Reklama
Reklama

Song to Song (2017)

Śr. ocena 6

Znasz ten film? Oceń!

0,0

Trailery i materiały video

Song to Song - trailer

Najnowsza recenzja redakcji

Terrence Malick powraca z filmiem w gwiazdorskiej obsadzie: Gosling, Fassbender, Portman, Kilmer. Oceniamy bez spoilerów.

Najnowszy film Terrence’a Malicka to współczesne love story, rozgrywające się w świecie muzycznej bohemy. BV (Ryan Gosling) i Faye (Rooney Mara) są szaleńczo zakochanymi w sobie marzycielami. Oprócz miłości łączy ich pragnienie zaistnienia w muzycznym świecie. Choć drzwi do kariery może otworzyć im muzyczny magnat Cook (Michael Fassbender), intencje cynicznego biznesmena nie są do końca jasne. Sprawy skomplikują się, gdy do miłosnego trójkąta dołączy jego nowa muza (Natalie Portman).

Reżyser Cienkiej Czerwonej Linii i Drzewa Życia zabrał się za temat młodych pięknych ludzi, którzy osiągnęli sukces, ale wciąż nie czują spełnienia w swoim życiu. Są zagubieni. Szukają szczęścia, choć nie wiedzą, gdzie je znaleźć. Widz błądzi wraz z bohaterami, snując się po pięknych apartamentach i obserwując z backstage’u gwiazdy m. in. Iggiego Popa, Patti Smith, Florence Welch czy Flea’ę z Red Hot Chili Peppers.

Film bazuje na stereotypach. Podczas gdy manager opływa w luksusach, jego klienci marzący o sławie, pragnący przebić się na rynku muzycznym zastanawiają się, jak związać koniec z końcem. Patrząc na jego bogactwo i pragnąc tego samego, zgadzają się na wszystko, co im zaproponuje. I to zarówno pod względem projektów muzycznych, jak i na tle seksualnym. Reżyser stawia pytania, czy z tego świata da się wyrwać lub osiągnąć pełnię szczęścia.

Oglądając Song to Song ma się poczucie chaosu i jednej wielkiej improwizacji. Ale takie jest właśnie kino Malicka, który niczym natchniony poeta skacze od wątku do wątku. Nagrywa kilkanaście godzin materiału, by większość wyrzucić do kosza podczas montażu. Nie kieruje się przy tym niczym innym, jak własnym widzimisię. Na planie jego najnowszego filmu pojawili się przecież Christian Bale i Benicio Del Toro, ale na ekranie ich nie zobaczymy. Ich sceny zostały usunięte. Zastąpiono je artystycznymi ujęciami pokoi w nowoczesnych wieżowcach. I tak przez ponad 2 godziny obserwujemy zamyślonego Ryana Goslinga patrzącego w dal, czy napalonego Michaela Fassbendera starającego się uwieść kolejną niewiastę.

Świetne są zdjęcia Emmanuela Lubezkiego, który skupia się na szczegółach z taką precyzją, że faktycznie ma się wrażenie przebywania z głównymi bohaterami w ekskluzywnych pomieszczeniach. Wszystko jest w nich na wyciągnięcie ręki. Z bliska obserwujemy też zmieniającą się mimikę twarzy bohaterów pojawiających się w danej scenie. Jest ona ukazana z dokładnością co do jednej zmarszczki. Dzięki temu zabiegowi możemy się poczuć, jakbyśmy to my przeprowadzali rozmowę na kanapie z Iggy Poppem skarżącym się na zmiany w show biznesie.

Sprawa jest prosta. Jeśli nie podobało wam się Drzewo życia czy Rycerz pucharów, to na Song to song się wynudzicie. Może nawet nie wytrwacie do końca. Terrence Malick prowadzi swój film w bardzo teatralny sposób, który dla jednych będzie pretensjonalny, a dla drugich genialny. Mnie nie porwał. Wolałem jednak styl, w jakim zrealizował Cienką czerwoną linię niż swoją najnowszą produkcję. Poczułem ulgę, gdy na ekranie pojawiły się napisy końcowe. Cieszyłem się, że film się skończył, a wraz z nim przygoda z głównymi bohaterami. Chyba nie takie uczucia chciał we mnie wzbudzić reżyser.

Pokaż całą recenzję

Obsada


Co o tym sądzisz?