Błękitny Mars: przeczytaj początek finału Trylogii Marsjańskiej
Mamy dla Was do przeczytania pierwszych kilkadziesiąt stron powieści science fiction Błękitny Mars - finałowego tomu Trylogii Marsjańskiej Kima Stanleya Robinsona.
Mamy dla Was do przeczytania pierwszych kilkadziesiąt stron powieści science fiction Błękitny Mars - finałowego tomu Trylogii Marsjańskiej Kima Stanleya Robinsona.

Ann poczuła dawny impuls: chęć natychmiastowej ucieczki. Namioty i pociągi, ludzie, przypominająca mały Manhattan sylwetka wieżowców Sheffield na tle nieba nad południowym stożkiem, bazalt szczytu porozdzierany, wyrównany i wybrukowany… Mimo że całą drogę wokół stożka zajmował tor magnetyczny, na zachodnim stoku kaldery mieszkało niewiele osób. Ann wsiadła do jednego z najmniejszych roverów „czerwonych” i zaczęła objeżdżać stożek w lewo, po wewnętrznym pasie toru, aż dotarła do małej stacji meteorologicznej. Tam zaparkowała pojazd i przez śluzę powietrzną wyszła na zewnątrz. Poruszała się sztywno w walkerze, bardzo przypominającym stroje, których przedstawiciele pierwszej setki używali przez początkowe lata pobytu na Marsie.
Ann znajdowała się kilometr czy dwa od krawędzi stożka. Szła powoli ku niemu, na wschód. Potknąwszy się kilka razy, zaczęła patrzeć pod nogi. Stara magma na płaskim obszarze rozległego stożka była w pewnych miejscach wygładzona i ciemna, w innych – nierówna i jaśniejsza. Po drodze do krawędzi Ann zajęła się badaniami areologicznymi i przypomniała sobie marsjański sposób poruszania się, stąd szybko zaczęła przeskakiwać po głazach z wdziękiem godnym baletnicy. Kiedy wpadła w odpowiedni rytm, mogła przez cały dzień przemierzać wzniesienia i rozpadliny. Była to bardzo cenna umiejętność, ponieważ blisko stromizny stożka teren opadał serią wąskich, krętych występów skalnych, uskoków w postaci stopni, które czasami bywały wyższe niż Ann. Czuła, że przed nią znajduje się zupełna pustka, zwłaszcza gdy widoczny stał się odległy stok kaldery i reszta wielkiego obwodu. Ann zeszła na ostatni występ skalny, ławę o szerokości zaledwie około pięciu metrów z wysoką do ramion, łukowato wygiętą tylną ścianą; poniżej rozciągała się wielka, zaokrąglona przepaść Pavonis.
Kalderę tę uważano za jeden z geologicznych cudów całego Układu Słonecznego. Był to dół o średnicy czterdziestu pięciu kilometrów i głębokości aż pięciu kilometrów, prawie idealnie regularny – kulisty, o płaskim dnie i niemal pionowych ścianach – pusty walec wsunięty w wulkan jak wiertło zbieraka skalnych próbek. Żadna z pozostałych trzech dużych kalder nawet w przybliżeniu nie osiągnęła takiej prostoty formy: Ascreus i Olympus były skomplikowanymi palimpsestami nachodzących na siebie pierścieni, podczas gdy bardzo szeroka i płytka kaldera Arsii była niedokładnie kulista i niesamowicie potrzaskana. Pavonis natomiast stanowił regularny walec: Platoński ideał wulkanicznej kaldery.
Z tego cudownego punktu obserwacyjnego, który Ann zajmowała, dzięki horyzontalnemu uwarstwieniu wewnętrznych ścian widziała mnóstwo nieregularnych szczegółów – pasy w barwach rdzy, czerni, czekolady i umbry wskazywały na odchylenia w kompozycji pokładów magmowych; niektóre pasy były twardsze od leżących powyżej i poniżej. Powstało wiele łukowatych balkonów na różnych wysokościach ściany – umiejscowionych na stoku ogromnej skalnej szczeliny, odosobnionych, wygiętych w łuki ław; na większości z nich nigdy nie stanęła ludzka stopa. Dno było nadzwyczajnie płaskie. Osuwanie się magmowej komory wulkanu, które miało miejsce około stu sześćdziesięciu kilometrów poniżej góry, musiało być niezwykle konsekwentne – następowało za każdym razem dokładnie w tym samym punkcie. Ann zastanowiła się, czy w ogóle wiadomo, dlaczego zdarzały się zapadnięcia. Gdyby magmowa komora była młodsza niż inne duże wulkany albo mniejsza, albo gdyby lawa była bardziej jednorodna… Pomyślała, że prawdopodobnie ktoś już odkrył to zjawisko i że łatwo uda jej się znaleźć odpowiedź w naręcznym komputerze, wystukała więc kod, by znaleźć „Dziennik Studiów Areologicznych”, a potem napisała słowo „Pavonis”. Pojawiły się tytuły artykułów: „Świadectwa wybuchowej aktywności strombolijskiej znalezione w okruchach z zachodniego Tharsis”, „Poprzeczne pasma w kalderze i koncentrycznym rowie tektonicznym na zewnątrz stożka sugerują niedawne osunięcie się szczytu”. Uświadomiła sobie, że właśnie przeszła niektóre z tych rowów tektonicznych. „Określanie za pomocą radiometrii wieku skał na podstawie uwolnionych do atmosfery juwenilnych substancji lotnych ze skał typu mafic w Lastflow”.
Wyłączyła naręczny komputer. Musiała przyznać, że nie nadążała już za całą tą najnowszą areologią, z którą nie miała od lat kontaktu. Nawet czytanie streszczeń zabrałoby jej o wiele więcej czasu, niż mogła poświęcić. No i oczywiście wiele spraw areologicznych mocno uzależnił projekt terraformowania. Pracujący dla metanarodowców naukowcy, którzy koncentrowali się na szukaniu i ocenie zasobów planety, twierdzili, że znajdują ślady istnienia starożytnych oceanów, wczesnej ciepłej, wilgotnej atmosfery, być może nawet jakiegoś dawnego życia. Z drugiej zaś strony radykalni naukowcy „czerwonych” ostrzegali przed wzrostem aktywności sejsmicznej, gwałtownym osiadaniem terenu, masowymi ruchami zwietrzeliny i znikaniem ostatnich pierwotnych fragmentów powierzchni planety. W ten sposób naciski polityczne i ekonomiczne zniekształciły niemal wszystko, co napisano o Marsie w minionych stu latach. „Dziennik” był jedyną znaną Ann publikacją, starającą się drukować naukowe rozprawy autorów, którzy ograniczali swe dociekania do czysto informacyjnej areologii, koncentrując się na tym, co się zdarzyło podczas pięciu „samotnych” miliardów lat planety. Był to jedyny periodyk, który Ann nadal czytała lub przynajmniej przeglądała, prześlizgując się po tytułach, niektórych streszczeniach i wstępach wydawniczych; kilka razy wysłała nawet dotyczące tego czy innego szczegółu listy, które bez problemów wydrukowano. W wydawanym przez Uniwersytet w Sabishii „Dzienniku” publikowali areologowie o podobnych zapatrywaniach. Ich artykuły były ścisłe, dane gruntownie przebadane, a na wnioski z pewnością nie miała wpływu polityka; areologów interesowała jedynie nauka. Wydawcy „Dziennika” byli zwolennikami tego, co określano jako stanowisko „czerwonych”, lecz jedynie w bardzo ogólnym sensie – czyli optowali za zachowaniem pierwotnego krajobrazu, by podczas badań nie narażać się na kontakt z rażącymi przykładami skażenia terenu. Ann zawsze myślała dokładnie tak samo i dlatego między innymi czytywała „Dziennik”, mimo że przed laty, zmuszona sytuacją, porzuciła działalność naukową na rzecz polityki. Podobnie zresztą stało się z wieloma areologami, którzy dziś wspierali „czerwonych”. Pod każdym względem stanowili grupę równych jej osób, które rozumiała i z którymi sympatyzowała.
Tyle że owych ludzi, tych regularnie współpracujących z „Dziennikiem”, nie było dużo. Resztę „czerwonych”, Kakaze i innych radykałów cechowało stanowisko w pewnym sensie metafizyczne, wręcz kult – byli religijnymi fanatykami, odpowiednikiem związanych z Hiroko „zielonych”, członkami swego rodzaju sekty czcicieli skał. Ann niewiele z nimi łączyło; ich „czerwień” wydawała się całkowicie odmiennym światopoglądem.
Rozmaite frakcje „czerwonych” bardzo się od siebie różniły. A cóż dopiero cały niezależny ruch marsjański? Tak. Wszystko może się rozpaść. Oddalali się od siebie coraz bardziej.
Ostrożnie usiadła na krawędzi ostatniej ławy. Rozciągał się stąd interesujący widok. Przypuszczała, że pod nią, na dnie kaldery, znajduje się jakaś stacja, chociaż spoglądając z wysokości pięciu tysięcy metrów, nie miała pewności. Nawet ruiny starego Sheffield były ledwie widoczne… Chociaż… Tak, widziała je, leżały u podnóża nowego miasta, maleńkie sterty rumoszu przeplatanego prostymi liniami i równymi płaszczyznami. Nikłe pionowe zadrapania na ścianie powyżej Ann mogło spowodować zawalenie się miasta w 2061 roku. Trudno powiedzieć.
Osady namiotowe, które ciągle trwały na stożku, wyglądały jak papierowe wioski dla lalek. Sylwetka Sheffield na tle nieba, stojące naprzeciwko Ann niskie magazyny na wschodzie,
Lastflow, różne mniejsze namioty rozrzucone na stożku… Wiele z nich zlewało się ze sobą, tworząc coś w rodzaju wielkiego Sheffield; pokrywały prawie sto osiemdziesiąt stopni stożka: od Lastflow ku południowemu zachodowi, gdzie tory magnetyczne podążały za leżącym kablem w dół długiego zbocza zachodniego Tharsis do Amazonis Planitia. Wszystkie te miasta i stacje prawdopodobnie zawsze już pozostaną pokryte namiotami, ponieważ na wysokości dwudziestu siedmiu kilometrów powietrze było dziesięć razy rzadsze niż przy powierzchni (czy też – jak zaczynali teraz mówić – na poziomie morza), czyli ciśnienie wynosiło ciągle jeszcze zaledwie trzydzieści, czterdzieści milibarów.
Zatem miasta te zawsze będą się znajdować pod namiotem! Dzięki kablowi (Ann teraz go nie widziała) wbijającemu się w Sheffield z pewnością jednak nadal nie przestaną się rozwijać, aż powstanie jedno wielkie namiotowe miasto całkowicie opasujące kalderę. Bez wątpienia wówczas budowniczowie pokryją namiotem samą kalderę i zaludnią całą jej kolistą powierzchnię, dodając miastu około półtora tysiąca kilometrów kwadratowych. Chociaż… Kto chciałby mieszkać w takiej dziurze? Podobnie jest na dnie moholu, gdy skalne ściany wznoszą się wokół, jak w jakiejś zaokrąglonej, pozbawionej dachu katedrze… Może niektórym osobom odpowiadałoby takie miejsce. Przecież bogdanowiści latami mieszkali w moholach… Posadzić lasy, zbudować górskie szałasy albo apartamenty z wygiętymi w łuki balkonowymi loggiami, wyciąć schody w skalnych stokach, zainstalować przezroczyste windy, które przez cały dzień będą jeździły w górę i w dół… dachy, domy szeregowe, drapacze chmur sięgające aż do stożka, lądowiska dla śmigłowców na płaskich krągłych dachach, tory magnetyczne, autostrady powietrzne… Och, tak, cały wierzchołek Pavonis Mons, całą kalderę mogłoby pokryć wielkie, światowe miasto, które stale by się rozwijało, rosnąc jak grzyb na każdej skale w Układzie Słonecznym. Miliardy ludzi, biliony ludzi, tryliony… wszyscy zaznający nieśmiertelności…
Ann potrząsnęła głową. Jej myśli biegły chaotycznie. Radykałowie w Lastflow nie mieli z nią nic wspólnego, właściwie nie… ale gdyby im się udało, szczyt Pavonis, podobnie jak wiele innych miejsc na Marsie, stałby się częścią wielkiego, światowego miasta. Skupiła się na tej myśli, spróbowała ją poczuć; strach przed symetryczną budową, miłość do skały, której twardość wyczuwała, siedząc… Stopy Ann zwisały nad krawędzią skalnej ławy, kopnęła obcasami w bazalt. Gdyby rzuciła kamień, spadałby pięć tysięcy metrów. Nie mogła się skoncentrować. Nie potrafiła poczuć. Coś w niej skamieniało.
Była taka odrętwiała… od tak dawna. Głęboko odetchnęła, potrząsnęła głową, podciągnęła stopy znad krawędzi i wróciła na górę, do rovera.
Źródło: Vesper



naEKRANIE Poleca
ReklamaKalendarz premier seriali
Zobacz wszystkie premieryDzisiaj urodziny obchodzą
ur. 1965, kończy 60 lat
ur. 1979, kończy 46 lat
ur. 1987, kończy 38 lat
ur. 1960, kończy 65 lat
ur. 1983, kończy 42 lat

