Przeczytaj w weekend

Supergirl: sezon 4, odcinki 7 i 8 – recenzja

W najnowszej recenzji serialu Supergirl chcemy Wam udowodnić, że bardziej niż oglądać odcinki tej produkcji opłaca się ugniatać ciasto na wigilijne pierogi. Albo robić cokolwiek innego.

Ocena recenzenta:
1/10

W najnowszej recenzji serialu Supergirl chcemy Wam udowodnić, że bardziej niż oglądać odcinki tej produkcji opłaca się ugniatać ciasto na wigilijne pierogi. Albo robić cokolwiek innego.

Piotr Piskozub

Piotr Piskozub

Tagi:  recenzja 
UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Jak Wasze przygotowania wigilijne? Szykujecie już sałatki? Rozglądacie się za choinką? Kisicie buraki na barszcz? Możemy o tym sobie szczerze porozmawiać, gdyż sprawy mają się tak: gdybym wkleił Wam w tym miejscu swój własny tutorial ugniatania ciasta na pierogi, byłby on ciekawszy i bardziej rozpaliłby Wasze umysły niż dwa ostatnie odcinki serialu Supergirl. Rather the Fallen Angel i Bunker Hill to przeciwstawne bieguny tego samego fabularnego harakiri - pierwszy bierze nas z zaskoczenia łopatą, drugi poprawia narracyjnym młotem. Ot, jakbyś stanął w ringu z jednym i drugiem bratem Kliczko jednocześnie. Akcja rozwiązuje się w ten sposób, że już w grudniu właściwie wszystkie wątki wydają się być domknięte. Agent Liberty poszedł do paki, Amerykanie nienawidzą kosmitów, znamy moce Nii Nal, Kara dostała szlaban na DEO i stroi smutne minki, a Lena i James znów się kochają. Był tu jeszcze co prawda jakiś sobowtór głównej bohaterki z Kasnii, ale najwidoczniej o nim zapomniano - w końcu to, które filmy zna Brainy, jest znacznie ważniejsze. Karuzela, karuzela... Oglądasz i chcesz wymiotować - co niedziela.

Rather the Fallen Angel pod względem ekranowej tandety plasuje się gdzieś pomiędzy zbliżeniami na zaskoczone twarze w wenezuelskich telenowelach a śmiercią nieodżałowanego Rysia Lubicza w Klan. Manchester wcale nie jest tak poczciwy, jak się wydaje - wiedziałem o tym, od kiedy obejrzałem pierwszy mecz Manchesteru United w życiu. Kara, niestety, nie, dlatego kończy nieboraczka otumaniona kryptonitem i cholera wie czym jeszcze. Dostaje po tyłku, bo jej niedoszły ziomal prowadzi prywatną wendetę, która ma na celu pomszczenie zmarłej żony. Fiona, Fiona! - jakbym słyszał wszystkie dzieciaki w 1. sezonie produkcji Shameless. Manchester więc zabija, co w świecie Dziewczyny ze Stali jest programowo zabronione. Jeśli o tym nie wiesz, to J'onn J'onzz będzie pakował się do Twojego umysłu, a gromadka uśmiechniętych kompanów zrobi Ci moralną interwencję. Prawdziwą gwiazdą odcinka jest jednak Lena, która prowadzi niecne eksperymenty na Bogu ducha winnym Adamie. Ten co prawda uderza w amory i chce sobie troszkę pochlapać jęzorem, ale panna Luthor, moralnie wieloznaczna istota, i tak sprawi, że jej pacjent kopnie w kalendarz. Na całe szczęście, bowiem etyczne dysputy tej dwójki przypominały kłótnię panów Edka i Józka spod budki z piwem o być albo nie być dla pół litra na głowę. Ambasada, ambasada... Ten serial to żenada.

W Bunker Hill - uwaga, nie uwierzycie - coś się dzieje. Manchester nie chce już tłuc wrogów obok sedesu, więc idzie na potężne fabularne skróty i wchodzi do domu Bena Lockwooda. Wypije herbatkę, pouśmiecha się, pogrozi żonie gospodarza nożem - taka nowoczesna wariacja na temat "gość w dom, Bóg w dom". Jak już wiemy, Black jest dla świata Kary większym wrzodem na czterech literach niż stale rozrastająca się grupa fanatyków, która maszeruje ulicami z psami tropiącymi i porywa ludzi. No bo Manchester zabija, a nie wolno, sami wiecie. Wszystkie ręce na pokład, trzeba go jakoś powstrzymać. J'onn rozpoczyna w tym momencie festiwal światełek i innych wizualnych fajerwerków; wszak to telepata pełną gębą, więc wbije się niezaproszony - i to trzykrotnie - na pogawędkę Blacka z Lockwoodami. Nie da rady odwieść go od zamiarów. Rusza Kara, ale ta skończy w uścisku nowego stopu metali; gdy będzie próbowała wzbić się w powietrze, zaczniemy parskać śmiechem - ta sekwencja wygląda jak narysowana na kartonie z zaplecza sklepu Stonka. Fabularnie leży tu niemal wszystko, a szczytem indolencji twórczej jest Ben uciekający na modłę czołówki programu Benny'ego Hilla i mentalny zamach na Karę, odbywający się trochę na zasadzie: Zdradź nam swoją tożsamość! Nie!? LOL. Wyjazd z roboty. Polityka, polityka... Wieko trumny się domyka.

Jeśli cofniemy się w czasie do finału środka poprzedniego sezonu, to dojdziemy do smutnego wniosku: pokazany w nim pojedynek Dziewczyny ze Stali i Reign był ostatnim naprawdę dobrym odcinkiem w historii tej produkcji. Minął rok, a autorzy serialu grzęzną w fabularnych schematach, nie mając większego pomysłu na ekranowy przekaz. Dorabiają więc na poczekaniu ideologię, wyciągają kolejne postacie niczym króliki z kapelusza, a skutek w ich wizji czasami poprzedza przyczynę. W gruncie rzeczy jesteśmy bombardowani tymi samymi opowieściami w mikroskali, w których po prostu zmieniają się bohaterowie wypowiadający swoje kwestie. Bunker Hill najdobitniej udowadnia, że w Supergirl wszystko można obrócić w perzynę i zapewne posklejać naprędce od nowa. Dziewczyna ze Stali co prawda zaprezentuje się nam w tym roku raz jeszcze, ale crossover Arrowverse rządzi się już zupełnie innymi prawami - w przeciwnym wypadku moglibyśmy zejść na zawał i nie doczekać talerza wigilijnego barszczu. Słońce świeci, Słońce gaśnie, dla Kary będzie albo ciemniej, albo jaśniej. Zaraz, zaraz... Tylko czy ciemniej się w ogóle da?

Źródło: Zdjęcie główne: Sergei Bachlakov/The CW

Supergirl

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV