Przeczytaj w weekend

Wolverine. Tom 1 – recenzja

Jak to dobrze, że oprócz ciągnięcia Marvel Now i DC Odrodzenia, Egmont częstuje nas solidnymi cegiełkami w postaci solowych przygód popularnych superbohaterów. Mieliśmy z takich cegiełek Czarną Wdowę i Hulka, mamy cyklicznego Punishera. Przyszedł też czas na Wolverine'a ze scenariuszem Jasona Aarona - zestaw, obok którego żaden fan komiksu nie powinien przejść obojętnie.

Ocena recenzenta:
7/10

Jak to dobrze, że oprócz ciągnięcia Marvel Now i DC Odrodzenia, Egmont częstuje nas solidnymi cegiełkami w postaci solowych przygód popularnych superbohaterów. Mieliśmy z takich cegiełek Czarną Wdowę i Hulka, mamy cyklicznego Punishera. Przyszedł też czas na Wolverine'a ze scenariuszem Jasona Aarona - zestaw, obok którego żaden fan komiksu nie powinien przejść obojętnie.

Na okładce Wolverine, Vol. 1 z lekka futurystycznie wystylizowany Logan patrzy gdzieś spod zmrużonych powiek, jakby momentalnie oceniał czające się gdzieś w dali zagrożenie. Uchwycono tu kwintesencję jednej z ulubionych przez fanów, komiksowych postaci, żyjącej za pan brat z niebezpieczeństwem, nieustannie wplątującej się w groźne afery i brutalne nawalanki. Tak, w albumie Jason Aaron nie ma zbytnio czasu na głębszą refleksję, czy rozterki miłosne, z których Logan też przecież jest dobrze znany. Jest akcja, jest szlachtowanie przeciwników, ale jest też jakiś rodzaj męki, że nie da się żyć inaczej, o czym najlepiej przekonuje krótka i intensywna historia Milę w moich mokasynach. Jest tak, jak powinno być. Ma boleć.

Jason Aaron, kształtując kolejne przygody Wolverine'a, traktuje swoje scenopisarskie zadanie nad wyraz poważnie, wyciągając z kultowej postaci jej esencję. Poważnie, bo nie przerysowuje bohatera i rzeczywistości wokół niego, jak czyni to Garth Ennis w przypadku Punishera. Obie serie są bardzo podobne, Aaron po prostu mocniej stoi na ziemi, nie stara się piętrzyć coraz to bardziej wymyślnych przeszkód na drodze swojego bohatera i być może z tego powodu jego opowieści nie wywołują aż tak skrajnych emocji, jak te Ennisa. Aaron po prostu wydaje się mieć plan na Wolverine'a. Kto czytał Scalped Vol. 1: Indian Country bądź Southern Bastards: Here Was a Man wie dobrze, że ów scenarzysta bardzo dba o wszystkie detale swoich dzieł. Problem w tym, że historie superbohaterskie tworzy się nieco inaczej - mniej tu artystycznej wolności, a za plecami czuć całe dziedzictwo marvelowskiego uniwersum i oddechy włodarzy wydawnictwa.

Dlatego też zestaw opowieści, który dostajemy w niniejszym albumie, raz że wydaje się nieco chaotyczny, dwa, do końca jednak nie przekonuje. Bardziej wygląda na testowanie przez autora różnych konwencji, różnych wersji opowiadania historii, niż skonsolidowane dzieło, które ma podążać do jasno wytyczonego celu. Niestety w superbohaterskich opowieściach trudno o coś takiego, gdzieś tam z boku czają się wymogi dotyczące charakteru kolejnych eventów, po prostu linia wydawnictwa, której nie powinno się przekraczać. Jason Aaron jednak całkiem dzielnie sobie radzi z tego typu przeszkodami, serwując nam pełnokrwiste, brutalne opowieści o Loganie. I owszem, czyta je się dobrze, ale wciąż nie można pozbyć się wrażenia niedosytu - być może dlatego, że uciekają nam inne wątki w tej rozległej, nie mającej wyraźnego początku historii, podzielonej na epizody, które czasem nie mają ze sobą nic wspólnego, oprócz głównego bohatera.

Fakt, że to po prostu wybór, fakt, że między przedstawionymi historiami są inne, których nie mamy tu okazji przeczytać niejednokrotnie powoduje wytrącenie z rytmu, kiedy już wejdziemy głębiej w którąkolwiek z fabuł. Wrażenie kompletności, mimo że też wyrwana z szerszego kontekstu  daje chyba tylko Dorwać Mystique, skupione na dwójce bohaterów i pierwszy, pojedynczy zeszyt, w którym Aaron pokazuje pełnię swego talentu. Za to Boskie przeznaczenie zwyczajnie nuży i irytuje graficznym chaosem. Aaronowe Weapon X robi duże wrażenie, ale niestety jest zbyt przewidywalne. Zaś debiutancka dla scenarzysty, krótka opowieść na końcu albumu, zatytułowana przewrotnie Dobry człowiek, również gubi dramaturgię w starciu z przewidywalnością. Słowem, niby jest bardzo dobrze, ale nie wszystkie elementy grają w tym zbiorze tak, jak powinny.

Stąd też, końcowa ocena albumu kształtuje się na poziomie szóstki. Skąd zatem siódemka? Ano stąd, że jednak Aaron samego Wolverine'a  czuje doskonale i dobrze wie, jak powinny wyglądać jego solowe przygody. Solowe - to w tym przypadku słowo klucz. Wolverine bez pomagierów, bez obciążeń w postaci innych X-Menów o większych skrupułach to postać, którą po prostu kochamy. Bezpardonowy, bezczelny, zimnokrwisty, ale i z rysem tragedii za sprawą tego, co mu się wciąż przydarza i od czego nie potrafi uciec. Mutant żyjący w swoim wewnętrznym piekle, w jakiś sposób z tym pogodzony i być może dlatego z taką łatwością wysyłający do piachu wszelkiej maści sukinsynów. Po prostu gość, który poświęcił i przeżył w swoim życiu wszystko - ktoś taki nie powinien mieć już nic do stracenia. Ale to wcale nieprawda -  i to nie tylko dlatego, że jego ciało posiada zdolności regeneracyjne. Oczywiście z tego powodu wciąż możemy śledzić jego kolejne, emocjonujące przygody, ale to skomplikowana osobowość bohatera czyni je tak zajmującymi. Zaś w ujęciu Jasona Aarona, mają one często posmak czegoś naprawdę wyjątkowego.

Źródło: fot. Egmont

Wolverine. Tom 1

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV