Guns Akimbo - recenzja filmu

Daniel Radcliffe już dawno przyzwyczaił swoich fanów do tego, że bierze udział w dziwnych projektach, nie będących blockbusterami, czego idealnym przykładem był Człowiek-scyzoryk czy Rogi. Jak oceniamy jego nowy film? Przeczytajcie naszą recenzję.

Ocena recenzenta:
6/10

Daniel Radcliffe już dawno przyzwyczaił swoich fanów do tego, że bierze udział w dziwnych projektach, nie będących blockbusterami, czego idealnym przykładem był Człowiek-scyzoryk czy Rogi. Jak oceniamy jego nowy film? Przeczytajcie naszą recenzję.

W czasach, gdy niemal wszyscy obsesyjnie wpatrują się w ekrany smartphone’a, tabletów czy komputerów, zanika w ludziach empatia. Wielu przestaje myśleć. Uważa, że wszystko jest grą, a czym jest brutalniej tym ciekawiej. Miles (Daniel Radcliffe) jest jakby w kontrze do tego trendu. Owszem, pracuje w firmie tworzącej gry z ukrytymi mikro transakcjami, a po godzinach siedzi przyklejony do komputera, ale robi to w dobrej wierze. Jest tak zwanym „łowcą trolli”, czyli namierza w sieci hejterów i ich sprowadza do parteru. Wojuje słowem, bo przemocą się brzydzi. Może dlatego jego szef traktuje go jak popychadło i często się nad nim znęca. Niestety, docinki słowne Milesa dotknęły pewnego wpływowego zbira Riktora, który jest także właścicielem gry, w której uczestnicy walczą między sobą na śmierć i życie ku uciesze internautów na całym świecie. By wymierzyć chłopakowi nauczkę, czyni go nowym graczem, na którego będzie polować niejaka Nix (Samara Weaving), dotychczasowy champion.

Guns Akimbo to połączenie Adrenaliny z Fortnitem i choć reżyser Jason Lei Howden twierdzi, że inspirował się twórczością Paula Verhoevena, to ja tego nie widzę. Jego nowa produkcja, podobnie zresztą jak ostatni Śmierćgazm, to nic innego jak kino ADHD, w którym non stop coś się dzieje. Akcja nie zwalnia nawet na minutę. Podobnie jak w grze komputerowej, zawodnik nie ma nawet chwili na odpoczynek.

W Adrenalinie Chev Chelios musiał cały czas dostarczać sobie bodźców, by nie umrzeć. W Guns Akimbo Miles ma dosłownie przyśrubowane pistolety do rąk, by móc się bronić i tym samym utrzymać przy życiu. A wiele osób chce go zabić. Na początku owocuje to wieloma zabawnymi scenami, gdy nasz bohater próbuje się odnaleźć w nowej sytuacji, będąc odzianym w bokserki, szlafrok i puchate papucie. Jednak gdy wreszcie zrozumie zasady gry, akcja zacznie się jeszcze bardziej rozpędzać.

Jest to specyficzny film, w którym logikę trzeba odłożyć na półkę, bo inaczej popsuje ona całą zabawę. Scenariusz jest nielogiczny i napchany różnego rodzaju bzdurami. Całość przypomina raczej odjechany teledysk niż film fabularny. Jednak jeśli przymkniemy na to oczy, traktując go właśnie jako grę komputerową, to będziemy się na nim dobrze bawić. Daniel Radcliffe jest świetny jako geek, który jest mocny w gębie, tylko gdy siedzi na kanapie zajadając się chipsami i anonimowo obrażając ludzi w Internecie. Atakuje tylko tych, którzy na to zasługują, ale wciąż robi to, ukrywając swoją tożsamość. Czuje się bezpieczny w swoich czterech ścianach. To nie jest bohater, z którym sympatyzujemy, już częściej odczuwamy radość, gdy ktoś spuszcza mu łomot. Nie kibicujemy mu by wygrał. Wprost przeciwnie. Radcliffe specjalizuje się ostatnio w graniu facetów z problemami, antybohaterów. Ucieka od superprodukcji na rzecz mniejszych projektów. Nie każdy z nich jest udany. Guns Akimbo świata nie zawojuje, ale jest ciekawym kinem akcji do jednokrotnego obejrzenia i zapomnienia. Choć patrząc na finał, to widać, że twórcy marzy się kontynuacja i eksploracja wymyślonego świata.

Pozytywnie zaskakuje również zmieniona nie do poznania Samara Weaving. W przeciwieństwie do Zabawy w pochowanego nie gra ofiary, a raczej łowcę. Jest kobietą, która potrafi sama o siebie zadbać, a każdy facet chce się z nią zmierzyć i wygrać. To jest jej świat i każdy kto stanie jej na drodze zostanie zmiażdżony. Weaving tak dobrze wciela się w tę postać, że ja kupuję jej nastawienie. W pewnych momentach strasznie przypomniała mi Harley Quinn, co można potraktować jako komplement.

Nowa produkcja Jasona Lei Howdean, do której także napisał scenariusz, to taka typowa historia „Od zera do bohatera”, w której nieśmiały, zniewieściały facet staje się bohaterem akcji i podbija serca internautów. Przeciwstawia się złu niczym rycerz w lśniącej zbroi. Jednak to nie jest bohater typu Rambo. On częściej ląduje na deskach niż na nie powala. Ale w tej opowieści chodzi bardziej o to, by po każdej porażce wstać i przeć do celu. Nie dać się hejterom, bo oni nie mają racji. Ich raduje nasza przegrana, żywią się nią. Jednak każdy z nich czegoś się boi i trzeba odkryć ten strach i wyciągnąć go na światło dzienne.

Guns Akimbo nie jest produkcją z wielkim budżetem, co niestety widać. Na szczęście koncepcja pastiszu i satyry jaką przyjął reżyser potrafi wykorzystać niektóre niedoróbki. Film sprawia wrażenie jakby właśnie miał wyglądać jak tania produkcja. Od razu mówię, że to nie jest produkcja dla każdego. Jest bardziej skierowana do wielbicieli gier i komiksów, którzy krwawą jatkę przedkładają nad wciągający scenariusz.

Guns Akimbo

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV