Gwiezdne Wojny - czy trylogia sequeli miała sens?

Kiedy powiemy sobie dość? Można sparafrazować znaną piosenkę zespołu O.N.A. Nadszedł koniec następnej przygody z sagą Gwiezdnych Wojen, a emocje - w końcu mogą pomału opaść. Czy tego chcieliśmy, czy nie, poznaliśmy dalsze losy bohaterów. Pytanie tylko – czy było warto?

Kiedy powiemy sobie dość? Można sparafrazować znaną piosenkę zespołu O.N.A. Nadszedł koniec następnej przygody z sagą Gwiezdnych Wojen, a emocje - w końcu mogą pomału opaść. Czy tego chcieliśmy, czy nie, poznaliśmy dalsze losy bohaterów. Pytanie tylko – czy było warto?

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

No, właśnie - warto czy nie warto? Choć pewnie teraz podniesie się wiele głosów oburzenia, prawda jest taka, że nowa trylogia musiała w końcu powstać.Tu żadnej niespodzianki nie będzie. Po pierwsze, ze względów finansowych - Hollywood nie lubi wypuszczać wolno swoich kur znoszących złote jaja, a Gwiezdne Wojny były na pewno tą bardziej dorodną. Pardon, były - są i będą, bo nieważne, czy producenci zdecydują się wrócić do sagi Skywalkerów (a moim zdaniem, na pewno, choć nie w najbliższej przyszłości - ale jest to temat na inny artykuł), czy nie, to nadal pozostaje milion historii, które chcą i będą opowiadać. I za które będą mieli niezłe pieniądze. Jednak odejdźmy od tej cynicznej perspektywy - nowa trylogia musiała powstać również dlatego, że, jak niestety się okazało, to był jeden z ostatnich momentów, by połączyć starą “trójcę” Gwiezdnych Wojen. Co, myślę, zaprzątało głowy fanów i producentów od dawna. Więc tak, wcześniej czy później, musieliśmy zobaczyć nazwisko Skywalker na ekranach kin. Pytanie tylko, czy sposób, w jaki zostało to wszystko zrobione, miało większy sens?

Disney a sprawa Gwiezdnych Wojen

Pewna część fandomu krytykuje w ogóle sam fakt, że to wytwórnia Disneya, kojarzona głównie z bajkami dla dzieci i kinem familijnym, odpowiada za tworzenie nowych opowieści w świecie Star Wars. Pamiętajmy jednak, że filmy od początku kierowane były głównie do młodszej części widowni, podobnie jak zresztą cała budowana wokół nich franczyza, związana z zabawkami, figurkami, klockami i grami. Oczywiście, uniwersum okazało się być na tyle pasjonujące, że znalazło również uznanie wśród dużej grupy dorosłych widzów i było w stanie wytworzyć wokół siebie cały fandom, dla którego powstawały ,,mroczniejsze” książki czy komiksy. Na tym zresztą polegał geniusz marketingowy George’a Lucasa, który był w stanie stworzyć opowieść dla całej rodziny, a przy tym bardzo dobrze zarobić na powstałych wokół niej produktach. A kiedy twórca Gwiezdnych Wojen zauważył, że powoli kończy się jego inwencja w tym zakresie i jego dzieła mogą przestać się wpasowywać w gusta współczesnej publiczności, sam zdecydował o przekazaniu ich komuś innemu. Nie zarzyna się przecież kury znoszącej złote jaja. Disney, jako producent kina familijnego, równie doświadczony w kwestii franczyzy i mający już w swojej stajni m.in. Marvel Studios i Pixara, był całkiem naturalnym partnerem. Dlatego w efekcie to on nabył w 2012 roku wytwórnie Lucasfilm wraz z prawami do nazwy i znaku towarowego Star Wars. Kathleen Kennedy została nową szefową Lucasfilm, podczas gdy sam Lucas zachował prawo do konsultowania nowych filmów w uniwersum.

Niemniej jednak związki Disneya z Gwiezdnymi Wojnami są nieco starsze, a chociażby Wojny Klonów (które co prawda emitowane były od 2008 roku, czyli jeszcze przed przejęciem), a nawet i Rebelianci, typowe animowane produkcje dla młodszej widowni, zostały przez widownię przyjęte życzliwie i spotkały się z pozytywnym odbiorem fandomu. Poza tym, produkowane po przejęciu przez Disneya spin-offy również nie budzą aż tak wielkich kontrowersji, Łotr-1 dla wielu okazał się przyjemną odskocznią po Przebudzeniu Mocy, dobre opinie zbiera też Mandalorian. Mieszane uczucia budził Han Solo, choć moim zdaniem film ten zderzył się z przesadną i nie do końca zasłużoną krytyką. Jako opowieść o Hanie Solo bardzo dobrze wpisywał się w konwencję Gwiezdnych Wojen, a zaszkodziły mu przede wszystkim problemy samej produkcji i kontrowersje wokół obsadzenia Aldena Ehrenreicha w tytułowej roli.

fot. Disney+

Nowa trylogia i stary kanon Gwiezdnych Wojen

Zarzuty podnoszone przez fandom wobec disnejowskiej trylogii dotyczą przede wszystkim tego, że w dość radykalny sposób doszło do zerwania z dotychczasowym kanonem Gwiezdnych Wojen. Tu jednak warto by rozprawić się z paroma mitami narosłymi na jego temat.

Lucas po nakręceniu starej trylogii całkiem rozsądnie zakazał wymyślania historii dziejących się bezpośrednio przed wydarzeniami w niej ukazanymi, dając sobie wolną rękę przy tworzeniu prequeli. Większość kreatywności twórców związanych z uniwersum skierowała się więc na tworzenie opowieści o czasach po Powrocie Jedi, traktowanego wówczas jako zamknięcie filmowej sagi. Ich dzieła opowiadają o przygodach starych i nowych bohaterów na przestrzeni wielu lat po upadku Imperium, wprowadzają szereg nowych ras, postaci i opowieści o wydarzeniach równoległych do akcji oryginalnej trylogii. Niestety, w efekcie wiele jego elementów bywało ze sobą sprzecznych. Choć wiele osób podchodzi do tego z sentymentem i takie stwierdzenie może wywołać u nich oburzenie, trzeba przyznać, że ogromne uniwersum tworzone przez setki komiksów, gier i książek w gruncie rzeczy pozostawało na uboczu mainstreamu. Było przede wszystkim domeną gwiezdnowojennego fandomu, niestety, czasem toksycznego. To dodatkowo komplikowało całą sprawę, szczególnie z komercyjnego punktu widzenia.

To, że powstaną nowe filmy, ze wspomnianych już względów biznesowych, było dosyć naturalne - w końcu to one są ośrodkiem zainteresowania mainstreamu Gwiezdnymi Wojnami i to one oraz związana z nimi franczyza w postaci zabawek generują najwięcej dochodu. Lucas jeszcze przed sprzedażą swojej wytwórni zapowiedział zamiar nakręcenia kolejnej trylogii, a tę decyzję podtrzymał Disney w 2012, zapowiadając pierwszy film już na 2015 rok (ten pośpiech stał się zresztą źródłem wielu problemów, o czym za chwilę). 

Producenci stanęli przed trudnym wyborem. Kiedy umieścić nową opowieść? Jakakolwiek odskocznia daleko wstecz (z czasów Starej Republiki lub w ogóle starożytnych) czy daleko wprzód powodowałaby konieczność wprowadzenia i wypromowania zupełnie nowych bohaterów, w praktyce nie dając szans na wykorzystanie potencjału drzemiącego jeszcze w starych (i chodzi tu zarówno o potencjał sprzedażowy, jak i wykorzystanie aktorów, o czym dalej) oraz dostosowania opowieści do istniejącej już narracji. Ekranizacja opowieści z dotychczasowego kanonu, dziejących się niedługo po Powrocie Jedi pozbawiłaby widzów jakiegokolwiek zaskoczenia dotyczącego fabuły, gdyż sieć zalałaby fala spoilerów z książek i komiksów. Zresztą, najprawdopodobniej wzbudziłoby to jeszcze większe oburzenie najbardziej ortodoksyjnych członków fandomu, gdyby ekranowa kreacja wydarzeń odbiegała od ich wizji. Stąd też, decyzja o zamknięciu dotychczasowego ,,kanonu” jako legend i budowie nowego, w który weszła trylogii sequeli, wydaje się mimo wszystko najbardziej salomonowym wyjściem. Osobnym zagadnieniem jest jednak to, na ile spójny i konsekwentny obraz świata Gwiezdnych Wojen otrzymaliśmy w filmach JJ Abramsa i Ryana Johnsona?

Jar Jar Binks - fanartźródło: io9.com

Czy nowa trylogia Gwiezdnych Wojen miała sens?

Choć wiele można zarzucić George'owi Lucasowi (i patrzę tu na ciebie, Jar Jar) i wielu fanów lubi obrzucać pomyjami trylogię prequeli, nie można opowiedzianej przez niego historii odmówić jednego - była zaplanowana i w większości konsekwentnie prowadzona. Historia rodu Skywalkerów - rodzeństwa, a także ich ojca, prowadziła tak naprawdę do jednego wielkiego finału, jakim była część VI. Oczywiście, możemy w tym momencie kłócić się o kiepską grę aktorą grającego Anakina, nieścisłości, brak chemii z Padme czy tego przeklętego Jar Jara. Wiele zarzutów dotyczyło również nadmiernego wykorzystania CGI, zamiast dotychczasowych "analogowych" technologii efektów specjalnych, tym bardziej, że wraz z rozwojem technologii zastosowane rozwiązania dość szybko się zestarzały. Cały świat przedstawiony zresztą mocno odbiegał od tego, co wiedzieliśmy w oryginalnej trylogii i czego spodziewała się duża część fanów. Przede wszystkim Jedi to nie mistyczna grupa rycerzy-zakonników, lecz prężna organizacja, opierająca wykorzystanie Mocy na naukowych (tak, tak, te nieszczęsne midichloriany) podstawach, aktywnie zaangażowana w życie polityczne Republiki. Dla wielu zaskoczeniem było rozwiązanie tajemnicy wojen klonów, genezy Imperium, czy też istnienie Separatystów.

Tyle, że właśnie- trylogia prequeli wciąż oferowała coś nowego, ciekawego, a postacie były prowadzone z konsekwencją. Czego o nowej trylogii nie można powiedzieć. Trudno dokładnie stwierdzić, czego bał się JJ Abramsa. Zbyt dużego odejścia od historii Gwiezdnych Wojen, znanych od pokoleń? Zbyt bliskiego trzymania się dotychczasowych opowieści? I nie chodzi mi już nawet o samą zachowawczość JJ Abramsa, o której wspominał Adam Siennica. Cała podróż z nową trylogią to udawanie czegoś nowego, gdy pod przykryciem mamy wciąż to samo w gorszej wersji. Ja bym to nazwała: niezdecydowaniem.
Choć wiadomo było, że nie zadowolą wszystkich widzów, to producenci z Disneya, zamiast obrać jeden kierunek i trzymać się go ze wszystkimi konsekwencjami, zdecydowali się robić jeden krok do przodu i dwa kroki w tył. Kompletna zmiana życia Luke’a? Uwypuklenie znaczenia Lei? Poruszenie kwestii społeczno-ekonomicznej całego konfliktu w galaktyce (tak, temu miał służyć rajd przez kasyno w Canto Bight)? Okej, ale w tym samym czasie będziemy szli po starych i znanych motywach.
Nastolatek z pustyni odkrywający w sobie tajemne zdolności i lecący przez całą galaktykę w poszukiwaniu mistrza z mokradeł, który początkowo nie ma zamiaru go uczyć i zdaje się być obrażony na cały świat. Złowrogie Imperium (czy tam Porządek, jak zwał tak zwał), konstruujące potężną broń, zdolną niszczyć planety, dysponujące niezliczonymi oddziałami kiepsko strzelających typków w białych zbrojach. Garstka dzielnych powstańców, rekompensujących braki liczebne i sprzętowe osobistą odwagą i niezwykłą wręcz celnością (ba, czasem wystarczy sam fakt przejścia na ,,jasną stronę”, żeby od razu zyskać na celności), którzy swoimi małymi statkami zawsze będą w stanie wymanewrować potężne niszczyciele i krążowniki? Mroczny wojownik w masce, który zaczyna żałować swoich wcześniejszych wyborów i finalnie nawraca się na ,,jasną stronę”? Można tak ciągnąć w nieskończoność. Każde z tych zdań opisuje zarówno oryginalną trylogię, jaki i prequele, a ta sama opowieść widziana drugi raz ma posmak odgrzewanego kotleta i to nie do końca umiejętnie, bo u JJ Abramsa wszystko staje się wyolbrzymione, przerysowane, przez co nieraz wręcz karykaturalne.

Także niezdecydowanie, brak konsekwencji - to największy “grzech” najnowszych Gwiezdnych Wojen. A mieli się od kogo uczyć. Przecież sam George Lucas poprowadził Jar Jar Binksa w sposób co najmniej kulawy, przestraszony nienawiścią fanów do tej postaci. Gunganin, który miał być jednym z najważniejszych bohaterów, a nawet, jak głoszą plotki, głównym ,,złym", skończył jako comic relief (choć i tak odegrał dość istotną rolę jako zastępca senator Amidali). Szkoda, bo gdyby jednak Lucas szedł zgodnie z tym planem, mogłoby wyjść z tego coś ciekawego.

A J.J. Abrams postanowił, że nie nauczy się na błędach. Najpierw stworzył Przebudzenie Mocy, nijaki w gruncie rzeczy film o posmaku wspomnianego kotleta, któremu jednak, po latach oczekiwań na kolejny film z Gwiezdnych Wojen, dużo (za dużo chyba) wybaczono. Trudno powiedzieć, jaka była wówczas wizja J.J. Abramsa na resztę sagi (poza odkopywaniem starych wątków), bo kolejny film powierzono Ryanowi Johnsonowi. Producenci zdawali się wsłuchiwać w krytykę widowni, że część VII za dużo czerpie ze starej trylogii. Przy czym w tej krytyce chodziło chyba raczej o sam sposób, w jaki to się odbyło (dość karykaturalny i nachalny), a nie o same odwołania do sentymentu. Niemniej jednak postanowiono zrobić ,,nowe”. W efekcie Ostatni Jedi wywołał chyba największą dyskusję na temat Star Wars od czasów Mrocznego Widma. Z niewiadomych przyczyn, największą chyba mimo wszystko zaletę filmu Ryana Johnsona - ten powiew świeżości, który chciano osiągnąć - uznano tym razem za wadę i po raz kolejny reżyserię powierzono Abramsowi. A ten wydaje się chyba zupełnie zdezorientowany w tym, co robi, tworząc Skywalker. Odrodzenie.

Odkręcanie większości tego, co nakręcił jego poprzednik, ciągłe zmiany, tajemnicza wymiana Matta Smitha na Iana McDiarmida… Przykładów można podać o wiele więcej, jednak czy sam fakt odkopania głównego złego i pokazania wątpliwości targających naszą nieskazitelną dotąd Rey (i to w sposób do złudzenia przypominający wątek walki Luke’a w jaskini na Dagobah - te ziemniaczki też nie są najświeższe) wystarczą, aby naprawić i naprostować wcześniejsze błędy? Zresztą, postacie nowej trylogii wymagają oddzielnego omówienia.

gwiezdne wojny przebudzenie mocy - zdjęcieźródło: materiały prasowe
Strony:
  • 1 (current)
  • 2

Źródło: zdjęcie główne: reddit.com/user/chrlttvrn/

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV