Błękitny Mars: przeczytaj początek finału Trylogii Marsjańskiej
Mamy dla Was do przeczytania pierwszych kilkadziesiąt stron powieści science fiction Błękitny Mars - finałowego tomu Trylogii Marsjańskiej Kima Stanleya Robinsona.
Mamy dla Was do przeczytania pierwszych kilkadziesiąt stron powieści science fiction Błękitny Mars - finałowego tomu Trylogii Marsjańskiej Kima Stanleya Robinsona.

Wjeżdżając roverem do Sheffield, Ann nadal rozmyślała nad tym problemem (zdecydowała się opuścić farsową popołudniową sesję strategiczną we wschodnim Pavonis). Chciała rzucić okiem na „miejsce akcji”.
Ciekawe, jak pozornie mało zmieniło się w codziennym życiu Sheffield. W tym najbardziej zatłoczonym z namiotowych miast ludzie ciągle chodzili do pracy, jadali w restauracjach, rozmawiali, siedząc na trawie w parkach, zbierali się w miejscach publicznych. W sklepach i lokalach panował straszliwy tłok. Większość przedsiębiorstw w Sheffield do niedawna należała do metanarodowców i obecnie mieszkańcy śledzili na ekranach swoich komputerów długie kłótnie na temat przyszłości – dywagowano, jaki powinien być stosunek pracowników do dawnych właścicieli firm, gdzie powinno się kupować surowce, komu powinno się sprzedawać produkty, czyich przepisów należy przestrzegać, komu płacić podatki. Jak wskazywały debaty obserwowane na monitorach oraz wieczorne programy informacyjne i wiadomości nadawane w sieci komputerów naręcznych, panowało ogólne zamieszanie.
Jednakże plac, na którym stworzono targ żywnościowy, wyglądał, jak gdyby nigdy nie pełnił innej funkcji. Większą część jedzenia wytwarzały i rozdzielały spółdzielnie; istniały sieci rolne, nadal działały też oranżerie na Pavonis i za produkty płacono na rynku tak jak wszędzie – dolarami
ZT ONZ lub kredytami. Raz czy dwa Ann widziała sprzedawców w fartuchach, którzy z czerwonymi twarzami wrzeszczeli na klientów, a ci natychmiast odpłacali im tym samym, spierając się o jakąś sprawę związaną z polityką rządu. W pewnej chwili, gdy mijała pogrążonych w takiej kłótni (która niewiele się różniła od sporów, jakie na Pavonis prowadzili przywódcy ugrupowań), dyskutanci nagle umilkli i spojrzeli na nią. Rozpoznali ją.
– Gdybyście wy, „czerwoni”, dali sobie spokój – oświadczył głośno sprzedawca warzyw – tamci po prostu grzecznie by się wynieśli!
– Ach, odczep się – odparował ktoś. – Ona się tym nie zajmuje.
Jakie to prawdziwe, pomyślała Ann, idąc dalej.
Dostrzegła tłumek osób czekających na przyjazd tramwaju. Transport nadal działał, gotów na autonomię. Namiot również funkcjonował, co wcale nie było takie oczywiste; najwyraźniej większość Marsjan przyjmowała ten fakt za rzecz naturalną. Prawda była jednak taka, że każda z osób obsługujących namiot musiała przedkładać pracę ponad wszystko inne. Sami zdobywali niezbędne surowce, przeważnie czerpiąc z powietrza; ich słoneczne kolektory i reaktory atomowe wytwarzały całą potrzebną moc. Konstrukcja namiotów była więc krucha, ale gdyby pozostawić je samym sobie, bez problemów mogłyby istnieć w systemie politycznej niezależności; nie potrzebowały prywatnego właściciela, mało tego, nie było żadnego usprawiedliwienia dla takiego rozwiązania.
W mieście nikt nie narzekał na brak artykułów pierwszej potrzeby ani na usługi. Codzienne życie toczyło się jak przedtem, rewolucja niemal niczego nie zmieniła.
Tak się w każdym razie wydawało na pierwszy rzut oka. Przyjrzawszy się bliżej, na ulicach można było dostrzec zbrojne grupy młodych tubylców, którzy po trzech, czterech lub pięciu stali na narożnikach ulic. Przy wyrzutniach pocisków i odczytach teledetekcyjnych trwali przedstawiciele rewolucyjnej milicji – częściej „zieloni” niż „czerwoni”. Przechodnie przyglądali się im albo zatrzymywali ich, by pogawędzić i zapytać, co robią. Uzbrojeni tubylcy odpowiadali, że nie spuszczają oka z „gniazda”. Ann zauważyła jednakże, że pełnią również funkcję policjantów, co ogólnie akceptowano i popierano. Mieszkańcy uśmiechali się podczas rozmów z żołnierzami; to była przecież ich własna policja, ich towarzysze-Marsjanie, którzy znajdowali się tutaj, by ich chronić, by strzec dla nich Sheffield. Wydawało się, że mieszkańcy pragną obecności żołnierzy w mieście. Gdyby ich zabrakło, wtedy każdy podchodzący nieznajomy mógłby stanowić zagrożenie, a każde przepełnione złością spojrzenie – oznaczać atak, który rozpędziłby członków milicji na cztery wiatry. W oczach ludzi widniała absolutna jednomyślność; rządziła tym światem.
Podczas następnych kilku dni Ann sporo rozmyślała; jeszcze intensywniej, gdy wsiadła do pociągu jadącego po stożku w lewo, do północnego łuku stożka. Tam Kasei, Dao i inni Kakaze zajmowali mieszkania w małym namiocie o nazwie Lastflow. Wcześniej usunęli przemocą niebiorących udziału w walce mieszkańców, którzy natychmiast pojechali pociągiem do Sheffield, gdzie wściekle żądali, by oddać im domy, oraz poinformowali Petera i pozostałych przywódców „zielonych”, że „czerwoni” przyholowali ciężarówkami wyrzutnie rakietowe i umieścili je na północnym stożku; rakiety wycelowali w windę i, ogólnie rzecz biorąc, w Sheffield.
Ann wysiadła na małej stacji Lastflow; była w kiepskim nastroju, wściekła na arogancję Kakaze, która wydała jej się tak samo idiotyczna jak impertynencja „zielonych”. Radykalni „czerwoni” radzili sobie całkiem dobrze podczas kampanii Burroughs, w sposób bardzo spektakularny – jako ostrzeżenie – zajmując dajkę; później podjęli się niewdzięcznego zadania zniszczenia jej, mimo że towarzyszyły im protesty wszystkich innych frakcji rewolucyjnych, które zebrały się na południowych wzniesieniach, a podczas wycofywania się zmuszonych do odwrotu sił bezpieczeństwa metanarodowców gotowe były ocalić cywilną ludność miasta. Kakaze sami podjęli decyzję i nie grzęznąc w zbędnych dyskusjach, przerwali dajkę. Gdyby się zawahali, być może rewolucjoniści nadal otaczaliby Burroughs, a metanarodowcy zdążyliby już zorganizować przybycie posiłków z Ziemi, które zupełnie zmieniłyby sytuację. Posunięcie Kakaze było zatem śmiałe i perfekcyjne.
Teraz jednak najwyraźniej sukces uderzył im do głów.
Lastflow zawdzięczało swą nazwę położeniu w zagłębieniu terenu, magmowym wylewie w kształcie wachlarza opadającego po północno-wschodnim stoku góry na ponad sto kilometrów. Było to jedyne zapadlisko w idealnie kulistym stożku wierzchołka i kalderze, które prawdopodobnie pojawiło się w końcowym okresie ery wybuchów wulkanicznych. Stojąc na dnie wgłębienia, obserwator nie widział pozostałej części wierzchołka i miał wrażenie, że znajduje się w płytkiej, wiszącej dolinie, z której w żadnym kierunku niewiele było widać. Dopiero gdy wyszło się do stromego zejścia na krawędzi stożka, można było dostrzec ogromny walec kaldery wbity w powierzchnię planety, a na dalekim stożku – zarys wieżowców Sheffield na tle nieba; wyglądały jak maleńki Manhattan odległy o ponad czterdzieści kilometrów.
Ograniczony widok wyjaśniał, dlaczego wgłębienie Lastflow było jedną z ostatnich wykorzystanych części stożka. Teraz wypełniał je dość spory namiot (sześć kilometrów średnicy, sto metrów wzwyż); jak wszystkie na tej wysokości, był intensywnie wzmocniony. Osadę zamieszkiwali głównie przedstawiciele rozmaitych przemysłów i okresowi robotnicy pracujący na stożku. Obecnie dzielnicę na froncie stożka zajmowali Kakaze; przed namiotem stał szereg wielkich roverów i z pewnością to one wywołały plotki o wyrzutniach rakietowych.
Domysł ten potwierdzili Ann przewodnicy, którzy poprowadzili ją do restauracji – siedziby Kaseia. Rovery rzeczywiście przyholowały tu wyrzutnie rakietowe, przygotowane, by zniszczyć ostatnią kryjówkę ZT ONZ na Marsie. Przewodnicy Ann byli wyraźnie zadowoleni z istnienia tej możliwości i opowiadali jej o tym z dumą. Cieszyli się z przyjazdu Ann i chętnie oprowadzali ją po swoim terenie. Stanowili mieszaną grupkę – w większości tubylcy, kilka osób nowo przybyłych z Ziemi oraz najstarsi, „dinozaury”, reprezentujący różne rasy. Wśród nich Ann dostrzegła kilka znajomych twarzy: Etsu Okakurę, al-Khana, Yussufa. Przed drzwiami restauracji zatrzymywało ją wielu zupełnie jej obcych młodych tubylców, którzy pragnęli uścisnąć jej dłoń, triumfalnie się przy tym uśmiechając. Ach, ci Kakaze! Dla tego skrzydła „czerwonych” czuła najmniej sympatii. Gniewni byli Ziemianie lub idealistyczni młodzi tubylcy z namiotów! Podczas uśmiechu kamienne kły połyskiwały im mrocznie, a oczy błyszczały, gdy uświadamiali sobie, że spotkali Ann Clayborne, oraz kiedy mówili o kami, o potrzebie czystości, wewnętrznych wartościach skalnego świata, prawach planety i tym podobnych sprawach. Po prostu: fanatycy. Ann ściskała im dłonie i kiwała głową, starając się nie pokazać po sobie, że nie czuje się wśród nich najlepiej.
Kasei i Dao siedzieli w restauracji przy oknie i pili ciemne piwo. Kiedy Ann weszła do środka, wszyscy w sali znieruchomieli. Nieco czasu minęło, zanim się sobie przedstawili, ponieważ Kasei i Dao uściskali ją na powitanie, a następnie wrócili do przerwanego posiłku i rozmowy. Zamówili w kuchni jedzenie dla Ann, a wówczas obsługa restauracji także wyszła, by się z nią przywitać; oczywiście oni również należeli do Kakaze. Ann czekała, aż odejdą, a goście wrócą do swoich stolików; była zniecierpliwiona i skrępowana. Media stale powtarzały, że Kakaze są jej duchowymi dziećmi. Poglądy Ann zawsze były „czerwone”, tu niestety czuła się nieswojo.
Kasei był we wspaniałym nastroju, podobnie jak na początku rewolucji.
– Mniej więcej za tydzień chcemy zerwać kabel – oświadczył.
– Och, doprawdy?! – wykrzyknęła Ann. – A po cóż tak długo czekać?
Dao zlekceważył jej sarkazm i odparł po prostu:
– Trzeba ostrzec ludzi, żeby mieli czas na opuszczenie równika.
Ten mężczyzna, chociaż zwykle zgorzkniały, dziś był równie wesoły jak Kasei.
– Co z tymi na kablu?
– Powiadomimy ich. Jednak nawet jeśli się ewakuują i poddadzą, i tak go zerwiemy.
– W jaki sposób? Naprawdę macie wyrzutnie rakietowe?
– Tak. Użyjemy ich jednak tylko wtedy, gdy tamci zjadą na powierzchnię i spróbują odbić Sheffield. A co do zerwania kabla: nie sposób go zerwać tu, przy podstawie.
– Rakiety kontrolne mogłyby wyregulować rozerwanie przy dnie – wyjaśnił Kasei. – Trudno powiedzieć, co się zdarzy. Jednak przerwa tuż ponad punktem areosynchronicznym zmniejszyłaby szkody na równiku. Poza tym dzięki niej Nowy Clarke nie odleci tak szybko jak pierwszy. Wiesz, chcemy jak najbardziej zminimalizować straty. Niepotrzebni nam męczennicy. Ma to być coś w rodzaju rozbiórki budynku. Zbędnego już budynku.
– Tak. – Ann sapnęła. Doznała ulgi, gdy stwierdziła, że mężczyźni kierują się zdrowym rozsądkiem. Chociaż, co ciekawe, była zaszokowana, słuchając, jak ktoś inny przedstawia jej pomysł jako własny. – Co z innymi… z „zielonymi”? Co, jeśli się sprzeciwią? – spytała. Ten problem niepokoił ją najbardziej.
– Nie sprzeciwią się – odparł Dao.
– Ależ tak! – powiedziała ostro Ann.
Dao potrząsnął głową.
– Rozmawiałem z Jackie. Może niektórzy z „zielonych” są naprawdę przeciwni temu pomysłowi, ale jej grupa mówi tak tylko oficjalnie, ponieważ chce, by Ziemianie uważali ich za ugrupowanie o poglądach umiarkowanych. Cieszą się, że mogą zrzucić winę za niebezpieczne działania na radykałów, na których postępowanie nie mają wpływu.
– Na nas – zauważyła Ann.
Obaj skinęli głowami.
– Dokładnie jak w Burroughs – odezwał się z uśmiechem Kasei.
Ann zastanowiła się i nie miała wątpliwości, że to prawda.
– Jednak niektórzy z nich są szczerze przeciwni. Spieram się z nimi o to. Bez rezultatów.
– No, no, no – powiedział powoli Kasei.
Zarówno on, jak i Dao wpatrzyli się w nią.
– Cóż, zrobicie to tak czy owak – oznajmiła w końcu.
Nadal na nią patrzyli. Zrozumiała nagle, że nie będą już wykonywać jej poleceń. Przypominali samowolnych chłopców, którym wydaje rozkazy zgrzybiała staruszka. Udobruchali ją. Wymyślili, w jaki sposób najlepiej mogliby wykorzystać jej osobę.
– Musimy – stwierdził Kasei. – W najlepszym interesie Marsa. Nie tylko dla „czerwonych”, ale dla nas wszystkich. Potrzebna nam pewna przerwa w kontaktach z Ziemią, a grawitacja świetnie przywróci właściwą odległość. Bez odpowiedniego dystansu wciągną nas do swego bagna.
Była to jedna z tez Ann, wyłuszczyła ją na zebraniu we wschodnim Pavonis.
– Co się jednak stanie, jeśli spróbują was powstrzymać?
– Nie sądzę, by byli w stanie – mruknął Kasei.
– Ale jeśli spróbują?
Obaj mężczyźni spojrzeli na siebie. Dao wzruszył ramionami.
No tak, pomyślała Ann, obserwując ich, chcą zacząć wojnę domową.
Źródło: Vesper



naEKRANIE Poleca
ReklamaKalendarz premier seriali
Zobacz wszystkie premieryDzisiaj urodziny obchodzą
ur. 1965, kończy 60 lat
ur. 1979, kończy 46 lat
ur. 1987, kończy 38 lat
ur. 1960, kończy 65 lat
ur. 1983, kończy 42 lat

