Błękitny Mars: przeczytaj początek finału Trylogii Marsjańskiej
Mamy dla Was do przeczytania pierwszych kilkadziesiąt stron powieści science fiction Błękitny Mars - finałowego tomu Trylogii Marsjańskiej Kima Stanleya Robinsona.
Mamy dla Was do przeczytania pierwszych kilkadziesiąt stron powieści science fiction Błękitny Mars - finałowego tomu Trylogii Marsjańskiej Kima Stanleya Robinsona.

Marsjanie zatrzymali pojazdy. Milczenie w kabinach z pełnego czci zmieniło się w ponure.
Ann stała przy jedynym oknie górnej kabiny, spoglądała na południe, ku Sheffield – dziecku kosmicznej windy – miastu najpierw zbudowanemu z powodu windy, potem spłaszczonemu pod tonami upadłego kabla, wreszcie wraz z przywróceniem windy odbudowanemu. Do tego miasta Ann przybyła kiedyś, by je zniszczyć, zrównać z ziemią niczym Rzymianie Kartaginę; tak jak „czerwoni” w roku 2061 – zamierzała zerwać nowy kabel. Gdyby jej się udało, znowu zostałaby zniszczona ogromna część Sheffield. Przetrwałby jedynie bezużyteczny fragment usytuowany na szczycie wysokiego wulkanu, w większości ponad atmosferą. Po jakimś czasie mieszkańcy zapewne porzuciliby pozostałe budowle, a następnie zdemontowali je w celu późniejszego wykorzystania. Zostałby jedynie fundament namiotu, być może stacja meteorologiczna i – koniec końców – długi, oświetlony słońcem, milczący wierzchołek góry. Sól była już w ziemi.
Przyłączył się do nich jednoosobowy rover wesołej przedstawicielki „czerwonych” z Tharsis, Iriszki, która pilotowała podróżników przez labirynt magazynów i małych namiotów otaczających skrzyżowanie równikowego toru magnetycznego z torem wokół stożka. Podczas jazdy opisała im lokalną sytuację. Marsjańscy rewolucjoniści odbili już większość Sheffield i pozostałych osad położonych na stożku Pavonis. Niestety winda kosmiczna i otoczenie jej podstawowego kompleksu znajdowały się jeszcze w rękach wrogów i trudno je było odebrać. Siły rewolucjonistów na Pavonis składały się przeważnie z kiepsko uzbrojonych milicjantów, którzy w dodatku nie zawsze działali według tego samego planu, a swe dotychczasowe sukcesy zawdzięczali rozmaitym czynnikom: zaskoczeniu, opanowaniu marsjańskiej przestrzeni, wielu zwycięstwom strategicznym, wsparciu ogromnej części społeczności Marsa, a także niechęci, z jaką Zarząd Tymczasowy Organizacji Narodów Zjednoczonych strzelał do cywili, nawet kiedy masowo demonstrowali na ulicach. Dzięki tej sprzyjającej sytuacji siły bezpieczeństwa ZT ONZ wycofały się wcześniej z całego Marsa do Sheffield – w celu przegrupowania – i teraz większość z nich przebywała w wagonikach windy jadącej na Clarke’a: asteroidę balastową, a równocześnie stację kosmiczną. Reszta Ziemian tłoczyła się wokół betonowego kompleksu podstawowego, zwanego „gniazdem”, zawierającego w sobie pomocnicze urządzenia windy, magazyny przemysłowe oraz część hotelowo-noclegowo-restauracyjną, w której do niedawna mieszkali i żywili się pracownicy stacji.
– Teraz to wszystko się przydaje – powiedziała Iriszka – choć są ściśnięci jak sardynki. Gdyby nie mieli jedzenia i schronienia, prawdopodobnie spróbowaliby się przebić. A tak… Są wprawdzie zdenerwowani i niepewni, ale przynajmniej żyją.
Ann pomyślała, że sytuacja w Sheffield przypomina jej nieco właśnie rozwiązany problem w Burroughs. Uważała, że ten również da się rozstrzygnąć. Trzeba było jedynie znaleźć ochotników, którzy wykonają zadanie, to znaczy zmuszą ZT ONZ do ewakuacji na Ziemię, a następnie zniszczą kabel, zrywając tym samym na dobre połączenie Marsa z Ziemią. Później wystarczy tylko udaremniać każdą próbę zamontowania nowego kabla, ale mogła ona nastąpić dopiero za dziesięć lat, jako że tyle trwało zbudowanie go na orbicie.
Iriszka prowadziła rovery po rumoszu wschodniego Pavonis, aż mała karawana dojechała do stożka kaldery, gdzie pojazdy zaparkowano. Na południowej i zachodniej krawędzi Sheffield przy pewnym wysiłku można było rozróżnić kabel windy, ledwie dostrzegalną linię – jedynie kilka kilometrów z dwudziestu czterech tysięcy. Mimo że był tak trudny do zauważenia, niemal niewidoczny, jego istnienie zdominowało każdy ruch podróżników, każdą ich rozmowę, a nawet każdą myśl. Wszystko obracało się wokół tej czarnej nici łączącej Marsa z Ziemią.
Po rozbiciu obozu i rozlokowaniu się, Ann zadzwoniła przez komputer na nadgarstku do swojego syna, Petera. Był jednym z przywódców rewolucji na Tharsis, dowodził też kampanią przeciw ZT ONZ, która zmusiła ziemskie wojska, by wycofały się, zajmując „gniazdo” i teren wokół niego. Zwycięstwo nie było zbyt spektakularne, uczyniło jednak Petera jednym z bohaterów ubiegłego miesiąca.
Na nadgarstku Ann pojawiła się twarz syna. Był do niej bardzo podobny, co niespodziewanie ją zaniepokoiło. Natychmiast zauważyła, że jest roztargniony. Najwyraźniej absorbowało go coś zupełnie innego niż rozmowa z matką.
– Jakieś nowiny? – spytała.
– Nie. Znaleźliśmy się chyba w swego rodzaju impasie. Pozwalamy im się swobodnie przemieścić w rejon windy i tym samym zdobyć kontrolę nad stacją kolejową, lotniskami na południowym stożku, a także linią kolei podziemnej stąd do „gniazda”.
– Samoloty, które ich ewakuowały z Burroughs, przyleciały?
– Tak. Najwyraźniej większość ludzi odleci na Ziemię. Tutaj jest bardzo tłoczno.
– Wracają na Ziemię czy na naszą orbitę?
– Na Ziemię. Nie sądzę, by jeszcze ufali orbicie.
Peter się uśmiechnął. Sporo działał w przestrzeni, wspomagając między innymi wysiłki Saxa. Jej syn, kosmonauta, reprezentant „zielonych”! Z powodu różnic politycznych przez wiele lat ledwie ze sobą rozmawiali.
– No więc, co zamierzasz teraz zrobić? – spytała Ann.
– Nie wiem. Nie sądzę, żeby udało nam się przejąć windę albo „gniazdo”. Po prostu nie ma takiej możliwości. Zresztą, nawet gdyby była, tamci w każdej chwili mogą zerwać windę.
– A zatem?
– No cóż… – Peter nagle spojrzał na nią z niepokojem. – Ten pomysł nie wydaje mi się dobry. A tobie?
– Ja uważam, że kabel powinien spaść.
Teraz w spojrzeniu syna pojawiła się irytacja.
– Lepiej więc trzymaj się z dala od linii ewentualnego jej upadku.
– Będę.
– Nie chcę, żeby ktoś zrywał kabel bez wcześniejszej wnikliwej dyskusji – oświadczył ostrym tonem. – To ważne. Decyzję powinna podjąć cała marsjańska społeczność. Osobiście sądzę, że winda jest nam potrzebna.
– Tyle że w żaden sposób nie potrafimy jej przejąć.
– Zobaczymy. Tymczasem wolałbym, żebyś się nie mieszała. Słyszałem, co się zdarzyło w Burroughs, jednak Sheffield to co innego. Rozumiesz? Razem ustalamy strategię. Taką sprawę trzeba omówić.
– Rzeczywiście, niektórzy są świetni w gadaniu – rzuciła z goryczą Ann.
Zawsze wszystko gruntownie omawiano i w wyniku tych dyskusji ona zawsze przegrywała. Kiedyś można było tak postępować, ale teraz – tak sądziła – trzeba zacząć działać. Peter, niestety, ponownie stracił zainteresowanie rozmową z nią. Odczuła, jak gdyby odrywała go od prawdziwej pracy, wygadując bzdury. Jej syn zapewne sam zamierza podjąć decyzję związaną z windą. Niewątpliwie łączyło się to u niego z ogólniejszym pragnieniem władania planetą. Tacy byli ci pierworodni nisei – stale usiłowali usunąć w cień przedstawicieli pierwszej setki i pozostałych issei. Gdyby żył John, nie byłoby im tak łatwo, lecz król był martwy, a zatem niech żyje nowy król, jej syn, król nisei – pierwszych prawdziwych Marsjan.
Niezależnie jednak od kwestii związanych z władzą, armia „czerwonych” zbierała się na Pavonis Mons. „Czerwoni” stanowili najsilniejsze ugrupowanie militarne, które pozostało na Marsie, i teraz zamierzali dokończyć dzieło rozpoczęte w okresie, gdy Ziemię nawiedziła wielka powódź. Nie wierzyli w jednomyślność ani w kompromis, a zerwanie windy było według nich sprawą oczywistą i niezbędną.
Peter najwyraźniej nie zdawał sobie z tego sprawy. A może po prostu nie chciał zaprzątać sobie myśli. Ann zaczęła mówić mu o tym, jej syn jednak kiwał tylko głową, mamrocząc: „Tak, tak, jasne”. Był równie arogancki jak inni „zieloni”, wiecznie pogodny i głupi, tak jak oni stale stosował wykręty i dyskutował o konieczności kontaktów z Ziemią, sądząc w swej naiwności, że zdoła tak potężnego przeciwnika zmusić do jakichkolwiek ustępstw. Nie, nie. Trzeba natychmiast podjąć działanie, podobnie jak w trakcie zatopienia Burroughs czy w przypadku aktów sabotażu, które doprowadziły do rewolucji. Bez nich nawet by się nie zaczęła albo, gdyby się zaczęła, natychmiast by ją zdławiono, podobnie jak w 2061 roku.
– Tak, tak. Lepiej więc zwołajmy zebranie – oznajmił Peter.
Ann miała wrażenie, że denerwuje go równie mocno jak on ją.
– Tak, tak – smutno powtórzyła za nim Ann. Ciągle tylko zebrania. Chociaż musiała przyznać, że często okazywały się celowe: dzięki nim ludzie sądzili, że ich zdanie się liczy, mimo że prawdziwą pracę wykonywano gdzieś indziej.
– Spróbuję je zorganizować – stwierdził Peter.
Ann zauważyła, że w końcu udało jej się zwrócić uwagę syna. Spojrzenie miał jednak nieprzyjemne, jak gdyby zamierzał jej grozić.
– Zanim wszystko wymknie nam się z rąk – dodał.
– Już się wymknęło – mruknęła i przerwała połączenie.
Źródło: Vesper



naEKRANIE Poleca
ReklamaKalendarz premier seriali
Zobacz wszystkie premieryDzisiaj urodziny obchodzą
ur. 1965, kończy 60 lat
ur. 1979, kończy 46 lat
ur. 1987, kończy 38 lat
ur. 1960, kończy 65 lat
ur. 1983, kończy 42 lat

