Przeczytaj w weekend

Starlink: Battle for Atlas – recenzja gry

Sporo No Man’s Sky, trochę Star Foxa i zabawki rodem ze Skylandersów – tak w największym skrócie można podsumować Starlink: Battle for Atlas. Czy takie połączenie okazało się udaną grą?

Ocena recenzenta:
6/10

Sporo No Man’s Sky, trochę Star Foxa i zabawki rodem ze Skylandersów – tak w największym skrócie można podsumować Starlink: Battle for Atlas. Czy takie połączenie okazało się udaną grą?

W Starlink: Battle for Atlas wcielamy się w pilotów, którzy stają do walki z Zapomnianym Legionem, na czele którego stoi niejaki Drax. Fabuła ma tu jednak drugorzędne znaczenie i jest jednym z najsłabszych elementów tej produkcji. Nie ma co spodziewać się tutaj zapadających w pamięć dialogów, zwrotów akcji czy niespodzianek. Historia jest prosta i stanowi jedynie tło dla rozgrywki. Pochwalić należy jednak grywalne postacie, które są bardzo zróżnicowane – zarówno pod względem wyglądu, głosu oraz charakteru.

Na pozór Starlink wydaje się być kolejną kosmiczną strzelanką, w której po prostu strzelamy do wrogich statków, ale byłoby to sporym uproszczeniem. Deweloperzy umieścili tu mnóstwo innych, mniej lub bardziej istotnych systemów i mechanik. Tą najbardziej intrygującą jest zastosowanie zabawek – plastikowych statków, które umieszczamy na specjalnym uchwycie na kontroler. W ten sposób przenosimy pojazd do gry i możemy go modyfikować w czasie rzeczywistym, dołączając do niego skrzydła, bronie, pilotów – oczywiście do dokupienia osobno. Wszystko to działa bardzo sprawnie, jedyne do czego bym się przyczepił to montaż głównego statku – ten mocno trzyma się uchwytu i jego zdejmowanie wymaga chwili przyzwyczajenia.

Mam jednak wrażenie, że system ten nie został do końca przemyślany. Starlink: Battle for Atlas umożliwia bowiem również zabawę z zupełnym pominięciem tych modeli. Wystarczy nabyć grę lub dodatki do niej w wersji cyfrowej, by móc zmieniać wyposażenie z poziomu samej gry. Bez potrzeby montowania uchwytów, statków i innych elementów. Co prawda wiąże się to z koniecznością przejścia do menu pauzy, ale nie jest to nic przesadnie skomplikowanego czy irytującego. Z jednej strony – to miły ukłon w stronę graczy, którym nie zależy na kolekcjonowaniu figurek i gadżetów w domu, z drugiej jednak cały czas wydawało mi się, że przez to potencjał tych zabawek nie został w pełni wykorzystany.

Podczas zabawy nie tylko walczymy i modyfikujemy statek. Dodano tu również sporo elementów, które wydają się być zaczerpnięte ze wspomnianego na samym początku No Man's Sky. Podczas eksploracji planet zbieramy różnego rodzaju surowce, nawiązujemy kontakt z mieszkańcami oraz skanujemy zwierzęta. Wszystko po to, by zebrać więcej cennych materiałów, które potrzebne są nam do wykupywania ulepszeń oraz stawiania kolejnych budowli. Aktywności do wykonania w Starlinku nie brakuje – planet jest kilka, a na każdej z nich co chwilę natrafiamy na zadania, przedmioty czy przeciwników.

I muszę przyznać, że na początku wszystko to bardzo przypadło mi do gustu. Poszczególne lokacje były zróżnicowane, walka sprawiała sporo frajdy, a odkrywanie kolejnych elementów gry było przyjemne. Niestety, wraz z upływem czasu Starlink: Battle for Atlas stawało się coraz bardziej monotonne, a po kilku godzinach odhaczanie kolejnych znaczników na mapie stało się zwyczajnie męczące. Najbardziej odczułem to pod koniec gry, gdy okazało się, że jedna z końcowych misji wymaga ode mnie grindu – musiałem więc zmusić się do dalszego wykonywania takich samych aktywności po to, aby móc zobaczyć zakończenie.

Tu warto bowiem zaznaczyć, że aktywności – w teorii – są całkiem różnorodne. Skanujemy zwierzęta, walczymy z mniejszymi i większymi przeciwnikami, rozwiązujemy proste zagadki, czy niszczymy gniazda wrogów. W praktyce okazuje się jednak, że skanowanie cały czas wygląda tak samo, „bossów” są tutaj w zasadzie dwa rodzaje, a gniazda ma tu tylko jeden typ wrogów, w polskiej wersji nazwanych „chochlikami”. Szybko okazuje się więc, że całe to zróżnicowanie jest tylko pozorne i na dobrą sprawę non stop robimy to samo – zmienia się jedynie otoczka na danej planecie czy kolor oponentów.

Walka również najlepsze wrażenie sprawia na początku, gdy jeszcze poznajemy każdą z dostępnych broni (pamiętajcie, że ich liczba zależy od kupionej przez nas wersji gry i posiadanych dodatków). Z czasem po prostu błyskawicznie dobieramy rodzaj broni do przeciwnika (lodowa broń na przeciwników z żywiołem ognia itd.) i w wielu przypadkach w ogóle nie musimy myśleć o jakiejkolwiek strategii itp. Do tego dochodzą jeszcze moduły, którymi możemy modyfikować elementy statku i bronie, piloci o różnych specjalnych zdolnościach, a nawet niezbyt rozbudowane drzewko talentów, ale wszystko to sprawiało wrażenie dodanego nieco na siłę i nie mającego zbyt istotnego wpływu na samą rozgrywkę.

Starlink: Battle for Atlas ratuje jednak fakt, że gra jest dość krótka i ukończenie głównej, fabularnej kampanii można zaliczyć w około 8-10 godzin. U mnie zajęło to nieco więcej – prawdopodobnie około 15 godzin, ale nie ukrywam, że na początku sporo zwiedzałem. Jeśli lubicie czyszczenie mapy z wszędobylskich aktywności, a znam takie osoby, to podejrzewam, że będziecie bawić się tu całkiem nieźle i spędzicie tu nawet około 20, 30 godzin.

Jeszcze przed premierą miałem w głowie obraz Starlinka jako gry o zdecydowanie mniejszej skali i mniejszym budżecie – nie wiem do końca dlaczego. Po zagraniu muszę jednak przyznać się do błędu, bo pod względem jakości wykonania nie odstaje on od innych produkcji AAA. Oprawa graficzna jest bardzo dopracowana i miła dla oka – każda z planet wygląda inaczej, a nieliczne gatunki zwierząt są całkiem pomysłowe. Bardzo ładnie wypada też sam kosmos, choć nie mamy okazji za bardzo go pozwiedzać – pełni on raczej rolę centralnego huba, z którego wybieramy się na dalsze podróże. Świetnie wyglądają też projekty postaci, co widać zwłaszcza w scenkach przerywnikowych – jakością nie odstają one od tego, co zaprezentował np. Blizzard w swoim Overwatch. Spotkałem się z opiniami, że Starlink: Battle for Atlas to gra przede wszystkim dla dzieci i nie do końca się z tym zgodzę – zastosowana tu stylistyka i sam gameplay są na tyle neutralne, że trudno uznać, by gra skierowana była wyłącznie do młodszych odbiorców. Chociaż oczywiście – ci z pewnością najbardziej docenią plastikowe statki, których składanie może dawać im sporo frajdy, a w zabawie pomoże również pełna polonizacja – nie tylko w formie napisów, ale i dubbingu, który jest… po prostu ok.

Starlink: Battle for Atlas nie jest grą złą, ale trudno uznać ją też za produkcję bardzo dobrą. Ot – to całkiem przyjemny średniak, który bawi przez kilka godzin, momentami nuży, a ostatecznie dość łatwo się o nim zapomina.

Plusy:
- oprawa audiowizualna
- sporo aktywności do wykonania
- ładnie wykonane modele statków
- podstawy rozgrywki są tu całkiem solidne

Minusy:
- powtarzalna rozgrywka
- niewykorzystany potencjał modeli statków
- kiepska i nudna fabuła
- krótki wątek główny.

Źródło: fot. Ubisoft

Starlink: Battle for Atlas

Co o tym sądzisz?

naEKRANIE Poleca

Dzisiaj urodziny obchodzą

MyAnna Buring

MyAnna Buring

ur. 1979, kończy 40 lat

Daniella Alonso

Daniella Alonso

ur. 1978, kończy 41 lat

Mireille Enos

Mireille Enos

ur. 1975, kończy 44 lat

Tatiana Maslany

Tatiana Maslany

ur. 1985, kończy 34 lat

Billie Piper

Billie Piper

ur. 1982, kończy 37 lat

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV