Przeczytaj w weekend

Wojna Nieskończoności - recenzja komiksu

Wojna Nieskończoności trafiła już na polski rynek. Jestem niemal pewien, że kontynuacja komiksowej Rękawicy Nieskończoności jest tym, czego potrzebujecie, jeśli po seansie Avengers: Endgame czujecie się odrobinę nieswojo...

Ocena recenzenta:
9/10

Wojna Nieskończoności trafiła już na polski rynek. Jestem niemal pewien, że kontynuacja komiksowej Rękawicy Nieskończoności jest tym, czego potrzebujecie, jeśli po seansie Avengers: Endgame czujecie się odrobinę nieswojo...

Jak niektórzy z Was mogą pamiętać, w grudniu rozpływałem się nad komiksem Rękawica Nieskończoności - pozycją, która dla Marvela stała się kamieniem milowym pod kątem i narracyjnym, i sprzedażowym. Opowieść o Thanosie, który chcąc przypodobać się personifikacji Śmierci, postanowił wyciąć w pień połowę istnień we wszechświecie, zrewolucjonizowała historie obrazkowe i całą popkulturę. To ona kładła fundamenty pod to, co fani MCU zobaczyli w filmach Avengers: Wojna bez granic i Avengers: Koniec gry. Nie dziwi więc fakt, że na fali sukcesu pierwowzoru Dom Pomysłów kuł żelazo, póki gorące, i zaoferował czytelnikom kontynuację historii, która trafiła już na polski rynek jako Wojna Nieskończoności. Skoro jej scenarzystą jest Jim Starlin, mocarz nad mocarze jeśli chodzi o narracyjny rozmach i bombardowanie odbiorcy kosmiczną maestrią, to powinniśmy zakładać, że wióry będą lecieć. I tak faktycznie się dzieje; mamy tu do czynienia z opowieścią, która skalą, zamaszystymi posunięciami w prezentowaniu wydarzeń i dynamiką akcji ani na krok nie ustępuje pierwszej części trylogii. Co więcej, wielu z Was będzie miało okazję jeszcze lepiej poznać Adama Warlocka, postać, która miłośnikom MCU coraz częściej kojarzy się z superbohaterskim świętym Graalem. Oto Wojna Nieskończoności - dla kochających komiksy historia jawiąca się jak monumentalny pomnik. 

Z Rękawicy Nieskończoności dowiedzieliśmy się, że artefakt koniec końców trafił do Warlocka, który już w poprzedniej części historii musiał stoczyć batalię ze swoim mrocznym alter ego z przyszłości, Magusem. Złoczyńca powraca jeszcze silniejszy, chcąc wejść w posiadanie wszystkich Klejnotów Nieskończoności. W dążeniu do upragnionego celu nie ma on sobie równych; dość powiedzieć, że wypuszcza zasłonę dymną w postaci przyzywania złowrogich wersji herosów. Zagrożenie, które początkowo wyglądało na jeszcze jedną potyczkę dobra ze złem, zaczyna powoli wymykać się spod kontroli. Starlin niczym wytrawny pokerzysta przesuwa kolejne akcenty fabularne i poszerza skalę wydarzeń, a wielopoziomowa bitwa superbohaterów z antagonistą rozlewa się po całym kosmosie. Jest tu tak przerażająco, że ramię w ramię do walki z Magusem tuż obok Warlocka stają nie tylko opiekunowie Klejnotów, zgromadzeni w ramach Straży Nieskończoności, ale i sam... Thanos. Kosmiczne problemy w jednej tylko chwili przybierają wydawałoby się banalną formę, bo czy Szalonemu Tytanowi można w ogóle ufać? Czasu na odpowiedź nie ma; herosi raz jeszcze muszą przywdziać swoje superbohaterskie fatałaszki i tłuc się do krwi ostatniej. Nawet jeśli sądzicie, że skądś już ten motyw znacie, to nie liczy się tyle to, co trykociarze robią, ale jak to robią. Pod okiem scenarzysty działają bowiem tak, jakby chcieli nam zafundować całą serię mentalno-popkulturowych orgazmów. W to mi graj, panie Starlin. 

Co tu dużo mówić, jeśli autor komiksu miałby dostać jakiś charakterystyczny przydomek w branży, powinno nim być słowo "Crossover". Na polu łączenia postaci i zderzenia ze sobą poszczególnych marvelowskich mikroświatów Starlin jest niedoścignionym mistrzem, który w sobie tylko znany sposób całą trykociarską armię potrafi bezpiecznie przeprowadzić przez kolejne wybuchy, niezliczone starcia, sieć fabularnych twistów i inne fajerwerki. W Wojnie Nieskończoności aż roi się od bohaterów - od tych najbardziej znanych po drużyny pokroju Alpha Flight. Co prawda ich wątki rozgrywają się poniekąd w cieniu batalii Magusa z Warlockiem i Thanosem, jednak w żadnym miejscu nie odczujemy w tej materii powierzchownej ekspozycji postaci tudzież ilościowego chaosu. Starlin nad tak wielowątkową opowieścią panuje w sposób totalny, doskonale zdając sobie przy tym sprawę, że nie może zanudzić czytelnika ani przez chwilę. Coś dla siebie w tym komiksie odnajdą więc i fanatycy skomplikowanych fabuł, i rozkochani w superbohaterskim mordobiciu. Mnóstwo tu ubogacających historię dialogów, ale równie wiele jatek i potyczek o przeróżnej skali i natężeniu. W dodatku kosmos na starlinowską modłę ma swój charakterystyczny element, zaklęty w jakiejś trudnej do opisania, niewypowiedzianej wprost sile, której blisko do metafizycznej Tajemnicy Wszechrzeczy. 

Takie podejście scenarzysty doskonale kontrastuje z tym, jak zagłębia się on w psyche poszczególnych postaci. Widać to zwłaszcza na przykładzie doskonale rozpisanego Thanosa, którym nieustannie targa wewnętrzny konflikt. Szalony Tytan balansuje na granicy chęci posiadania władzy i świadomości, jak tragiczne konsekwencje mogą się z nią wiązać. Na tym jednak nie koniec, skoro Starlin podejmuje również problem skomplikowanych relacji niegdysiejszego złoczyńcy z jego przybraną córką, Gamorą. Jeśli zaś w całej opowieści chcielibyśmy dopatrzyć się mankamentów, to są one niejako konsekwencją tak kapitalnego potraktowania Thanosa na kartach tej historii. Na tym tle blednie bowiem nieco przeszłość i motywacje kierujące Magusem. Tak, to bez dwóch zdań łotr z prawdziwego zdarzenia, jednak będzie mu daleko do emocjonalnej głębi i oparów szaleństwa Szalonego Tytana. Pewną formą rekompensaty na tym polu staną się ekspozycje drugo- czy nawet trzecioplanowych postaci. Przynajmniej niektóre z nich wydają się zachowywać w sposób odmienny od powszechnie przyjętego, superbohaterskiego modelu, jednak nie może być inaczej, skoro na szali został położony los wszechświata. 

Narracyjna perfekcja raz jeszcze znalazła świetne dopełnienie w warstwie graficznej, za którą odpowiadało aż pięciu rysowników: Shawn McManus, Tom Raney, Ron Lim, Angel Medina i Larry Alexander. Zwłaszcza ilustracje przygotowującego główną część historii Lima przypomną nam o - mam taką nadzieję - starych dobrych latach 90. Szczypta przerysowania, odrobina realistycznej kreski, spora garść detali, a wszystko to przyprawione jeszcze feerią zdawałoby się krzykliwych barw, tak charakterystycznych dla komiksów ostatniej dekady XX wieku. Wirtuozerię rysowników widać bodajże najpełniej w sposobie ekspozycji twarzy większości postaci; na obliczach bohaterów w jakiś przedziwny sposób zostaje bowiem zaklęty ich charakter, od zmagającego się z szaleństwem Thanosa przez prostolinijnego Draxa po zatroskanego rozwojem wydarzeń Kapitana Amerykę. 

Wojna Nieskończoności to niezwykle udana kontynuacja Rękawicy Nieskończoności; biorąc pod uwagę skalę, mamy tu do czynienia z kolejną historią, która utorowała sobie drogę do zyskania statusu "legendarnej". Jim Starlin w swojej opowieści kapitalnie połączył rozmach ukazywanych wydarzeń i pogłębianie psychologii postaci z klasyczną rozrywką, która pozwala jeszcze lepiej odnaleźć się w gąszczu wątków i zaskakujących zwrotów akcji. Co więcej, zapoznanie się akurat z tą historią pozwoli nam odrobinę inaczej spojrzeć na niedawne wydarzenia z MCU - jeśli film Avengers: Endgame Was przytłoczył, to z pewnością dacie się ponieść także fabularnej kanonadzie Starlina. A przecież na tym nie koniec; już niebawem na nasz rynek trafi domykająca całą komiksową trylogię Krucjata Nieskończoności. Polscy fani Marvela mają w ostatnim czasie naprawdę dużo powodów do radości - scenarzysta recenzowanego tomu może Wam podpowiedzieć, co zrobić, gdy tych powodów w jednej tylko chwili pojawia się... nieskończenie wiele. 

Źródło: Zdjęcie główne: Marvel

Wojna nieskończoności

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV