wypełniają różne luki pomiędzy tą produkcją a Star Trek: Następne pokolenie, pokazując ważne wydarzenia dla bieżącej fabuły. Takim sposobem poznajemy placówkę na planecie Vashti, na której widzowie mogą zobaczyć nowe elementy kultury Romulan, dzięki wojowniczym zakonnicom (tutaj adekwatna jest reakcja doktor Jurati - to coś takiego naprawdę istnieje?). Pozwala to również na pokazanie Picarda z różnych perspektyw m.in. jako człowieka troskliwego i uczynnego w relacji z młodym Elronem, świetnie kształtowanej poprzez idealizowanie Jean-Luca. Mamy też ciekawe wykorzystanie historii Trzech muszkieterów, która w kontekście fabuły wydaje się symboliczna i idealnie pasująca. W końcu muszkieterowie również zaczynali swoją walkę z pozornie niemożliwym do pokonania wrogiem. 

Wątek Vashti zarazem pokazuje ponownie obraz Picarda jako osoby z wadami, która nie jest pomnikowym ideałem, na jaki jest kształtowany przez galaktykę i jakim często się wydawał w starym serialu. Nawet w pewnym momencie jest nawiązanie do tego motywu poprzez wyśmianie faktu, że na Vashti pewnie jakiś pomnik Picarda już stoi po tym, co zrobił lata temu. Jednocześnie po raz kolejny widzimy, że działania Jean-Luca były błędne, a jego zaślepienie obroną ideałów Gwiezdnej Floty i personalne potraktowanie decyzji zwierzchników sprawiło, że dyskusja dotyczyła ratowani wszystkich albo nikogo. Ten fakt, że dla niego nie było w tym czegoś pośredniego, pokazuje smutny, ale prawdziwy obraz człowieczeństwa. Nowe zetknięcia z uzasadnionymi zarzutami pozwala bohaterowi dojrzewać i zmieniać się, czyli coś, czego trudno było oczekiwać po kimś w takim wieku. A to duży plus.

Zaczynam mieć spory problem z wątkiem Nareka i Soji, który po raz kolejny jest nudnym wałkowaniem tego samego. Ta relacja jest zbyt oczywista i przez to nieprzekonująca, bo staje się wtórna. Wiemy, że Narek na poważnie się zakochuje w swoim celu, ale po 4 odcinkach nic z tego nie wynika -  "zasianie  ziarna" nie daje efektu, nie doprowadza do niczego odkrywczego, więc w tym odcinku nic nie wnosi. A po raz kolejny taka sama rozmowa Nareka z - o jaką bardzo groźną i mroczną - siostrą wydaje się naciągana, bo już bodaj kolejny raz daje mu ostatnią szansę zanim sama nie zajmie się tematem, a on powtarza dokładnie to samo o tym, co wydarzyło się na Ziemi. Cały wątek wywołuje męczące deja vu, które nie pasuje do tego serialu i obniża jego świetną jakość.

Dużo w tym odcinku kameralności, która tak świetnie działa w tym serialu. Dialogi pomiędzy postaciami pokazują, że załogę Picarda, choć nie jest zgrana, świetnie się ogląda. Ich kłótnia o podróż na Vashti udowadnia, że dobrze się dopełniają i chciałoby więcej wspólnych scen. A do tego zabawny bonus w postaci różnych hologramów Riosa.

Jednocześnie wyprawa Picarda na planetę staje się ważna z uwagi na zwerbowanie Elrona. Z jednej strony ich wspólne sceny mogą się podobać, bo relacja ojciec-syn w przypadku tych postaci wzbudza wiele sympatii, a negatywne emocje zbudowane po latach są wiarygodne i potrzebne. Z drugiej strony próba Picarda naprawienia sytuacji na planecie jest, delikatnie mówiąc, dziwna. Znamy postać, więc jego decyzja o wejściu z buta w zakazane miejsce musiała spotkać się z oczekiwaną reakcją. Trochę to zgrzyta, gdy jednak pomyślimy, co to za postać i jak ta decyzja dziwnie nie pasuje do tego, kim on jest. A przecież nie jest to próba sprowokowania Elrona, by z nim poleciał - nie czuję w tym świadomej decyzji i oczekiwania, że przybrany syn go uratuje i wszystko zakończy się dobrze. Teoretycznie to właśnie był plan Picarda, ale problem polega tutaj na tym, że nie został on dobrze zaakcentowany, dlatego też całość wydaje się pełna sprzeczności. 

W końcu mamy jakąś akcję w kosmosie, co na pewno jest miłym dodatkiem do całej historii. Pojawienie się tajemniczego statku, który ratuje zadki Picardowi i jego kompanom, to zaskoczenie, bo na tym etapie serialu nie mamy zielonego pojęcia, kto siedzi za sterami. Dlatego brawa dla twórców za budowę cliffhangera, bo gdy okazuje się, że to Siedem z Dziewięciu (Jeri Ryan) ze serialu Star Trek: Voyager momentalnie pojawiają się emocje, ekscytacja i chęć kontynuacji. A to przecież chodzi w dobrym cliffhangerze, który rodzi wiele pytań: skąd ona się tu wzięła? Jaki jest jej cel? Czy dołączy do załogi?

Star Trek: Picard utrzymuje dobry poziom, oferując należycie skonstruowaną historię, która wywołuje napięcie, emocje i chce się więcej. Trudno bardzo narzekać, a powrót Jeri Ryan na pewno wymazuje niedociągnięcia, ale nadal pewne wady w wątkach są większe niż poprzednio, dlatego ostatecznie ocena ciut niższa.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV