Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw - recenzja filmu

Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw to pierwszy spin-off popularnej na całym świecie serii. Czy udany i warto obejrzeć? Oceniam bez spoilerów.

Ocena recenzenta:
8/10

Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw to pierwszy spin-off popularnej na całym świecie serii. Czy udany i warto obejrzeć? Oceniam bez spoilerów.

Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw wpisują się w stu procentach w ducha całej serii, starając się tylko delikatnie rozwinąć ją o nowe realizacyjne rozwiązania. Mamy więc wątki rodzinne, które są motywacją dla bohaterów, walkę o losy świata (jak to mówi Hobbs: już czwarty raz) i masę cudnie i wesoło przegiętych scen, które zaprzeczają prawom grawitacji. Wszystko to, co seria Szybcy i wściekli zawsze oferowała, zostało podane z takim samym dystansem (Brixton Elby w pierwszej scenie mówi otwarcie, że jest czarnym charakterem), świadomością robienia rozrywki mającej dawać czystą frajdę i z humorem, który ma rozluźniać atmosferę. Jeśli komuś podobało się wzajemne dogryzanie duetu z filmu Szybkich i wściekłych 8, będzie bawić się świetnie, bo na ich rywalizacji, docinkach warstwa humorystyczna jest oparta - tak, by fantastycznie wykorzystać ich dobrą chemię oraz komediowy rytm. Bez przesadzenia i przekroczenia jakichś granic. Jest wiele momentów, które potrafią wywołać śmiech lepiej niż niejedna komedia i - porównując do podstawowej serii - chyba trochę inaczej to działa i nie jest tak wymuszone (wszyscy pamiętamy postać Romana, która czasem w tym aspekcie irytuje). Ten humor wychodzi naturalnie, bo idealnie pasuje do tych postaci oraz jest wprowadzany z wyśmienitym wyczuciem czasu. 

To jest kino akcji, tak jak każda część serii, więc jeśli ktoś oczekiwał wymyślnej fabuły, to pomylił seanse. Nie oszukujmy się - filmy akcji mają być oparte właśnie na niej, na widowisku, a historia ma być sensowna, ciekawa i musi wywoływać emocje w odpowiednich momentach. Chris Morgan w tym aspekcie stawia na prostotę, starając się nie przekombinować i szybko prezentuje klarowne rozstawienie pionków na planszy. Wbrew pozorom w aspekcie fabularnym ten film może być ważniejszy dla serii, niż początkowo można przypuszczać, bo (niewielkie spoilery) przedstawiono widzom tajną organizację niczym z filmów o Bondzie, która jest potężna i ma określony, destrukcyjny cel. Trudno byłoby uwierzyć, że jej szef, który na razie pozostaje tajemniczym złoczyńcą, nie odegra większej roli w całej serii. Wydaje się, że może być to wątek do rozwinięcia w Szybkich i wściekłych 9, a potem docelowo w kontynuacji Hobbsa i Shawa. Oczywiście, jak w dobrych serialach przystało, w finale mielibyśmy wielką konfrontację. Wierzę, że twórcy mają tutaj większy pomysł skoro kolejne dwie części podstawowej serii są ogłoszone, a postać Cipher (Charlize Theron) ma w nich wrócić. A do tego ten film bardzo dobrze działa jako rozwinięcie tytułowych bohaterów, bo poznajemy lepiej Hobbsa, jego przeszłość i popełniane błędy (nie jest tak idealny jak sugerował) oraz Shawa, który dla równowagi nie jest taki zły, jak mówiono. A do tego zapowiedziano dwie postacie na potencjalny sequel grany przez dwa rozpoznawalne nazwiska.

David Leitch to kaskader, który stał się całkiem niezłym reżyserem. Wie, jak sprawnie opowiadać historię, by utrzymać dobre, równe tempo, pozwalając na chwile oddechu. Przede wszystkim jednak wie, jak tworzyć sceny walk, pościgów i tego wszystkiego, co tworzy widowisko. Tradycyjnie legendarna ekipa kaskaderów z 87Eleven bryluje na ekranie, racząc nas raz za razem wyśmienitymi pomysłami na choreografię pojedynków, prawidłowo dopasowaną do umiejętności walczących (np. Roman Reigns wykorzystuje swoje popisowe rzuty z wrestlingu). Hobbs jest bardziej oparty na brutalnej sile, prostych, acz skutecznych ciosach, a Shaw to finezja, sztuki walki nadające jego walkom wrażenia oglądania eleganckiego tańca śmierci. Przez to też Jason Statham bryluje na ekranie, przypominając, że nadal jest w świetnej formie, a jego umiejętności wciąż zachwycają. Tak personalnie cieszy mnie jego pojedynek z weteranem kaskaderki Danielem Bernhardtem (swego czasu też aktor kina kopanego), który w klimatycznie nakręconej lokacji prezentował się emocjonująco. Mamy tego oczywiście więcej, bo nie brak pościgów pasujących do klimatu serii, skrajnie przesadzonych scen opartych na efektach komputerowych (widziany w zwiastunach łańcuszek z samochodów... Coś pięknego!) oraz dobrego pojedynku ze złoczyńcą, w którego dobrze wciela się Idris Elba. Jasne, jego motywacje są proste, banalne i oczywiste, ale nie ma to znaczenia, bo Elba to charyzma, dystans w kreacji postaci (Czarny Superman) i moc w scenach walki, w których widać, że to on wykonuje choreografię. Finałowy pojedynek w pewnym stopniu inspirowany trylogią Matrix (Leitch pracował tam jako kaskader) stanowi dobrą kulminację rozrywkowej opowieści. Vanessa Kirby zasługuje na osobny akapit, bo również sprawdza się jako siostra Shawa, która w jakimś stopniu nadaje tej fabule serca. Jeśli pamiętacie ją z filmu Mission: Impossible – Fallout, wiecie, że aktorka ma w sobie coś magnetycznego plus przekonuje w scenach akcji (widać, że w niektórych na pewno gra sama, a jej choreografie są pomysłowe i przekonujące). Świetny wybór.

Tak naprawdę to pod kątem budowania efektownej rozrywki trochę rozczarowuje finałowy wątek na wyspach Samoa. Z jednej strony to miejsce nadaje wydarzeniom kapitalnego klimatu, a operator zadbał o to, by podkreślić piękno krajobrazu. Z drugiej strony bitwa z armią Brixtona jest zaskakująco krótka. Nie zrozumcie mnie źle - walki pod kątem choreografii, chaosu są dobre, Siva Tau (samoański taniec wojenny, ich odmiana Haki) nadaje temu wyjątkowej atmosfery, ale coś nie gra z realizacją. Tak jak każdy pojedynek ma świetnie prowadzoną kamerę w stylu Leitcha, gdzie doskonale widzimy walczących, choreografię i popisy kaskaderskie, tak w trakcie walki na Samoa praca kamery jest dziwnie chaotyczna - jest ona jakaś rozedrgana i trudno oczom śledzić poszczególne ciosy i podziwiać pracę kaskaderów. Tak jakby w tym miejscu ktoś za bardzo chciał podkreślić bitewny chaos i ta decyzja okazała się nienajlepsza. Tu prosiło się, aby było to dłuższe, lepiej nakręcone, bo tak naprawdę wielka kulminacja pod tym aspektem rozczarowuje, bo raz, dwa i przenosimy się do następnej sceny akcji.

Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw to rozrywka idealna na lato. Jeśli ktoś jest fanem serii i podobały mu się zwiastuny, będzie bawić się kapitalnie, bo ten film ma to wszytko, za co Szybcy i wściekli są lubiani i więcej, ponieważ Leitch stawia bardziej na praktyczne rozwiązania i kaskaderkę, mniej na efekty komputerowe (aczkolwiek tych nie brakuje). Jest to jeden z takich filmów, który wydaje się nie rozczarowywać, bo daje dokładnie to, co zapowiadał: szaloną, przegiętą, wesoła rozrywkę, którą ogląda się z czystą przyjemnością. Nie jestem przekonany, czy zachęci osoby, które nie przepadają za serią Szybcy i wściekli, ale na pewno ma w sobie pierwiastek świeżości. Dostrzec go można w warstwie rozrywkowej i nadaje on temu troszkę innego charakteru. Akcenty są ciut lepiej rozłożone, przez co ani nie jesteśmy przytłaczani rozmowami o rodzinie, ani też przesadzonym CGI, a mamy więcej walk opartych na świetnych popisach kaskaderskich. Piękny festiwal akcji! Zabawa na całego.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV