Menu

Recenzja epizodu: LOTUS (Nie z tego świata)

Ocena recenzenta:7/10

Nie z tego świata: sezon 12, odcinek 8 (finał midseason) – recenzja

Winchesterowie w ciągu swojej łowieckiej kariery poznali chyba wszystkie najdziwniejsze istoty, począwszy od duchów kobiet w białych sukienkach, a skończywszy na Bogu we własnej osobie. Śródzsezonowy finał 12 sezonu Nie z tego świata styka ich w końcu z najważniejszą według Amerykanów osobą we Wszechświecie i okolicach - z Prezydentem Stanów Zjednoczonych Ameryki. Jak wypadło to spotkanie? Oceniamy.

Fani Nie z tego świata jak zawsze o tej porze roku muszą wykazać się cierpliwością bo następne przygody Deana i Sama Winchesterów będą mogli obejrzeć dopiero pod koniec stycznia. Tradycyjny półfinał sezonu niestety (a może na szczęście?) nie skazał ich na nerwowe obgryzanie paznokci w oczekiwaniu na dalszy ciąg. Czemu? Bo ani sam odcinek, ani jego zakończenie nie było na tyle emocjonujące aby owo obgryzanie paznokci uzasadnić. LOTUS to historia opowiedziana poprawnie, mająca kilka dobrych momentów i kilka niezłych scen, a poza tym pusta jak wydmuszka, pełna niesamowitych zbiegów okoliczności i chyba pretekstowo służąca pokazaniu działania Secret Service (które oczywiście też jest najlepsze we Wszechświecie, światach i zaświatach i gdzie tam demonom, czarownicom i aniołom do ich sprawności).

W założeniu jest co oglądać. Lucyfer – który nota bene chyba zapomniał, że miał być dobry i do rany przyłóż, krążąc sobie w poszukiwaniu naczynia trafia na coraz ciekawsze ciała. Arcybiskup z pięknymi, czerwonymi oczyma i scena w korytarzu z przekręcanymi krzyżami są malownicze (chociaż bez sensu, tak samo jak parzące w ręce Biblie). Wybór prezydenta USA na nowego nosiciela też jest jakoś tam logiczny skoro archanioł poszukuje coraz potężniejszych gospodarzy. Tylko co dalej? Lucek brnie w prezydenckie obowiązki i nikt nie orientuje się że to już nie jest Jefferson Rooney, Winchesterowie szast prast i go namierzają, a on przytomnie napuszcza na nich swoje cerbery z ochrony. Problem z wyegzorcyzmowaniem lokatora z ciała prezydenta rozwiązuje w cudowny sposób magiczne jajko brytyjskich MOL a całe to zastawianie pułapki w motelu jest tak realne jak kupka śniegu na plaży Copacabana. Ewentualnie prezydencka ochrona jest po prosu beznadziejnie głupia. Za dużo tu zbiegów okoliczności, dziur scenariuszowych łatanych na odczep się i zwykłego chciejstwa, żeby historia jakoś tam się prezentowała. Do tego dochodzi plątający się po odcinku i maksymalnie bezużyteczny Castiel, wkurzający jak mało co. No ale to akurat jest u tej postaci stan permanentny od ładnych paru sezonów.

Mimo wszystko odcinek ma kilka fajnych momentów do zapamiętania – najsłodsza rzecz jaką Crowley zrobił dla Roweny, pan Ketch traktujący Winchesterów i Castiela z brytyjską flegmą podszytą pogardą dla amatorów, kratka wentylacyjna pełna Lucyfera, Kelly i jej Dziecko Rosemary . W sumie to ostatnie daję nadzieję na przyszłość, oczywiście pod warunkiem, ze ktoś wyciągnie Deana i Sama z więzienia. Ale póki siedzą w Klewkach czy innym Guantanamo fani spokojnie mogą zająć się świątecznymi przygotowaniami a potem odsypiać Sylwestra. W uniwersum Nie z tego świata chwilowo panuje spokój.

Źródło: zdjęcie główne: Diyah Pera/The CW
Przejdź do komentarzy (0)
Komentarze