Przeczytaj w weekend

Supergirl: sezon 4, odcinek 9 (crossover) – recenzja

Zakończył się crossover Arrowverse. Ostatni odcinek serialu Supergirl, choć nieco słabszy od poprzednich odsłon wydarzenia, i tak będzie dla fanów trykociarzy nie lada gratką - absurd miesza się tu z powagą, a ekranowe żarty wybrzmiewają w sprawnie poprowadzonej narracji.

Ocena recenzenta:
8/10

Zakończył się crossover Arrowverse. Ostatni odcinek serialu Supergirl, choć nieco słabszy od poprzednich odsłon wydarzenia, i tak będzie dla fanów trykociarzy nie lada gratką - absurd miesza się tu z powagą, a ekranowe żarty wybrzmiewają w sprawnie poprowadzonej narracji.

Piotr Piskozub

Piotr Piskozub

Tegoroczny crossover Arrowverse już za nami. O ile jednak w ostatnich odcinkach seriali The Flash i Arrow festiwal easter eggów i wzajemnego przekomarzania się Olivera i Barry'ego trwał w najlepsze, o tyle w Supergirl siłą rzeczy cała ta opowieść musiała znaleźć swoje rozwiązanie - nawet jeśli momentami działo się to zbyt pospiesznie, to wydarzenie i tak prezentuje się nadspodziewanie dobrze na tle mocno niemrawej i zero-jedynkowej codzienności trykociarzy ze stacji The CW. Odpowiedzialni za crossover popuścili wodze fantazji, dając się ponieść twórczemu szaleństwu: tu Superman okłada się z Supermanem, tam kogucik Cisco mówi coś o "Superdicku" i jeszcze instruuje Jamesa Olsena, gdzie zrobić jatkę, aby Gary znów nie musiał się napracować przy doczyszczaniu krwi mopem. Jest tego znacznie więcej, a w zasadzie jedyną pomrocznością niejasną przeniesioną z Supergirl do tej historii staje się rozciągnięta w nieskończoność dysputa Kary i Alex o wartościach rodzinnych. Jeśli przymkniecie na nią oko, Arrowverse znów może wydać się Wam magiczne - takich czarów nie widzieliśmy w tym projekcie od dawna.

Twórcy przeżywali dzień konia w trakcie budowania pomysłów na odwracanie perspektyw w Elseworlds - tym razem zawadiacy Barry i Oliver zakładają skórzane kurteczki i hasają po mieście jako bliźniacy Trigger. Pal już licho, że ich bromans to w Arrowverse prawdopodobnie najlepszy koncept od czasu wprowadzenia na ekran Deatstroke'a; śmieją się z samych siebie, my razem z nimi, raz uraczą nas poważną miną, potem zaprezentują jakąś wariację na temat wypisanego na twarzy "WTF?!". W finale crossoveru dostają oni jeszcze do pomocy całą gromadkę rozradowanych swoim nowym położeniem bohaterów. Bryluje zwłaszcza podskakujący na prawo i lewo Ramon, choć to Diggle i Killer Frost w roli siepaczy Deegana-Supermana kradną drugi plan - widać tu w pełni świadome przerysowanie, momentami ocierające się o karykaturę. Ta autoironiczna karuzela nie działałaby jednak tak dobrze, gdyby nie rezonowała w kapitalnie poprowadzonej w crossoverze narracji. Flash z lat 90. wyłazi więc z wyłomu, coś pokrzyczy, gestykuluje - ubaw po pachy? A i owszem, choć nad naszymi głowami dzieje się przecież coś większego, a zawieszony tam na swojej platformie kosmiczny DJ Monitor będzie nam o tym przypominał. Romans humoru z fabułą już dawno w Arrowverse nie wyglądał tak dobrze.

Jest coś niewypowiedzianie kuriozalnego w scenach, w których Deegan i Superman za pomocą Księgi Przeznaczenia nadpisują otaczającą nas rzeczywistość - teoretycznie te sekwencje mają trafiać do nas z pełną powagą, jednak zawarty w nich absurd jest w pełni kontrolowany. Zanim więc w blasku niebieskiego światełka zaczną czytać grubą książkę i zmieniać w niej coś mocą umysłu, Cisco da nogi za pas, a Ludzie ze Stali urządzą sobie sparing nad Central City. Bawiłem się setnie, gdy podróbka Kryptończyka chciała udusić Allena - Oliver rusza na odsiecz ze strzałą z kryptonitem, Kara zaraz zejdzie na zawał, a co robi wtedy prawdziwy Człowiek Jutra? Tak, czyta. Chwilę później Green Arrow pokaże jeszcze Supermanowi, kto jest największym kozakiem w tym multiwersum, udając się na spotkanie z Monitorem. Jeśli więc humor, to tylko tak, by rezonował on w ciągłości fabularnej - ta z kolei zaskakująco sprawnie położyła już fundamenty pod przyszłoroczny crossover. Jest tu swojsko, niekiedy nawet anielsko; scenarzyści nieustannie puszczają do nas oko - ciężarna już Lois na spotkaniu z Deeganem robi za Thora, na farmie w Smallville przeszkadza snopek, a przecież trzeba się jeszcze oświadczyć. Na poziomie symbolicznym całą tę kumplowską aurę doskonale podsumuje ostatnia scena, w której druhowie Oliver i Barry wypiją piwko, poklepią się po plecach i wspomną o przytulaniu siebie nawzajem.

Zaryzykuję opinię, że Elseworlds to najlepszy z dotychczasowych crossoverów seriali superbohaterskich The CW. Niekończąca się taśma produkcyjna easter eggów, nienachalny, choć zanurzony w sporej dawce absurdu humor, działająca na dwóch czy trzech polach jednocześnie, sprawnie poprowadzona narracja i inteligentne rozpisanie nieoczywistych relacji między postaciami mówią same za siebie. W finale wydarzenia nawet próbujący spowolnić Ziemię Barry i Kara prezentują nam takie oblicza, jakby udawali się właśnie na burrito, a nie ratowali naszą planetę przed wariatem, który najchętniej pozmieniałby na tym łez padole ludzi z żyrafami. Jeszcze lepiej, że domknięcie tej historii zostawia nas z pytaniami - co Oliver ofiarował Monitorowi za pomoc? Jak rozwinie się relacja Deegana i siedzącego w celi obok Psycho-Pirate'a? Odpowiedzi nadejdą, jednak zanim do nich dotrzemy, od stycznia znów będziemy musieli radzić sobie z cotygodniowym bólem głowy po seansach kolejnych odcinków Supergirl. Dziewczyna ze Stali tym razem wypadła dużo słabiej na tle swoich kolegów po fachu, co w jakimś stopniu może potwierdzać, że przeżywa ona kryzys - może nie ten na nieskończonych Ziemiach, ale twórczy już z pewnością.

Źródło: Zdjęcie główne: The CW

Supergirl

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV