Titans: sezon 2, odcinek 4 - recenzja

W serialu Titans pojawił się Aqualad, Deathstroke natomiast dał o sobie znać jeszcze mocniej. Sęk w tym, że to wciąż za mało, by poprawić jakość tej produkcji.

Ocena recenzenta:
3/10

W serialu Titans pojawił się Aqualad, Deathstroke natomiast dał o sobie znać jeszcze mocniej. Sęk w tym, że to wciąż za mało, by poprawić jakość tej produkcji.

Piotr Piskozub

Piotr Piskozub

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Miało być tak pięknie, skończyło się jak zawsze. Twórcy Titans zamiast wprowadzać nową jakość w ekranowy świat superbohaterów, postanowili przestać już dłużej okłamywać i widzów, i samych siebie nawzajem, odsłaniając przed nami swoje nie tak znowu zakamuflowane cele. Chodzi im więc o to, by wpisać się w oczekiwania współczesnych amerykańskich nastolatków i przetrącić komiksową rzeczywistość młodych herosów. Choćby wrzucając ich w samo centrum emocjonalnej aż do przesady teen dramy, która bardziej niż w stronę przesuwania fabularnych środków ciężkości zmierza ku mianu jeszcze jednej opowiastki spod znaku płaczu, wewnętrznych rozterek i innych miłostek. W odcinku Aqualad widać to jak na dłoni; zasadnicza oś historii sprowadzona jest do zalotów tytułowego bohatera, który smali cholewki do Wonder Girl, ale dziewczyna miota się w swoich uczuciach. Jeśli na drugim planie operuje Deathstroke do spółki z Doktorem Light, to tylko po to, by pozorować jakieś większe zagrożenie. Straszno jest tu nie dlatego, że Slade Wilson posyła kulki w ramach swojego upiornego planu, ale głównie z powodu twórczej indolencji. Rozsypali się nam Tytani w drobny mak, plotą sobie trzy po trzy o życiu i całej reszcie; powiesz, że coś za nimi chodzi, jakieś demony przeszłości, że jutro będzie lepiej. Obiecanki cacanki. Innego końca świata dla tych wersji herosów nie będzie. 

Aqualad przychodzi do nas w formie retrospekcji, które rozgrywają się 5 lat przed aktualnymi wydarzeniami - już sam ten zamysł scenarzystów stoi niebezpiecznie blisko największego i jedynego rzeczywistego wroga Tytanów, wszędobylskich ekranowych genez. Twórcy z uporem maniaka wychodzą z założenia, że przeszłość członków drużyny jest tak skomplikowana, iż siłą rzeczy będzie nas intrygować. Gdy jednak zobaczymy, jak uśmiechnięci herosi spuszczą łomot temu czy innemu złoczyńcy, by potem poimprezować, wpadniemy w konsternację. To balanga i nudnawe miłosne relacje są tu bowiem gwoździem programu, nie zaś to, że psychika protagonistów nieustannie znajduje się pod ostrzałem. Aqualad i Wonder Girl mają się ku sobie, ale pierwszy z nich kończy z kulą w klatce piersiowej? Wielu z widzów poczuje w tym momencie ulgę. Postać młodego wojownika z Atlantydy jest na ekranie przedstawiona koszmarnie; to irytujący chojrak, który dla kamuflażu zaczytuje się w klasyce literatury. Przynajmniej początkowo odpychająca absztyfikanta Donna wtóruje mu na całej linii - jej stanie w rozkroku pomiędzy uczuciem a związanymi z Temiskirą powinnościami jest zupełnie niewiarygodne. Wątek tej relacji nawet przez sekundę nie angażuje. Co więcej, krucjata Deathstroke'a nie jest tu sednem, a jedynie dodatkiem do tego, czy młoda para ostatecznie się w sobie zakocha. Komiksowy Terminator musi cierpieć katusze, skoro biega tu i tam, strzela i siecze, jednak robiąc to bezmyślnie, jakby scenarzyści postanowili go ograbić z jego złowieszczej natury. 

Sposób potraktowania wydawałoby się głównego antagonisty obecnego sezonu woła o pomstę do nieba. Jest, bo jest, chciałoby się powiedzieć, a jego działania w przeszłości skwitować wzruszeniem ramion. Gorzej tylko, że w kolejnym odcinku mamy poznać i jego genezę - jeszcze kilka tygodni temu taki obrót spraw przyjęlibyśmy w ciemno. Teraz na tym polu mamy prawo obawiać się najgorszego, skoro umysł scenarzystów bardziej niż sam Deathstroke zdaje się rozpalać to, że ten posiada dzieci. Jeśli je ma, to stąd już rzut beretem do kolejnych emocjonalnych rozterek, co doskonale oddaje finałowa scena ostatniego odcinka. Slade Wilson wcale nie wypada jednak najgorzej na poletku miłośników zła - jest jeszcze przecież prawdziwe kuriozum, Doktor Light. Ten jawi się jako uboga wersja najgorszych komiksowych złoczyńców; nie dość, że strój ma jak ze szkolnego teatrzyku, to i inteligencją raczej nie grzeszy. Ot, osobliwa wariacja na temat goryla Grodda z prądem w ręku, tylko w tym przypadku nie ponadprzeciętny, a faktycznie małpi rozum go warunkuje. Kuriozalnie prezentują się jego pojedynki z Tytanami, ginące coraz częściej w oparach koszmarnych efektów specjalnych i kuriozalnych wygibasów. W tej materii prym wiodą Donna i Dawn, które w ostatnim odcinku dostały prawdziwe pole do popisu i mogły powalić wrogów jednym ruchem ręki w ramach slow motion. Można ziewać tak mocno, że żyłka pęknie. 

Jak doskonale wiecie, na początku obecnej odsłony serii dawałem temu serialowi taryfę ulgową, może nieco zbyt naiwnie wierząc, że los się musi odmienić. Wszystko wskazuje jednak na to, że nie w tym przypadku. Titans zaginęli w akcji, może gdzieś pomiędzy kolejną bieda-naparzanką z Doktorem Light a baraszkującymi Aqualadem i Wonder Girl. Serial z całkowicie niezrozumiałych przyczyn zaczął równać do poziomu emocjonalnych historyjek w typie Supergirl, które może i spełniają swoją nastolatkową misję, ale nie dadzą poczucia satysfakcji nieco dojrzalszemu fanowi produkcji superbohaterskich. Nadejdzie jeszcze Superboy, Dick zamieni się w Nightwinga, trajektoria kolizyjna Tytanów i Deathstroke'a da o sobie znać. Czy to jednak wystarczy, aby uratować obecny sezon? Szczerze wątpię, choć chciałbym się, rzecz jasna, mylić. 

Źródło: Zdjęcie główne: DC Universe/Screen Rant

Titans

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV