Wolne bity - recenzja filmu

Wolne bity to dramat o młodym czarnoskórym chłopaku, który ma niezwykły talent do tworzenia muzyki. Potencjał duży, ale nie wszystko się udaje.

Ocena recenzenta:
5/10

Wolne bity to dramat o młodym czarnoskórym chłopaku, który ma niezwykły talent do tworzenia muzyki. Potencjał duży, ale nie wszystko się udaje.

Adam Siennica

Adam Siennica

Tagi:  netflix 

Wolne bity mają na pewno mocny i niespodziewany początek, gdy poznajemy traumę głównego bohatera. Niebezpieczna dzielnica, gangi, porachunki - to wszystko jest prostą drogą do tragedii. Chłopak zamyka  się w sobie i na rozkaz mamy, przez miesiące nie wychodzi z domu, zagłębiony w tworzenie muzyki, której inspiracją jest jego siostra. Gdy ochroniarz ze szkoły, a dawniej odnoszący sukcesy menadżer raperów, przypadkiem dostrzega pracę chłopaka, rusza lawina wydarzeń.

Nie da się ukryć, że potencjał historii o muzycznym geniuszu po przejściach  jest ogromny. Pod katem emocjonalnym, fabularnym i puenty, która mogłaby mieć jakieś inspirujące przesłanie. To wszystko gdzieś po drodze się zgubiło i takim sposobem dostajemy historię szukania odkupienia przez człowieka, który nie do końca na nie zasługuje. A drogą jest właśnie ten młody chłopak z uchem do tworzenia bitów. Takim sposobem obserwujemy ich współpracę, rodzącą się przyjaźń, która jest zbawienna dla nich obu. Obaj dojrzewają do bycia tym, kim powinni być i porzucenia rutyny, która ich tłamsi. Nie brak w tym emocji, ale fabularnie wszystko idzie zgodnie z ustalonym gatunkowym wzorcem. Wkrada się przewidywalność i oczywiste rozwiązania, które doprowadzają do naturalnej konkluzji. To właśnie w tym aspekcie film marnuje potencjał na coś wybitnego, nigdy nie wychodząc ponad przeciętność.

Muszę przyznać, że muzycznie film trzyma poziom i pozwala uwierzyć w talent chłopaka. Muzyka brzmi dobrze, drzemią w tym emocje i zdecydowanie mówimy o najmocniejszym aspekcie tej produkcji. To własnie ta muzyka nadaje temu klimat i pozwala się wciągnąć w opowieść.

Problem zaledwie przeciętnej historii jest też związany z wprowadzeniem w nią mdłych schematów w fabułę. Marnowanie Uzo Aduby w roli matki aż boli, bo to aktorka wybitna, co widzieliśmy w serialu Orange is the New Black. Szczególnie, że wciela się w postać okropnie stereotypową o określonych skrajnych reakcjach. Anthony Anderson, choć się stara, jest aktorem komediowym i nie potrafi za bardzo wykrzesać z siebie potrzebnych pokładów emocji. Nie schodzi poniżej pewnego akceptowalnego i satysfakcjonującego poziomu, ale czuć bardziej, że nie został on dobrze pokierowany i jego niewątpliwy talent również został zmarnowany. To sprawia, że gdy dochodzi do tej przewidywalnej kulminacji, nie wzbudza ona ani zaskoczenia, ani oczekiwanych emocji. Po prostu jest i pozostawia raczej z obojętnością i lekkim rozczarowaniem.

Wolne bity to film zmarnowanego potencjału. Historia nie ma w sobie inspirującego zalążka, a zbyt dużo błahych rozwiązań fabularnych sprawia, że pozostaje jedynie przeciętniak. Dobrze się go ogląda, ale nie sprawia wrażenia, że to coś wartego tego czasu.

Źródło: zdjęcie główne: Netflix

Wolne bity

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV