Watchmen: sezon 1, odcinek 7 - recenzja

Watchmen zdecydowanie popycha akcję do przodu, ale też zmienia nieco ton opowieści. Co więcej, pewne rozwiązanie proponowane w końcówce epizodu może wydać się co najmniej zaskakujące.

Ocena recenzenta:
8/10

Watchmen zdecydowanie popycha akcję do przodu, ale też zmienia nieco ton opowieści. Co więcej, pewne rozwiązanie proponowane w końcówce epizodu może wydać się co najmniej zaskakujące.

Wiktor Fisz

Wiktor Fisz

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Jeśli dwa poprzednie epizody Watchmen podążały ścieżką wytyczoną przez Pozostawionych, to najnowsza odsłona ma w sobie nieco z Zagubionych, a tu i ówdzie może zapachnąć również serialem Westworld. Oczywiście Watchmen to produkcja o autonomicznym charakterze, jednak trudno ustrzec się naleciałości, szczególnie jeśli twórca chętnie sięga po wypracowaną wcześniej stylistykę. Nie ma w tym nic złego, szczególnie jeśli korzysta się z ukształtowanej konwencji w sposób kreatywny. Finałowy cliffhanger stawia opowieść na głowie, a obrany kierunek fabularny z pewnością spodoba się wszystkim fanom fantastyki. Dla pozostałych może okazać się nieco dyskusyjny.

Bieżący epizod przynosi sporo wyjaśnień. Część z nich spada na nas jak grom z jasnego nieba. Myślę, że większość widzów była zaskoczona nagłą woltą żony Crawforda. Kawaleria wreszcie pokazuje swoją twarz i ujawnia plany. Okazuje się, że celem jest Doktor Manhattan, który wcale nie przebywa na Marsie, a jest całkiem niedaleko. Ukrywa się bowiem w ciele Calvina – męża Angeli. Informacja ta wprawia nas w konsternację w ostatnich sekundach odcinka, więc na rozwinięcie tego wątku będziemy musieli jeszcze trochę poczekać. Jak twórcy będą chcieli poprowadzić tę historię, żeby nie wpadła w okowy tendencyjności i wymyślności, trudno powiedzieć. Trzeba jednak mieć wiarę w moc twórczą Lindelofa i spółki, bo z niejednego fabularnego galimatiasu wyszli obronną ręką.

Dwa poprzednie epizody były prawdziwą artystyczną ucztą. Teraz dostajemy pod tym względem nieco bardziej tradycyjną opowieść, więc może pojawić się wrażenie pewnego spadku poziomu. Pamiętajmy jednak, iż mamy tutaj do czynienia z serialem, który musi rozwijać się fabularnie. Jesteśmy już na ostatniej prostej pierwszego sezonu i jeśli chcemy otrzymać satysfakcjonujące odpowiedzi, nie możemy skupiać się jedynie na wymuskanych artystycznie segmentach. Opowieść w Watchmen dostaje porządnego kopa i bardzo dobrze, że tak się dzieje, bo przecież nie chcielibyśmy, żeby serial zostawił nas ze zbyt dużą liczbą znaków zapytania. Omawiana odsłona wyjaśnia naprawdę wiele. Nie oznacza to oczywiście, że wszystkie karty zostają odkryte.

Wreszcie dowiadujemy się nieco więcej o Lady Trieu. Postać przestaje być tajemnicą, jednak trudno powiedzieć, czy bohaterka robi więcej dobrego, czy złego dla opowieści. Jej wątek wprowadza klimat rodem z Legionu Noaha Hawleya. Po intymnej historii człowieka w traumie i nacechowanej motywami społecznymi retrospektywie teraz dostajemy coś z pogranicza science fiction. Klonowanie, zabawa genami, wątpliwie moralne eksperymenty – wszystko to jest oczywiście ukłonem w stronę komiksowych poczynań Ozymandiasza. Pamiętajmy, że Strażnicy Alana Moore'a to nie tylko kontekst społeczny, komentarz polityczny czy metafora filozoficzna. Komiks połączył powyższe z wątkami science fiction. Zrobił to w sposób płynny i bezbolesny, z czym ewidentnie miał problem Zack Snyder.

Serial próbuje kroczyć drogą wytyczoną przez autora pierwowzoru literackiego i omawiany odcinek jest tego najlepszym przykładem. Uczciwie przyznać trzeba jednak, że produkcja bardziej przekonująco wypada wtedy, gdy bierze się za bary z patologiami społecznymi. Oczywiście nie widzimy jeszcze całego obrazka, ale momentami można odnieść wrażenie, że twórcy plączą fabularne nici tylko po to, żeby zawiązać widzom w głowie zagmatwany supeł. Być może wkrótce okaże się, że motywy, takie jak córka będąca matką czy gigantyczny słoń, prowadzą do czegoś konkretnego, ale w tym momencie sprawiają wrażenie jedynie udziwniającego opowieść ozdobnika. Z drugiej strony, słonie ze swoją wielką pamięcią mogą być doskonałym zbiornikiem na ludzkie wspomnienia. Może w tę stronę kombinują twórcy?

Ciekawy natomiast wydaje się pomysł na Nostalgię – substancję, pod wpływem której ludzie mogą przeżywać cudze wspomnienia. W omawianym odcinku poznajemy genezę preparatu i sam pomysł wydaje się strzałem w dziesiątkę. Świetnie wypada również quasi-proces sądowy Adriena Veidta. Postępowanie mające formę przedstawienia teatralnego, a raczej farsy, to kolejny krok w narastającej megalomanii Ozymandiasza. Mimo że zamordował miliony, człowiek jest zbyt małą istotą, żeby go sądzić. Veidt jest ponad wszystko, co ludzkie, czego symbolem jest lekceważące zachowanie podczas procesu. Oczywiście wciąż nie wiemy, gdzie obecnie znajduje się zbrodniarz i jaką rolę odegra w toczących się wydarzeniach. Segmenty z jego udziałem są wisienką na torcie każdego z odcinków, więc nie mielibyśmy nic przeciwko, żeby jeszcze przez jakiś czas pokręcił się w kółko w oparach absurdu i nonsensu.

Najnowszy odcinek bardzo dużo wyjaśnia, a opowieść zmierza do wielkiej konkluzji. Na scenę wkracza Doktor Manhattan. Zwiastun kolejnego odcinka sugeruje, że będziemy mogli go wreszcie zobaczyć w całej okazałości. Jaki pomysł mają twórcy na wprowadzenie tej postaci? Z pewnością szykują coś nieszablonowego. Pamiętajmy, że w przeszłości John związany był z Laurie. W bieżącym sezonie mieliśmy kilka scen z udziałem agentki FBI i Cala – czyżby dało się z nich wyczytać pewne przesłanki zbliżających się wydarzeń? Na wyjaśnienie czeka jeszcze los dziadka Angeli i Zwierciadła, który już od dłuższego czasu pozostaje nieobecny. Przed nami wciąż jeszcze wiele smakowitych dań na tej wspaniałej telewizyjnej uczcie.

Źródło: zdjęcie główne: HBO

Watchmen

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV