Legends of Tomorrow: sezon 5, odcinek 2 i 3 - recenzja

Życie Legend po kryzysie nie jest łatwe. Muszą ganiać za uciekinierami z piekła, udzielać krępujących wywiadów, a i skład personalny nie jest taki sam, jakby się mogło wydawać. No i jest śmiesznie, a o to w tym wszystkim zawsze chodziło.

Ocena recenzenta:
7/10

Życie Legend po kryzysie nie jest łatwe. Muszą ganiać za uciekinierami z piekła, udzielać krępujących wywiadów, a i skład personalny nie jest taki sam, jakby się mogło wydawać. No i jest śmiesznie, a o to w tym wszystkim zawsze chodziło.

UWAGA: TEKST ZAWIERA SPOILERY!

Serial Legends of Tomorrow można kochać albo nienawidzić. Pewnego, specyficznego uroku, a przede wszystkim humoru odmówić mu jednak nie można. Tuż po kryzysie i śmierci Olivera, która naturalnie i tutaj odcisnęła swoje piętno. W przeciwieństwie do Flasha i Arrow od pierwszej minuty dzieje się wiele. Bo i mamy powrót Sary po ciężkich walkach o losy multiwersum, ekipę kręcącą film dokumentalny o legendach, no i Rasputina, który nie wiedzieć czemu, nie chciał umrzeć o wyznaczonej, historycznej dacie.

Ten fabularny magiel dał możliwość sprawdzenia, jak drużyna radzi sobie bez będącej w żałobie przywódczyni. Spoilerem nie będzie informacja, że radziła sobie... no po prostu źle. Ale przy tym wszystkim było jak zawsze zabawnie, a w jednym momencie bardzo krwawo. Walka z nieśmiertelnym Rasputinem wymagała nie lada wysiłku i mocnego wsparcia jednego, małego Atoma. No i udziału oczywiście Sary Lance. Tajemnicę jego nieśmiertelności również szybko wyjaśniono – otóż w piekle nie dzieje się zbyt dobrze, przez co parę bardzo złych dusz „uciekło”. Oczywiście za przyzwoleniem. Taka kolej rzeczy dała twórcom kolejne multum możliwości pokazania wielu historycznych postaci, z czego zresztą skwapliwie skorzystano.

Dlatego w kolejnym epizodzie spotykamy postać, która zapisała się złotymi zgłoskami na czarnych kartach historii Ameryki. Benjamin „Bugsy” Siegel to jeden z najsłynniejszych gangsterów lat 40., który miał w rękach wszystko – od pieniędzy, po kobiety i władzę w mieście. A po swojej śmierci zainkasował nieśmiertelność. Słowem – zgarnął wszystko. Przeciwko niemu Legendy wysyłają to, co mają najlepsze, w tym... Micka Rory'ego. Prym w całej historii wiedzie jednak Ava, która jednym występem zakasowała wszystkich. Swoją ważną rolę odgrywa Constantine, na którego barkach niejako spoczywa problem związany z piekielnymi duszami. Z pomocą takich sojuszników, jak Legendy, nie będzie mu łatwo go rozwiązać.

Wspomniany wcześniej kryzys przyniósł generalnie dość istotne zmiany. Nie ma Zari, w której miejsce pojawia się Behra. Jak się okazało – również osoba dzierżąca w ręce (a właściwie na niej) moc totemu. I – jak się też okazało – brat Zari. Generalnie sprawa Zari będzie zapewne jednym z kluczowych punktów fabularnych tego sezonu. W końcu Nate zrobi wszystko, aby spróbować odwrócić to, co zmieniło się przez kryzys i wydarzenia z finału sezonu.

Z drużyny odchodzi Mona Wu, za którą chyba nikt jednak tęsknić nie będzie. Wraz z odejściem zabiera ze sobą literackie alter ego Micka Rory'ego, który poczuł, że doszedł już do ściany i lepszych historii już nie wymyśli. Zostało natomiast to, co uwielbiamy w Legendach – ich talent do tego, aby rozwalić wszystko, z czym mają do czynienia. Choć serial nadal należy do Arrowerse, to tu raczej możemy jak zawsze liczyć na autonomiczną, oderwaną od reszty pełną humoru przygodę. A za to przecież Legendy kochamy najbardziej.

Źródło: zdjęcie główne: materiały prasowe

Legends of Tomorrow

Co o tym sądzisz?

Porównywarka VOD Nowość Repertuar kin Program TV