Błękitny Mars: przeczytaj początek finału Trylogii Marsjańskiej
Mamy dla Was do przeczytania pierwszych kilkadziesiąt stron powieści science fiction Błękitny Mars - finałowego tomu Trylogii Marsjańskiej Kima Stanleya Robinsona.
Mamy dla Was do przeczytania pierwszych kilkadziesiąt stron powieści science fiction Błękitny Mars - finałowego tomu Trylogii Marsjańskiej Kima Stanleya Robinsona.

Błękitny Mars jest finałowym tomem Trylogii Marsjańskiej, serii science fiction Kima Stanleya Robinsona traktującej o terraformacji i kolonizacji Marsa.
Błękitny Mars ukazał się nakładem wydawnictwa Vesper w ramach serii Wymiary, czyli serii prezentującej zróżnicowaną literaturę science fiction.
Obszerny początek Błękitnego Marsa w przekładzie Ewy Wojtczak znajdziecie poniżej, pod opisem książki i okładkami serii.
Błękitny Mars - opis książki
Mars został w pełni sterraformowany. Genetycznie zmodyfikowane rośliny i zwierzęta żyją przy nowo wybudowanych kanałach wodnych i wciąż młodych, burzliwych morzach. Mars jest też politycznie niezależny, to odważny i tętniący życiem nowy świat.
Większość spośród Pierwszej Setki już nie żyje. Ci, którzy pozostali, są dla marsjańskiej młodzieży niczym chodzące mity.
Tymczasem Ziemia przechodzi kryzys, niszczy ją przeludnienie, konflikty, nacjonalizm oraz dostęp do coraz bardziej skąpych zasobów naturalnych. Dla zbyt wielu Ziemian Mars jest jednak niedostępnym marzeniem. Ale warto dla niego żyć i zaciekle o niego walczyć.
Błękitny Mars - fragment powieści
Część 1
Pawia Góra
Kalendarz Marsjański
Rok 1 (rok 2027)
Obecnie Mars jest wolny. Jesteśmy niezależni i nikt nie może nam niczego nakazać – powiedziała stojąca na przodzie pociągu Ann. – Jednak łatwo jest wrócić do starych przyzwyczajeń. Niszczycie hierarchiczny układ, a już pojawia się następny i zajmuje miejsce poprzedniego. Trzeba bardzo uważać, ponieważ zawsze znajdą się ludzie, którzy zechcą tu stworzyć kolejną Ziemię. Areofania oznacza nieustanną, niemal wieczną walkę. Intensywniej niż kiedykolwiek będziemy musieli się zastanowić, co to znaczy być Marsjaninem.
Jej słuchacze siedzieli rozparci w fotelach i oglądali przez okna migające krajobrazy. Byli znużeni, w oczach czuli piasek. Czerwonoocy „czerwoni”. W ostrym świetle brzasku wszystko wokół wyglądało osobliwie świeżo – smagana wiatrem naga ziemia, z rzadka porośnięta niskimi zaroślami i kępami porostów w kolorze khaki.
Marsjanie usunęli ze swojej planety wszystkie ziemskie formacje policyjne i militarne. Kampania była długa, a zakończyły ją miesiące krwawych starć. Na Ziemi w tym okresie szalała wielka powódź. Marsjańscy bojownicy odczuwali zmęczenie.
– Przybyliśmy z Ziemi na Marsa. Podczas przelotu dostąpiliśmy pewnego rodzaju oczyszczenia. Łatwiej nam było dostrzec wiele spraw, zdobyliśmy też swobodę działania, której nie mieliśmy wcześniej. Otrzymaliśmy sposobność pokazania się od najlepszej strony. Podjęliśmy więc wyzwanie i aktualnie tworzymy lepszy świat dla całej naszej społeczności.
Tak wyglądał mit, który towarzyszył dorastaniu wszystkich młodych Marsjan. Teraz, kiedy Ann opowiedziała im go ponownie, wpatrzyli się w nią z uwagą. Przeprowadzili przecież rewolucję, walczyli we wszystkich marsjańskich bitwach, zepchnęli ziemskie siły policyjne do Burroughs, następnie zatopili miasto, a uciekających Ziemian ścigali aż do Sheffield, na Pavonis Mons. Później musieli wypędzić wroga z Sheffield, wpakować do kosmicznej windy i odesłać na Ziemię. Ciągle jeszcze mieli sporo do zrobienia, jednakże udała im się ewakuacja Burroughs, osiągnęli wspaniałe zwycięstwo i na niektórych, z pozoru obojętnych, twarzach młodych ludzi patrzących na Ann lub wyglądających przez okno widać było pragnienie chwili wytchnienia, momentu przerwy dla triumfu. Wszyscy byli wyczerpani.
– Hiroko nam pomoże – rzucił któryś z młodych, przerywając milczenie w sunącym ponad marsjańskim lądem pociągu.
Ann potrząsnęła głową.
– Hiroko jest „zielona” – zauważyła – na wskroś „zielona”.
– Ależ to ona wynalazła areofanię – sprzeciwił się młody tubylec. – Nasza planeta jest dla niej najważniejsza. Hiroko nam pomoże, jestem o tym przekonany. Spotkałem ją kiedyś i tak mi powiedziała.
– Tyle że ona nie żyje – wtrącił ktoś.
Znowu zapadło milczenie.
W końcu wstała wysoka, młoda kobieta. Ruszyła przejściem między fotelami, podeszła do Ann i uściskała ją. Tym gestem odczyniła złe uroki. Zrezygnowano ze słów. Tubylcy wstali i podążyli ku przodowi pociągu, gdzie zbierali się wokół Ann; ściskali ją i chwytali za ręce lub po prostu dotykali jej ubrania. Ann Clayborne – ta, która nauczyła ich kochać Marsa dla niego samego, ta, która poprowadziła ich do walki o uniezależnienie się od Ziemi. I chociaż jej przekrwione oczy pozostały niewzruszone, patrząc pomiędzy zgromadzonymi na sponiewierany skalisty obszar masywu Tyrrhena, stara kobieta się uśmiechała. Ona także ściskała młodych Marsjan i wyciągała ręce, by dotknąć ich twarzy.
– Wszystko będzie dobrze – oświadczyła. – Oswobodzimy nasz świat.
Niemal chórem odkrzyknęli, że tak się stanie, i wzajemnie
sobie gratulowali.
– Do Sheffield – powiedziała Ann. – Dokończyć pracę. Mars sam nam powie, co mamy robić.
– Tyle że ona żyje – oznajmił młody mężczyzna. – Widziałem ją w ubiegłym miesiącu w Arkadii. I znowu się pokaże. Gdzieś na pewno się pojawi.
Tuż przed świtem niebo wciąż jarzyło się takimi samymi pasmami różu jak przed laty. Było blade i jasne na wschodzie, ciemne i jeszcze gwiaździste na zachodzie. Ann oczekiwała na ten moment, gdy tymczasem jej towarzysze wieźli ją ku zachodowi, w kierunku masy wznoszącego się w niebo czarnego wzniesienia – wypiętrzenia Tharsis, za którym widać było rozległy stożek Pavonis Mons. Jadąc z Noctis Labyrinthus, wznieśli się sporo w nową atmosferę. Ciśnienie powietrza u stóp Pavonis wynosiło jedynie sto osiemdziesiąt milibarów, a kiedy znaleźli się na wschodnim stoku wielkiego wulkanu tarczowego, spadło poniżej stu milibarów i nadal się obniżało. Powoli wjechali ponad obszar widocznej roślinności, która dotąd kuliła się na zabrudzonych plamach rzeźbionego wiatrem śniegu, następnie wspięli się ponad śnieg, aż otoczyły ich już tylko skały i towarzyszył słaby, choć nieustanny zimny wiatr. Goła ziemia wyglądała tak samo jak w latach poprzedzających przylot ludzi na Marsa. Czuli się, jak gdyby wjeżdżali w przeszłość.
No, może nie aż tak… Ale coś w sercu Ann Clayborne zapłonęło na widok tego świata w kolorze żelaza, świata kamiennego i smaganego ciągłym wiatrem. W miarę jak pojazdy „czerwonych” wtaczały się na górę, kolejnych pasażerów, tak samo jak Ann, oczarowywał obserwowany widok. W kabinach zapadło milczenie, podczas gdy słońce rozświetlało leżący przed roverami odległy horyzont.
Po jakimś czasie pochyłość, po której wjeżdżali, stała się łagodniejsza, tworząc idealną sinusoidę, aż znaleźli się na płaskim terenie zaokrąglonego szczytowego płaskowyżu. Tutaj podróżnicy dostrzegli namiotowe miasta otaczające krawędź gigantycznej kaldery; większość skupiła się wokół odległej o mniej więcej trzydzieści kilometrów na południe dolnej części kosmicznej windy.
Źródło: Vesper



naEKRANIE Poleca
ReklamaKalendarz premier seriali
Zobacz wszystkie premieryDzisiaj urodziny obchodzą
ur. 1969, kończy 56 lat
ur. 1982, kończy 43 lat
ur. 1958, kończy 67 lat
ur. 1978, kończy 47 lat
ur. 1961, kończy 64 lat

